Skowyt.

Jestem zły, wkurzony. Zwyczajnie, po ludzku. Kiedy jest się złym na kogoś konkretnego, na osobę, zawsze można coś z tym zrobić. Dać w mordę, porozmawiać, napić się, cokolwiek. Ja akurat najczęściej bardzo szybko odpuszczam, bo w zasadzie nie ma powodu, żeby się denerwować. O tym właśnie miał być dzisiejszy wpis.

Miał być. Był już prawie gotowy. Niósł pozytywny przekaz, dawał materiał do refleksji. Głównym przesłaniem było to, że ludzie co do zasady nie są źli i nie mają złych intencji. Tekst miał się nazywać „Wewnętrzne dobro”. I co? I wszystko się straciło, mimo naciśnięcia przycisku zapisu i odprawiania innych czarów, które miały przywrócić tekst. Ludzie może nie mają złych intencji, ale co do wszechświata już nie mam tej pewności.

IMG_1589
Moja ściana od razu mi przypomniała,
dlaczego tak się stało…

Powoli się uspokajam. Do tamtego tematu może jeszcze wrócę, ale już nie dziś. Nie mam siły. Tymczasem biorę głęboki oddech i powtarzam sobie, że to tylko blog. Na nadchodzący tydzień życzę wam spokoju. Nawet jeżeli coś pójdzie nie tak, to najprawdopodobniej w obiektywnych kategoriach nie będzie to tragedia. Nie ma co płakać, nawet jeśli Excel się zbuntuje. Trzymajcie się.

Muzyka na pozbycie się zdenerwowania? Bardzo proszę:

P S Na Juwenaliach Śląskich byli świetni! Szczątkową relację z tej imprezy możecie znaleźć na moim fanpejdżu.

Korzystna konieczność.

Parafrazując słowa głównego bohatera Fight Clubu (Podziemnego Kręgu!): „spotkaliście mnie w bardzo dziwnym momencie mojego życia”. Można by go też w zasadzie określić: całkiem interesującym. Otóż: weekendy nadal spędzam w większości na uczelni, za to w tygodniu… Cóż, dość powiedzieć, że dawno nie miałem tyle wolnego czasu (to znaczy: mam co z nim robić, ale ograniczenia polegające na tym, że przez ileś godzin muszę być w konkretnym miejscu, niemal dla mnie nie istnieją). Co z tego wynika?

Patologie mniejsze i większe. Najprościej wytłumaczyć to na przykładzie snu. Jeszcze kilka tygodni temu zazwyczaj musiałem wstawać o jakiejś określonej godzinie, a jednocześnie miałem sporo roboty. I co? I jakoś dawałem na ogół radę przespać 7- 8 godzin. Teraz? To wcale nie jest takie oczywiste. Wiem, że mogę sobie pozwolić na bycie niewyspanym i czasem tak się dzieje, choć oczywiście nie ma w tym absolutnie nic dobrego.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam potrzeby, a przez to nie czuję presji bycia wiecznie wymuskanym, przygotowanym albo po prostu przytomnym. Pozwalam sobie na trwonienie czasu na drobne przyjemności. Niestety, świat funkcjonuje na zasadzie „coś za coś”. Czymś poświęcanym przez mnie w imię drobnostek staje się czas przeznaczony na sen albo ambitniejsze działania. A szkoda.

IMG_1552[1]
Budzik na 12? Po co?!
A tak naprawdę kończąc pisać ten tekst wiem,
że czeka mnie raptem 5 godzin snu…

Tak sobie tkwię w tym stanie pewnego rodzaju zawieszenia, zdaję sobie z tego sprawę i może nawet chciałbym to zmienić, ale nie bardzo potrafię się do tego zmusić. Co najciekawsze, wiem, że gdy tylko zajdzie taka potrzeba, pozbieram się. Żeby się ogarnąć, potrzebuję konieczności ogarnięcia się. Jest ona w tym celu konieczna.

Dość gierek słownych! Ważne jest to, że dla mnie pewnego rodzaju przymus i presja mogą nieść pozytywne skutki. Podejrzewam, że u wielu innych ludzi funkcjonuje podobny mechanizm. Może właśnie dlatego niektórzy podejmują się niebotycznej ilości aktywności, biorą sobie na głowę kosmiczne ilości obowiązków? Żeby czuć presję. Żeby mieć poczucie, że zawsze muszą być gotowi do działania, pełni energii i zadbani. Kto wie?

Warto, żeby każdy zastanowił się jak to wygląda u niego. Po prostu. Jednocześnie należy pamiętać, że nikt nie może działać na pełnych obrotach bezustannie. Nawet maszyny. Ludziom natomiast od czasu do czasu należą się wakacje. Ot co.

Akcent muzyczny? Utwór, który ostatnio poznałem czystym przypadkiem. Może Wam się spodoba. Zapraszam:

P S Media społecznościowe: fanpage na FB oraz Snapchat ( @cgdenys) – tak tylko przypominam.

