Najważniejszy dzień w roku.

Wczoraj miało miejsce najważniejsze święto w całym kalendarzu. Przynajmniej dla mnie. Jakie? Przecież wiecie. Kolejna rocznica moich urodzin. Która? Kto wie, ten wie! Zdaje się, że co roku piszę tekst na ten temat, ale cóż… Mogę! Zapewne nigdy mi się to nie znudzi.

Same urodziny – standard. Wpadła rodzina, pojedliśmy, porozmawialiśmy. Impreza dla znajomych już tradycyjnie będzie znacznie później. Prezenty też były. Tyle. Poza tym pojawiły się życzenia. Na fejsbukowej tablicy było ich niewiele, ale ważniejsze są te złożone inną drogą. Z krótkiej listy osób, na które naprawdę liczyłem, nie odezwał się tylko, o ironio!, mój najlepszy kumpel.

O godzinie 00:01 dostał więc smsa o krótkiej, ale jakże wymownej treści „Obraziłem się.” i wtedy natychmiast zadzwonił. Cóż, taka błyskawiczna reakcja, zapewnienie, że pamiętał, ale samo składanie życzeń umknęło mu wraz z upływem dnia oraz stwierdzenie, że jeśli po kimś miałbym się spodziewać zapomnienia, to właśnie po niem sprawiły, że przestałem być obrażony. Tak naprawdę to nawet nie zdążyłem być. Potem zresztą rozmawialiśmy przez telefon jeszcze przez dwie godziny. Z nikim tak długo nie wiszę na słuchawce. Nawet z moją kobietą. To jakiś wyznacznik naszej przyjaźni.

król
W ten jeden dzień jesteś królem!

Cóż jeszcze można dodać? Zadbajcie o siebie we własne urodziny. Pozwólcie sobie na bycie w centrum uwagi. Nie znaczy to wcale, żeby w inne dni stawiać siebie na ostatnim miejscu. W tym szczególnym dniu liczcie jednak na więcej. Domagajcie się więcej. Gdy podczas wizyty gości rozmowa na zbyt długo zboczy na temat, który zupełnie was nie interesuje, tupnijcie nogą ze złości. To wasze święto. Taka jest moja wizja świata.

Akcent muzyczny? Klasyk, który podśpiewywałem wczoraj:

To by było na tyle.

Trzy królestwa – część II.

Opowieść o wyprawie przez Skandynawię – część II, a w niej m. in. skoki narciarskie i trolle.

5 lipca – środa.

Rano obudziliśmy się na polu wspomnianego poprzednio starszawego Szweda. Zjedliśmy śniadanie, sprawnie poskładaliśmy namioty i spakowaliśmy znów nasz wehikuł, po czym ruszyliśmy w stronę Göteborga. Nie zatrzymywaliśmy się tam, więc zdążyliśmy obejrzeć miasto tylko z perspektywy przecinającej je drogi szybkiego ruchu. Sprawiało jednak wrażenie atrakcyjnego, więc może warto wybrać się kiedyś właśnie tam. Ze spraw praktycznych: Göteborg jest jednym z naprawdę niewielu miejsc w Szwecji, w których trzeba zapłacić za przejazd. Ile wyniosła nas ta przyjemność? Nie wiem, ponieważ nie dostaliśmy jeszcze faktury (powinna przyjść pocztą), ale z tego, co się orientowałem, niewiele. Jeśli mam rację, to najwyżej sześćdziesiąt koron, ale prawdopodobnie znacznie mniej.

Pędziliśmy dalej na północ Szwecji, dążąc do tego, by granicę z Norwegią przekroczyć w takim miejscu, które pozwoli nam zminimalizować poruszanie się płatnymi drogami w tym następnym kraju. Prawie się nie zatrzymywaliśmy. Gdy jednak wreszcie nastał czas postoju gdzieś w lesie, zorientowaliśmy się, że samochody jeżdżą tam na tyle rzadko, że można stanąć lub też usiąść na środku drogi i spokojnie zrobić sobie zdjęcia. Tak też uczyniliśmy.

IMG_1924 (2)
Witam w moich włościach!

Tak pusto mijał nam czas, choć gdzieś po drodze natknęliśmy się na łosie i/lub renifery. Granicę z Królestwem Norwegii minęliśmy bez specjalnych fajerwerków. Nawet nie byliśmy pewni czy to faktycznie już. W każdym razie znaleźliśmy się wreszcie w kraju docelowym. Bez lokalnej waluty i miejsca na nocleg, ale jednak. Chcieliśmy znaleźć obie te rzeczy, ale przede wszystkim drugą, ponieważ zrobiło się już późno (co sugerowały wyłącznie zegarki, bo przecież nie ciemność).

Błąkaliśmy się trochę, minęliśmy przydrożną skocznię narciarską, wjechaliśmy w las w poszukiwaniu przytulnej polanki, ale w końcu wróciliśmy pod skocznię i rozbiliśmy namioty na skraju rozległego pola naprzeciwko niej. Drzewa osłaniały nas nieco od drogi i trwam przy stanowisku, że było to najlepsze miejsce, w którym mieliśmy przyjemność spać (po kolacji-grillu, która trwała mniej więcej w godzinach 24:00 – 02:00).

6 lipca – czwartek.

IMG_1935
Nasze obozowisko o godzinie 03:09
- to w kwestii tego, że tam nigdy nie robi się ciemno.

Rano zjedliśmy śniadanko z kawką, złożyliśmy namioty i postanowiliśmy przyjrzeć się tej skoczni (a konkretnie 5/6 z nas powzięło taki zamiar). Znaleźliśmy więc właściwą drogę i dotarliśmy do długich, drewnianych schodów wiodących na szczyt. W trakcie wspinaczki odkryliśmy stanowiska sędziowskie, a za nimi otwarty składzik, w którym znalazł się między innymi agregat. Najwyraźniej nikt się nie bał, że ktokolwiek cokolwiek ukradnie. Coś pięknego.

Wreszcie dotarliśmy na szczyt i… Powiem wam, że adrenalina skoczyła. Widok z góry naprawdę robił wrażenie, a to była skocznia ledwie albo aż kilkudziesięciometrowa (około 70). Zawsze byłem pełen podziwu dla skoczków, a teraz jeszcze się w tym utwierdziłem. Trochę śmiechu, kilka głupich zdjęć i trzeba było wracać.

DSCN1365
Było ich trzech…

IMG_1950
I widok z dołu!

Wreszcie ruszyliśmy w głąb Norwegii. Szukaliśmy prysznica i kantoru. To pierwsze okazało się znacznie łatwiejsze do zdobycia. Na jakimś kempingu można było dobić targu: 10 koron norweskich za 5 minut ciepłej wody pod prysznicem. Z naszych śladowych ilości waluty wygrzebaliśmy odpowiednie kwoty (rozmieniono nam też banknot na dziesięciokoronówki) i znów mogliśmy się rozkoszować gorącym prysznicem. Jak się okazuje, 5 minut to całkiem sporo. Przy okazji wypraliśmy trochę ciuchów, po czym ruszyliśmy dalej.

W końcu dotarliśmy do miasteczka Oppdal (około 6 tys. mieszkańców). Chcieliśmy tam wymienić euro na korony i okazało się, że owszem, możemy to zrobić, ale dopiero następnego dnia, ponieważ bank jest czynny do 15. Przy okazji przyjrzeliśmy się jakiemuś zlotowi samochodów (leciwe Fordy Mustangi, Buicki i inne – tego typu samochodów widzieliśmy zresztą sporo podczas całej wyprawy), a także trafiliśmy na trolla.

IMG_1983
Trolle dwa.

W zaistniałej sytuacji zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg gdzieś w okolicy, by rano wrócić do banku. Wyjechaliśmy z miasta i w końcu skręciliśmy w jakąś polną, pnącą się w górę drogę. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się i wysłaliśmy zespoły zwiadowcze. Jeden z nich niedługo potem znalazł odpowiednią lokalizację. Wehikuł wraz z kierowcą ruszył w górę, a my podreptaliśmy za nim. Szybko dotarliśmy na położoną dość wysoko, rozległą polanę, w dodatku urzekającą widokiem.

IMG_1988
Nocleg numer 3!

Zaczęliśmy rozbijać nasze namioty, zdążyliśmy rozwiesić pranie i nagle usłyszeliśmy dźwięk zbliżającego się traktora. Dopadł nas lekki niepokój, ale liczyliśmy na to, że kierowca po prostu będzie przejeżdżał obok. Tak się jednak nie stało. Na szczęście nasz specjalista od rozmów z tubylcami uciął sobie pogawędkę z tym człowiekiem. Co się okazało?

Jest on synem właściciela całego terenu w naszym otoczeniu. Sąsiad zadzwonił do nich z informacją, że ktoś (my) wjechał na ich teren. Po wyjaśnieniu sytuacji Sven (albo Eryk, jeden to ojciec, a drugi to syn) stwierdził, żebyśmy spokojnie obozowali, ale że następnego dnia chce zacząć w tym miejscu pracę między 10 a 11. Zapewniliśmy go, że o tej porze już nas tam nie będzie. Tyle.

Gdy po tym wszystkim około północy jedliśmy kolację, na sąsiednim polu ktoś jeszcze pracował traktorem. Cóż, wiecznie jasno. Nie ma czemu się dziwić. Wreszcie poszliśmy spać, przez chwilkę jeszcze rozmawiając.

Kolejna część już za kilka dni. Wreszcie dotrzemy do pierwszych zaplanowanych atrakcji. Wyczekujcie. Z kolei akcent muzyczny na dziś to fantastyczny cover. Posłuchajcie:

To tyle. Wpadajcie na Facebooka i na Snapchata (@cgdenys).

Trzy królestwa – część I.

Jak zapewne wiecie, na początku lipca brałem udział w samochodowej wyprawie przez Norwegię. Postanowiłem zdać wam relację z tej przygody. Dziś część pierwsza, a w niej… Podróż.

3 lipca – poniedziałek.

W miejscu zbiórki dołączyliśmy po godzinie 17. Chłopaki już pakowali samochód (Ford Galaxy wzbogacony o 2 trumny), a dziewczyny były w tym czasie na zakupach spożywczych. Pomogliśmy upychać graty w naszym wehikule, poczekaliśmy na powrót działu zaopatrzenia, rozliczyliśmy dotychczasowe wydatki, pogadaliśmy, po kilku potyczkach z zapominalstwem wydrukowaliśmy naszą polisę ubezpieczeniową i wreszcie byliśmy gotowi do drogi. Prawie.