Kotwice.

Utrzymują statki w miejscu. Nie pozwalają im się ruszyć. Stanowią punkt zaczepienia. Zapewniają pewnego rodzaju stałość. Kotwice.

Ludzie też je mają. Mogą nimi być chociażby rodzina, przyjaciele, praca, ale też ulubiony park koło domu, wygodne mieszkanie czy cokolwiek innego. To coś, przez co nie ruszamy się z miejsca.

Przez co? A może raczej: „dzięki czemu”? Wszak z założenia kotwice zarzuca się celowo, właśnie po to, by pozostać w jednym punkcie. Co prawda wtedy nie można dalej płynąć, ale jest to świadoma decyzja. Co innego, gdyby ktoś metaforyczną kotwicę zarzucił nieświadomie lub za tę osobę dokonałby tego ktoś inny. Wtedy zaczepienie to staje się problemem.

IMG_1541
Osobista kotwica.

Niezależnie od sytuacji warto zdawać sobie sprawę z tego, co jest naszą kotwicą. Nawet nie po to, żeby zaraz ją wyciągnąć i ruszyć dalej, bo przecież wcale nie trzeba tego robić. Wielu ludzi jest na pewno zachwyconych swymi kotwicami i nie pozbędą się ich za nic w świecie. I dobrze, skoro to czyni ich szczęśliwymi. Warto jednak poświęcić chwilę i pomyśleć nad tym, jaką my mamy kotwicę. Choćby w ramach ukłonu wobec samoświadomości. To refleksja typu: „dlaczego jestem tu, gdzie jestem”. Każdemu od czasu do czasu przyda się taka. Pozwala ona bowiem zweryfikować, czy dalej chce się być w danym miejscu, a to bardzo istotne.

W wolnej chwili zastanówcie się więc, co trzyma Was w miejscu. Dodatkowo możecie też zapytać siebie, czy sami o tym zadecydowaliście i czy jesteście z tego faktu zadowoleni. Oczywiście, jeśli zechcecie. Ja tylko szczerze zachęcam.

A skoro byliśmy już przy temacie okołomarynarskim, taki niech też będzie akcent muzyczny:

Dobrego tygodnia!

Cierpliwości!

Jakiś czas temu na jakiejś memowej stronie pojawiła się pewna treść dotycząca Wiedźmina. Wśród komentarzy pod nią znalazł się i taki, który brzmiał mniej więcej tak:

A czy nie (…)? Myślałem, że (…). Dodam, że póki co skończyłem czytać pierwszą część sagi.

W odpowiedzi inni internauci jęli zdradzać pytającemu ciąg dalszy fabuły tego dzieła. Po jakimś czasie jegomość ów zaczął się oburzać, że rozmówcy mówią mu, co będzie dalej. W końcu cała dyskusja przerodziła się w zwykłą pyskówkę (w końcu to internet). Postawa pytającego wydała mi się absurdalna. Skoro jeszcze nie dotarł do końca sagi, oczywistym jest, że nie poznał wszystkich niuansów fabuły. Po co zatem zadawać pytania tak wcześnie? Skoro jednak człowiek ów sam pozbawił się szansy odkrycia tajemnic fabuły, pretensje o dalsze ich zdradzanie stają się nieco śmieszne. Cała ta sytuacja jest w mojej ocenie niezłą ilustracją pewnego zjawiska społecznego, które ma niemal wyłącznie negatywne konsekwencje. Gdy rozmaici prelegenci zaczynają od tego, że czas na pytania będzie na końcu, czynią to nie bez powodu. W końcu w międzyczasie wiele się może wydarzyć. Najprawdopodobniej zmieni się stan wiedzy słuchaczy i niewykluczone, że na koniec pytania nie będą już potrzebne. Wystarczy więc cierpliwie poczekać. Właśnie, CIERPLIWIE. Tu tkwi problem. Sam może nie jestem wzorem tej cnoty, ale doceniam jej wagę. Jeśli wiadomo, że jeszcze otrzyma się mnóstwo informacji (choćby w dalszych częściach powieści lub podczas zaczynającej się prelekcji), chęć wyłuskania jednej jedynej, która z dużą dozą prawdopodobieństwa jeszcze się pojawi, jest marnowaniem sił i może być irytująca dla odpowiadającego. Zwłaszcza, gdy pytającemu wiedza ta nie jest niezbędna w danym momencie.

aczy Czy ten początek wróży coś dobrego?

Następnym razem więc, gdy będziecie chcieli o coś zapytać, zastanówcie się, czy nie jest prawdopodobne, że odpowiedź i tak poznacie niebawem. Jeśli jest, po prostu poczekajcie. W ten sposób rozmówcom oszczędzicie irytacji, a może jednocześnie zapobiegniecie dowiedzeniu się więcej niż chcielibyście wiedzieć na danym etapie. Ot, taki (nie)morał na dziś.