Około godziny 20 opuściliśmy Bogucice, ale musieliśmy jeszcze zawitać do jakiegoś kantoru w centrum Katowic, bo niektórzy do tej pory nie zaopatrzyli się jeszcze w żadną obcą walutę. Z kwestii praktycznych: mieliśmy jakieś korony, ale generalnie zabraliśmy euro z myślą, że bez większych problemów będziemy je mogli zamieniać na odpowiednie waluty w zależności od potrzeb. O tym, czy tak było, jeszcze wspomnę. Po wizycie w kantorze zatrzymaliśmy się jeszcze na Brynowie, zahaczając o mieszkanie jednego z członków wyprawy, a przy okazji w tamtejszej Biedronce nasze zapasy uzupełniając o napoje obłożone akcyzą.

Chwilę po 21 opuściliśmy wreszcie Katowice i naszym wehikułem zaczęliśmy mknąć w stronę Republiki Federalnej Niemiec. Będąc łasuchami, zamierzaliśmy jeszcze przed granicą odwiedzić lokal sieci McDonald’s. Niestety, pierwsze zignorowaliśmy, więc potem długo na żaden nie mogliśmy trafić, a gdy wreszcie jakieś znaleźliśmy, okazywały się już zamknięte.

4 lipca – wtorek.

Porzuciwszy marzenia o niezdrowej sieciówce, zadowoliliśmy się hot dogami na losowej stacji benzynowej. Niedługo potem przekroczyliśmy granicę, a tam, o ile się nie mylę, niespodziewanie zatrzymała nas policja w ramach rutynowej kontroli granicznej. Uroczy przedstawiciel nacji Goethego i Bacha sprawdził nasze dokumenty tożsamości, zajrzał przez szybę do samochodu zawalonego bagażami niemal po sam dach, zapytał, dokąd jedziemy, po czym bez problemów puścił nas dalej.

Pomijając zjazd do jakiegoś maleńkiego miasteczka, by zatankować (za równe 50 euro!) i zrobić drobne zakupy w Lidlu, zatrzymywaliśmy się od tej pory niemal wyłącznie na przydrożnych parkingach. Na jednym z nich zjedliśmy zaimprowizowane śniadanie, do którego napiliśmy się kawy/herbaty ugotowanej na zabranej ze sobą butli gazowej. Potem pomknęliśmy w stronę Królestwa Danii. Przez nią przejechaliśmy szybko (przynajmniej z perspektywy mojej, czyli kogoś, kto większość podróży przedrzemał w trzecim rzędzie foteli). Ciekawiej zrobiło się, gdy zbliżyliśmy się do mostu Storebaelt, którym to dostaliśmy się na wyspę Zelandię. Most… Cóż, z uwagi na swoje wielkie gabaryty robi wrażenie, ale już po kilku minutach jazdy przestaje wzbudzać entuzjazm.

IMG_20170704_142929190_HDR
Storebaelt – już na nim jesteśmy,
a przed nami zakręca.

Za mostem przyszło nam oczywiście zapłacić za ten przejazd. Cena za samochód osobowy to 240 koron duńskich, ponieważ jednak ich nie mieliśmy, płaciliśmy w euro (nieco ponad 30). Resztę dostaliśmy już w koronach. Również przez Zelandię przejechaliśmy dość sprawnie i szybko dotarliśmy do mostu Oresund. Ten jest o tyle imponujący, że najpierw jedzie się podmorskim tunelem, z niego wyjeżdża się na sztuczną wyspę, z której mostem przejeżdża się już do Szwecji. W tę stronę nie wyglądało to aż tak imponująco, ale gdy wracaliśmy, sprawy miały się zupełnie inaczej – o tym jeszcze będzie.

IMG_20170704_155155671_HDR
Teraz widać tylko jego gabaryty.
Ciekawiej będzie podczas powrotu.

Po dość długiej podróży przez tę faktycznie interesującą przeprawę dotarliśmy do bramek położonych już w Królestwie Szwecji. Za przejazd można płacić w koronach duńskich lub szwedzkich (cena to kilkaset koron, w zależności od tego, którą się wybierze), a także w euro (tak jak zrobiliśmy to my – 56 jednostek pieniężnych pomachało nam na pożegnanie). Co ważne, na samym początku wyprawy złożyliśmy się w 6 osób, bo tyle znalazło się w naszej drużynie, po 100 euro. Z tych pieniędzy mieliśmy płacić za paliwo i przeprawy. Mieliśmy też na uwadze, że pewnie będziemy potrzebowali ich nieco więcej, ale odsunęliśmy od siebie dalsze rozważania na ten temat.

Za bramkami zatrzymała nas czarująca blond policjantka lub strażniczka graniczna. Z uśmiechem zapytała, dokąd jedziemy i po co oraz o to, czy nie przewozimy niczego nielegalnego. Gdy zapewniliśmy ją, że nie, pozwoliła nam jechać dalej. Zdaje się, że nawet nie poprosiła nas o dokumenty. Pędziliśmy więc przez Szwecję. Na jakimś parkingu znaleźliśmy stół i ławeczki i tam zjedliśmy na obiad burgery (schabowy na zimno w bułce, wzbogacony pomidorami, ogórkami kiszonymi i cebulą). Gdzieś indziej na stacji benzynowej dorwaliśmy prysznic (2,5 euro za możliwość poczucia się czystym – drobiazg).

Wreszcie zabraliśmy się za szukanie miejsca na nocleg. Kilkadziesiąt kilometrów przed Göteborgiem zjechaliśmy z głównej drogi do jakiejś wsi i zaczęliśmy wypatrywać pola w sam raz na rozbicie namiotów (wszak w Skandynawii obowiązuje duża swoboda w tym zakresie – trzeba tylko zachować odpowiedni odstęp od zabudowań). Niedługo potem znaleźliśmy dogodne miejsce. Spore, równe i już wykoszone pole zdawało się być wspaniałością. Tuż obok położone było drugie, jednak mniej płaskie i olśniewające, w dodatku otoczone ogrodzeniem pod napięciem. Już mieliśmy się rozbijać, gdy dostrzegliśmy zabudowania położone w pewnym oddaleniu i skryte za drzewami. Ktoś postanowił pójść tam i zapytać o zgodę na obozowanie w tym miejscu. Wysłaliśmy więc ekspedycję.

Jej rozmówcą okazał się być starszy mężczyzna, nieznający ani angielskiego, ani niemieckiego. Na szczęście z pomocą translatora udało się z nim dogadać. Wskazał nam to mniej wspaniałe pole, ale przynajmniej niedługo potem odciął ogrodzenie od prądu i mogliśmy się w spokoju rozpakować. Rozbiliśmy więc namioty i zjedliśmy kolację, dziwiąc się przy tym, że ciągle jest dość widno. Wszak zegary wskazywały, że już noc. Do tego dopiero mieliśmy przywyknąć. Niedługo potem poszliśmy spać.

IMG_1891
Szwecja, godzina 21:59.

IMG_1897
Nasze pierwsze obozowisko – już po przebudzeniu.

Co jeszcze działo się po przebudzeniu? O tym w części drugiej. Każda kolejna będzie ciekawsza. Zapraszam!

Akcent muzyczny z czapy (a może nie całkiem?):

P S Postaram się, żeby kolejna część była jutro, ale wcale tego nie obiecuję! Stanowczo nie!

Mocne momenty.

Wróciliśmy przedwczoraj z naszej wyprawy. Przez Niemcy, Danię i Szwecję do Norwegii. Tam objechaliśmy moc interesujących nas miejsc. Świat z perspektywy trzeciego rzędu siedzeń w Fordzie Galaxy wygląda nieźle. Niezwykłych chwil było wiele, czasem mniej, czasem bardziej osobistych.

O całej wyprawie będę jeszcze pisał. Niebawem pojawi się tutaj obszerna, gawędziarska, kilkuodcinkowa relacja z całości. Wyczekujcie. Dziś natomiast chciałbym się skupić na pewnym momencie, który był naprawdę niesamowity.

Trolltunga. Język trolla. Po całonocnej, wielokilometrowej wędrówce górskiej z ciężkimi plecakami dotarliśmy do celu. O samej trasie także wspomnę jeszcze w innym wpisie. Ważny jest efekt końcowy. Moment, w którym podczołgaliśmy się na skraj wystającej skały, wychyliliśmy głowy i naszym oczom ukazała się sięgająca 700 metrów w dół przepaść.

Mocna rzecz. Nie przypominam sobie czegokolwiek, co zrobiłoby na mnie równie potężne wrażenie. Dawka adrenaliny, jaka musiała się wtedy uwolnić w moim organizmie, to jakiś kosmos. Nawet teraz, gdy tylko sobie to przypomnę, czuję dreszcze, a tętno przyspiesza. Coś niesamowitego.

IMG_20170711_072945029 (2)
Zdjęcia tego nie oddadzą.

To przeżycie utkwi we mnie na długo. Mam nadzieję, że na zawsze. Widok, emocje i cała reszta z nawiązką wynagrodziły wysiłek włożony w dotarcie do celu oraz ten, którego wymagał powrót do naszego galaktycznego pojazdu.

Mimo wszystko nie chciałbym tego powtórzyć. Było ciężko, a zresztą to przeżycie, choć rewelacyjne, już bym znał. Lepiej poszukać czegoś innego, co dostarczy podobnych lub jeszcze mocniejszych wrażeń. Będzie to trudne, ale warto. W końcu właśnie takie, zapierające dech w piersiach, mocne momenty nadają życiu smak. Jakie były, są lub będą wasze?

Te niesamowite przeżycia wymagają oprawy muzycznej będącej klasykiem, kiedyś przeze mnie nielubianym. Oto ona:

P S Skoro wróciliśmy, może znów będzie więcej treści na Snapchacie (@cgdenys).

Dylemat za grube miliony!

W minionym tygodniu walczyłem jeszcze z sesją, więc co zrobiłem w tym czasie? Obejrzałem dwa oscarowe, ale już nie najświeższe filmy. Pierwszy to Inside Job (polski tytuł: Szwindel: anatomia kryzysu) – dokument opisujący przyczyny kryzysu gospodarczego z 2008 roku. Druga produkcja to Big Short, również o tym krachu, ale skupiająca się na tych, którzy przewidzieli katastrofę i jeszcze na tym zarobili.

Podstawowy wniosek: główną i kluczową przyczyną była chciwość. Wsparta premiowym systemem zarabiania w zależności od wyników, występująca u banków, agencji ratingowych i innych, przejawiająca się w różnych formach, ale nadal chciwość.

Myślałem, że drugi powód krachu to głupota, ale, jak zauważył jeden z bohaterów Big Short (zdaje się, że ten grany przez Steve’a Carella), to wcale nie tak. Sprawcy całego zamieszania wiedzieli, co się święci, ale nie przejmowali się tym, wiedząc, że państwo ich uratuje i w zasadzie nie spotkają ich żadne przykre konsekwencje. De facto mieli rację.

Kij jednak z tym wszystkim. Dla mnie największym szokiem były liczby pojawiające się w kontekście wynagrodzeń dla konkretnych ludzi. Już w trakcie kryzysu pracownikom jednego z banków (zapewne wyłącznie tym wyższego szczebla) wypłacono premie w łącznej wysokości 3,5 MILIARDA DOLARÓW. Prezesowi innego banku pozwolono dobrowolnie odejść (zamiast go zwolnić), za co zainkasował około 190 MILIONÓW DOLARÓW w papierach wartościowych i pieniądzach. To sama odprawa.

IMG_1845
Wypchany portfel? Pozory!

Z jednej strony te kwoty mnie szokują. Uważam je za chore, absurdalne i niczym nieuzasadnione. Sam system premiowy zresztą budzi u mnie duże wątpliwości, bo jest jasne, że zachęca on do napędzania sprzedaży nie bacząc na konsekwencje czy zdrowy rozsądek. Odprawa dla wspomnianego prezesa to w tamtych czasach było około 500 milionów złotych. Średnia krajowa w Polsce 2008 roku wyniosła miesięcznie 2 950 zł, co oznacza, że statystyczny Polak na kwotę, jaką tamten człowiek dostał za odejście z pracy, musiałby pracować kilkanaście tysięcy lat (w zależności od przyjętego kursu).

To chore. Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Majątek Billa Gatesa mnie nie razi, bo on własną ciężką pracą zbudował informatycznego giganta, ale wynagrodzenia bankowców wysokiego szczebla to jakaś patologia.

Niestety, moja mroczniejsza strona myśli sobie: „fajnie byłoby mieć takie pieniądze”. Za jedną rezygnację z pracy żyjesz jak król do końca życia. Nie jestem łasy na pieniądze, ale lubię je mieć. Dają poczucie komfortu, bezpieczeństwa. Obawiam się jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wzrost bogactwa pociąga za sobą wzrost rozrzutności, pozwalania sobie na zupełne fanaberie. Oczywiście nie zawsze i nie u wszystkich, ale mam wrażenie, że większość ludzi nie jest albo raczej nie byłaby odporna na pokusy.

Wystarczy odrobinę nagiąć reguły, naciągnąć rzeczywistość i miliony płyną na osobiste konto. To niemal nierzeczywiste, tak nierealne, że wydaje się, iż nie robi się nic złego, bo przecież wtedy nie byłoby tak pięknie. Można nawet nabrać przekonania, że działa się dla dobra ludzkości, a sowita premia jest tylko dodatkiem. Trzeba uważać.

Proste wnioski: uważajcie na pieniądze i wiążące się z nimi pokusy. Warto i dobrze mieć za co kupić chleb albo nawet kawior, pojechać na wakacje czy kupić dom. Wszystko jest dla ludzi. Trzeba jednak zwracać uwagę na pochodzenie majątku i to, czy został wypracowany w sposób etyczny. Druga rzecz: obejrzyjcie te filmy (Inside Job Big Short). Jeśli macie to już za sobą, to może znacie podobne produkcje, które chcecie polecić?

Akcent muzyczny (tematyczny):

P S Już jutro wieczorem wyruszamy na wyprawę przez dwie republiki i trzy królestwa. Postaram się na bieżąco relacjonować jej przebieg >>tu<<, a oprócz tego być może coś pojawi się także na Snapchacie (@cgdenys). Oczywiście w zależności od dostępności internetu. Bądźcie czujni!

Zbędna pamięć.

Pisałem wczoraj pewien egzamin (cóż za zaskoczenie, w końcu trwa sesja!). Nie mam pojęcia, jaki będzie rezultat. 2 i 5 są równie prawdopodobne. Pal sześć ocenę. Tym, co mnie wkurza, jest zakres materiału, jaki obejmował egzamin albo raczej jego konstrukcja. Otóż zdecydowana większość pytań wzięta była wprost z ustaw podatkowych.

Moje pytanie brzmi: na co to komu? Przecież w prawdziwym życiu nikt się nie będzie uczył na pamięć, kto jest zwolniony z jakiego podatku. Działa Internetowy System Aktów Prawnych, w każdej chwili można pobrać odpowiedni PDF z najbardziej aktualną wersją ustawy i po prostu tam to sprawdzić.

Żeby oddać sprawiedliwość dodam, że podczas egzaminu można było mieć ze sobą te ustawy. W takim razie wszystko w porządku, prawda? Cóż, na każde pytanie była niecała minuta, a same ustawy o podatkach dochodowych od osób fizycznych i prawnych mają łącznie około 380 stron. Wobec tego moja odpowiedź brzmi: nie, nie wszystko w porządku.

IMG_1813
Aż chce się sięgnąć po broń!

Zapewne do tej pory nie przeczytaliście nic odkrywczego. Studiując lub ucząc się w szkole mieliście do czynienia z chamskimi pamięciówkami. Ja z licealnej geografii pamiętam wbijanie sobie do głowy er, okresów i epok w dziejach Ziemi, zapamiętywanie dopływów Wisły i Odry oraz stolic wszystkich państw na świecie. I cóż z tego, że wiem, iż stolicą Madagaskaru jest Antananarywa, skoro na tym w zasadzie kończy się moja wiedza na temat tego kraju? Znacznie więcej wnoszące byłoby moim zdaniem przygotowanie przez każdego ucznia obszernej i rzetelnej prezentacji o wybranym przez siebie państwie.

W przypadku wspomnianego podatkowego przedmiotu zasadne byłoby posłuchanie sugestii mojego kolegi, a mianowicie uznanie za wiążącą oceny z ćwiczeń. Tam mogliśmy korzystać z aktów prawnych, internetu i konsultować się w ramach grup, mieliśmy więcej czasu, ale musieliśmy rozwiązać konkretne problemy, przepisy przełożyć na liczby i porównać różne warianty.

Uważam, że najsensowniejszą metodą sprawdzania wiedzy czy studentów jest właśnie stawianie przed nimi problemów do rozwiązania, tak zwane studia przypadków. To wcale nie łatwiejsze, za to wymaga zrozumienia zagadnienia, wyklucza bezmyślne kucie i bardziej przygotowuje do prawdziwego życia.

Cóż ja jednak mogę? Jestem tylko biednym studentem, który ma nadzieję szczęśliwie przetrwać jeszcze tylko niewiele ponad rok zhierarchizowanej edukacji. Wierzę natomiast w moją generację, w tych jej przedstawicieli, których też niemiłosiernie wkurza uczenie się czegoś na pamięć, a którzy za jakiś czas sami będą weryfikowali wiedzę kolejnych pokoleń zgłębiających tajniki wiedzy. Egzaminatorami nie będą już ludzie nieprzyzwyczajeni do internetu i niemal nieograniczonego dostępu do informacji, sądzący, że wszystko trzeba umieć na pamięć i szczerze wierzący, że to najlepszy sposób nauczania i oceniania efektów kształcenia. Nie. Ich miejsce zajmą ludzie nierozstający się ze smartfonami, będący on-line bez przerwy i wiedzący jak wiele można sprawdzić w razie potrzeby. Oni przyniosą zmianę. Dobrą. Taką przynajmniej mam nadzieję.

A na czas sesji relaksujący akcent muzyczny (szczerze polecam także teledysk):

P S Mimo wszystko sądzę, że pewnych rzeczy trzeba nauczyć się na pamięć, vide tabliczka mnożenia. To powoduje pewien problem, bo gdzie w takim razie leży granica? Wydaje mi się, że tam, gdzie kończy się wiedza niezbędna w momencie kataklizmu, globalnego braku internetu  i elektroniki na długo lub na stałe. W takiej sytuacji podstawy matematyki, fizyki, znajomość roślin jadalnych i trujących, orientacja w terenie i tym podobne byłyby potrzebne i ich warto uczyć się na pamięć. Przepisy prawa czy 200 stolic świata są chyba troszkę mniej istotne. A wg Was gdzie leży granica? Zapraszam do dyskusji.

Przyjrzyj się jeszcze raz, sam!

1. Ostatnio, zainspirowany chyba jakimś memem lub innym pochłaniaczem czasu, po raz kolejny obejrzałem jeden z odcinków ultrapopularnego serialu komediowego How I Met Your Mother, o dziwo i na szczęście, przez polskich dystrybutorów przetłumaczonego dosłownie (przynajmniej w zakresie tytułu). Podejrzewam, że spora część z was widziała tę produkcję, niemniej jednak spróbuję opisać istotną dla tego wpisu scenę:

- To był dzień, w którym narodził się grunge – stwierdziła postać występująca w programie telewizyjnym.

- W Kanadzie, w 1996?! – zdziwił się kpiąco jeden z bohaterów serialu.

-Nie przejmuj się, on nie jest muzykiem – odparła przyjaciółka oglądająca program razem z nim, choć sama także się zaśmiała.

W tej samej chwili na ekranie pojawił się inny mężczyzna, który powtórzył po pierwszym:

-To był dzień, w którym narodził się grunge.

W tym momencie bohaterowie serialu zaniemówili z wrażenia.

W czym rzecz? W tym, że ów drugi mężczyzna podpisany został jako Geddy Lee. Teraz, oglądając ten odcinek po raz wtóry, zorientowałem się, że to faktycznie Geddy Lee, wokalista, basista i klawiszowiec zespołu Rush, kanadyjskiego trio rockowego działającego od prawie 50 lat, szczycącego się ugruntowaną pozycją na światowym rynku muzycznym.

W tym samym odcinku serialu pojawiły się też inne sławy, ale to nieistotne. Ważne jest to, że dopiero powtórne obejrzenie tej produkcji, po czasie, pozwoliło mi zrozumieć żart sytuacyjny. Wszak słowa, których muzyk miałby nie wypowiedzieć, zostały powtórzone przez przedstawiciela tej profesji, w dodatku nie byle jakiego. Gag nabrał rumieńców.

2. Inna sprawa: film, a konkretnie Wyspa tajemnic z Leonardem DiCaprio i Markiem Ruffalo. Pewnie wszyscy już dawno go widzieli, ale ja miałem tę, nieco przerażającą, ale jednak przyjemność dopiero wczoraj. Mimo wszystko nie będę wspominał o szczegółach fabuły. Mogę powiedzieć tyle, że znając zakończenie mam ochotę obejrzeć całość jeszcze raz. To byłoby przyglądanie się historii już z zupełnie innej perspektywy, zwracanie uwagi na inne szczegóły i odmienne interpretowanie faktów. Podobnie rzecz ma się z innymi dziełami „rozsadzającymi mózg”, choćby Fight Clubem. Znajomość zakończenia diametralnie zmienia sposób postrzegania całości.

IMG_1778
Może warto kliknąć?

Co łączy punkty pierwszy i drugi? Właśnie to, że na pewne rzeczy warto spojrzeć kolejny raz. Często należy to jednak zrobić dopiero, gdy upłynie trochę czasu i coś zdąży się zmienić. Zapewne znacie to zresztą z autopsji. Gdy długo się nad czymś pracuje, czasem trzeba odetchnąć, zająć się czymś innym i dopiero potem wrócić do sprawy ze świeżym spojrzeniem.

Wiem, to niezbyt odkrywcza myśl. Nie zaszkodzi jednak przypominać sobie o tym od czasu do czasu. Dzięki temu można ulepszyć coś nowym pomysłem, dostrzec pominięte wcześniej drugie dno czy wykryć stare błędy. Wszak dwa różne punkty widzenia sprawiają, że nie widzi się już obiektu płasko, ale wielowymiarowo. Wydaje mi się, że warto spróbować samemu. Jeśli jednak się nie zgadzacie, za jakiś czas przeczytajcie ten tekst ponownie.

Akcentem muzycznym niech będzie wspomniany Rush:

To nie jest najlepsze, co mają do zaoferowania, ale o tym przekonajcie się sami.

Daj się sprowokować!

Kilka lat temu, wracając ze znajomymi z jakiegoś wyjazdu, postanowiliśmy wstąpić do Wadowic na kremówki. W samym centrum znaleźliśmy cukiernię Galicjanka, która urzekła nas na tyle, że przy następnej wizycie nawet się nie zastanawialiśmy, gdzie dokonać bezlitosnej konsumpcji. Od razu pomaszerowaliśmy w to samo miejsce. Od tamtej pory nie byłem w Wadowicach, ale doskonale wiem, gdzie udam się na kremówkę (lub inne ciastko) przy najbliższej okazji. Dlaczego?

Mogę mówić tylko za siebie, ale mnie, oprócz bardzo smacznej i równie apetycznie wyglądającej oferty i dogodnej lokalizacji, urzekł także pewien element udanego wystroju, a mianowicie ogólnodostępna kolorowa kreda oraz ściana i drzwi przeznaczone do tego, by po nich rysować. To oczywiście atrakcja przeznaczona głównie dla dzieci, ale kto by się tym przejmował. Tak to zapamiętałem. Może coś pomieszałem, niewykluczone też, że nieco się zmieniło, ale zauroczyła mnie ta oczywista zachęta do bycia kreatywnym.

Inna sytuacja: wyprawa do pubu ze znajomymi. Zaintrygowało nas puste miejsce na środku menu z promocjami. Wnikliwa analiza tego arkusika wykazała, że podpis przy nim głosi „Przestrzeń twórcza”. Takiej sposobności nie można było zignorować. W ruch poszły mazak i długopis, a menu zaczęło krążyć w koło, przez każdego ozdabiane kolejnym mniej lub bardziej sztampowym elementem i dostarczając wszystkim niesamowitej frajdy.

przestrzeń (2)
Oto efekt końcowy działań twórczych.

Takich zachęt do kreatywności w przestrzeni publicznej jest oczywiście znacznie więcej. Inne lokale czy instytucje wcale nie zostają z tyłu. Do bycia twórczym zachęcają także rozmaite konkursy, prowadzone teraz głównie w internecie przez w zasadzie wszystkie wiodące marki. Zadaniem jest przygotowanie materiału wideo, zdjęcia czy hasła. To nieistotne. Zawsze jednak trzeba się wykazać pomysłowością.

Cel to oczywiście reklama danej firmy. Także zjawiska z anegdot przytoczonych na początku tego wpisu to czysty marketing. Chodzi wyłącznie o to, by zachęcić klientów do częstszego odwiedzania danego lokalu. Warto się jednak zastanowić, czy to źle. Czy należy unikać bycia kreatywnym tylko dlatego, że motywacją prowokujących nas do tego jest promocja własna?

Niekoniecznie. I tak nie da się być kreatywnym na zawołanie. Jeśli jednak ma się sposobność i pomysł w jednym czasie, warto to połączyć. Jeżeli dodatkowo można dzięki temu coś zyskać, to fantastycznie. Nie mam problemu z tym, że dodatkowo na moich pomysłach skorzysta ktoś inny, jeśli nie będą to korzyści mi odebrane. Budowanie klimatu miejsca to zabawa dla wszystkich, a przypadek udziału w konkursie to zawsze przecież dobrowolna decyzja. Ot co!

A kreatywny akcent muzyczny na dziś to…

P S Snapchat: @cgdenys – zapraszam! Dzieje się tam, zwłaszcza w weekendy.

Bierz wszystko!

I. Najważniejsze punkty minionego weekendu:
Sobota
1. Kibicowanie na biegu połączonym z piknikiem charytatywnym.
2. Ślunski łobiod.
3. Kilka(naście/dziesiąt) minut na Międzygalaktycznym Zlocie Superbohaterów.
4. Oglądanie na powietrzu finału Ligi Mistrzów.
Niedziela
1. Rodzinny spacer i obiadek.
2. Wizyta w teatrze na spektaklu ” W 80 dni dookoła świata.Tam i z powrotem”.
3. Bieg w deszczu.

II. Jak głosi prehistoryczny mem (albo jeszcze raczej demotywator):

Fraza „Należy w życiu spróbować wszystkiego” znacznie częściej oznacza narkotyki i amatorskie porno niż fizykę kwantową czy chemię molekularną.

III. Do tego koktajlu bodźców dokładam jeszcze film Jestem na tak (Yes man), który ani nie jest nowy, ani nie oglądałem go niedawno, ale o którym i tak warto wspomnieć. Fabuła? Grany przez Jima Carrey’a główny bohater jest sfrustrowanym człowiekiem, który odrzuca niemal każdą złożoną mu propozycję. Zostaje jednak sprowokowany do tego, by wszystkim, nawet najbardziej absurdalnym ofertom mówić „tak”.

kolage
Wycinek weekendowych doświadczeń.

Ok, a co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Cóż, to składowe popierające jeden z moich poglądów. Jaki? Taki, że warto być otwartym – na ludzi, świat, możliwości. Sadzę, że każdą propozycję powinno się przynajmniej rozważyć. Nie trzeba koniecznie brać się za wszystko, do czego będziemy namawiani, ale warto chociaż się pofatygować, własnymi oczyma przyjrzeć danej sprawie, by ostateczną decyzję podjąć świadomie. To zwykłe zwiększanie wiedzy na temat otaczającego nas świata. Spróbujcie próbowania.

Po weekendzie: wiem teraz jak wygląda impreza biegowa – nie wiem jak to jest przebiec kilkanaście kilometrów. Wiem i wiedziałem wcześniej, że rolada śląska nie ma sobie równych. Wiem, że Międzygalaktyczny Zlot Superbohaterów jest super i jeszcze się na nim pojawię. Wiem, że Juventus był dzielny, ale nie dał rady i że tak to można oglądać mecze. Wiem o jeszcze kilku innych rzeczach.

A wy czego się dowiedzieliście, wychodząc w ten weekend z domu i korzystając z różnych okazji?

Muzyka jako mroczniejsza wersja tego wpisu:

P S Pamiętajcie o Snapchacie (@cgdenys) – tam były i będą relacje z tego, co się dzieje. Dobrego tygodnia!

Skowyt.

Jestem zły, wkurzony. Zwyczajnie, po ludzku. Kiedy jest się złym na kogoś konkretnego, na osobę, zawsze można coś z tym zrobić. Dać w mordę, porozmawiać, napić się, cokolwiek. Ja akurat najczęściej bardzo szybko odpuszczam, bo w zasadzie nie ma powodu, żeby się denerwować. O tym właśnie miał być dzisiejszy wpis.

Miał być. Był już prawie gotowy. Niósł pozytywny przekaz, dawał materiał do refleksji. Głównym przesłaniem było to, że ludzie co do zasady nie są źli i nie mają złych intencji. Tekst miał się nazywać „Wewnętrzne dobro”. I co? I wszystko się straciło, mimo naciśnięcia przycisku zapisu i odprawiania innych czarów, które miały przywrócić tekst. Ludzie może nie mają złych intencji, ale co do wszechświata już nie mam tej pewności.

IMG_1589
Moja ściana od razu mi przypomniała,
dlaczego tak się stało…

Powoli się uspokajam. Do tamtego tematu może jeszcze wrócę, ale już nie dziś. Nie mam siły. Tymczasem biorę głęboki oddech i powtarzam sobie, że to tylko blog. Na nadchodzący tydzień życzę wam spokoju. Nawet jeżeli coś pójdzie nie tak, to najprawdopodobniej w obiektywnych kategoriach nie będzie to tragedia. Nie ma co płakać, nawet jeśli Excel się zbuntuje. Trzymajcie się.

Muzyka na pozbycie się zdenerwowania? Bardzo proszę:

P S Na Juwenaliach Śląskich byli świetni! Szczątkową relację z tej imprezy możecie znaleźć na moim fanpejdżu.