Akcent muzyczny? Zainspirowany porą roku, pełen pozytywnego przekazu:

Sił na cały tydzień życzę! I cierpliwości! Do zobaczenia.

Szukać szlaku?

Ruszyliśmy dziś w góry. Bywały lepsze i gorsze momenty, jak zazwyczaj. Już w drugiej połowie wyprawy straciliśmy z oczu szlak. Szliśmy, jak nam się wydało dobrze i efekt był taki, że dotarliśmy do miejsca, w którym byliśmy już wcześniej. Z drugiej jednak strony w międzyczasie dotarliśmy na szczyt, do którego nie trafilibyśmy idąc wyłącznie po znakach. Potem, idąc nieoznakowaną, ale znaną już nam trasą dotarliśmy do miejsca, w którym zgubiliśmy szlak, co najmniej dwa razy szybciej niż gdybyśmy szli wytyczoną drogą. Może więc nie zawsze opłaca się podążać wyznaczoną ścieżką?

Przekładając na życie: na początku jak najbardziej idzie się po szlaku (szkoła itd.). Potem zaczyna się już samemu wybierać ścieżki (choćby decydując o trybie i kierunku dalszej edukacji czy późniejszej pracy). Można korzystać z utartych, dobrze oznakowanych dróg i być względnie bezpiecznym. Wtedy jednak nie wyjdzie się poza wyznaczone ramy i zobaczy jedynie to, co ktoś ustalił. Poza tym braki w oznakowaniu wprowadzą niepewność, czy rzeczywiście dobrze się idzie.

Można więc też przekornie zaufać swemu instynktowi (być może popartemu doświadczeniem) w znacznie większym zakresie. Ruszyć ścieżką może nieoznakowaną, ale znaną. Jeśli wiesz, gdzie jesteś, dokąd zmierzasz i w którą stronę iść, to co może pójść źle? Istnieje szansa, że odkryjesz coś nieosiągalnego dla trzymających się utartych schematów.

szlak
Niektórzy mogą chcieć wyciąć szlak…

Więcej nie napiszę, bo jestem bardzo zmęczony wycieczką. Wołają mnie zresztą moi kompani. Trzymajcie się, dbajcie o siebie i w ogóle. I pamiętajcie: może warto zejść z utartej ścieżki. Osądźcie sami.

Ach, akcent muzyczny. To może… Coś czarującego:

P S Miłej majówki, jeśli czytacie to jeszcze w jej trakcie!

Będzie źle!

Na pewno ich znacie. Wiecznie rzucają hasłami jak to tytułowe lub podobnymi. Zawsze negatywnie nastawieni. Ciągle niezadowoleni. Mogą mieć podsunięte pod nos gotowe projekty, dopracowane w każdym calu plany, rozwiązania przetestowane na wszystkie możliwe sposoby, ale i tak będą twierdzili, że cały pomysł to jakaś porażka. Zawsze.

Dlaczego o tym wspominam? Bo przechodziłem ostatnio przez katowicki rynek, z którego niedawno zniknęły ostatnie płoty wygradzające teren budowy. Ta część miasta jest już ukończona. „Wreszcie”, mógłby ktoś powiedzieć i z tym nawet bym się nie spierał, bo przebudowa rzeczywiście trwała dość długo. Na koniec powstał budynek przeznaczony na gastronomię i toalety publiczne. Ostatnio to właśnie on najbardziej burzył ludziom krew. „Jak to tak, na środku?!”, „zaburzy perspektywę!” i tak dalej, i tak dalej. Tymczasem już od początku było widać, że zarzuty te, choć może nie całkiem bezpodstawne, były stawiane zdecydowanie na wyrost. Wygląda to mniej więcej tak:
rynek Zdjęcie oczywiście nie oddaje całokształtu, jednak istotne jest to, że przez widoczne przejście roztacza się widok na aleję Korfantego. Także na prawo od budynku pozostał spory prześwit, przez który można dostrzec Spodek. Cały budynek jest prosty i całkiem estetyczny. Przy okazji niejako oddziela tę część rynku, na której często odbywają się różne imprezy (zloty foodtracków, jarmarki, czasem jakieś koncerty czy zawody) od tej spokojnej, z zielenią, ławeczkami, pomnikiem, sztuczną Rawą, namiastką placu zabaw i mam nadzieję, że niebawem znów z palmami.

W tym miejscu chcę podkreślić, że nie mam problemu z tym, że komuś ten budynek może się nie podobać. Ależ skąd, są gusta i guściki, każdy ma prawo do własnego zdania. Zresztą może rzeczywiście z architektonicznego punktu widzenia ta przestrzeń publiczna nie zachwyca. Nie wiem, nie znam się. Wiem, że moim zdaniem jest całkiem ładnie, a na pewno schludnie. Wiem też, że nie ma żadnych powodów do pieniactwa w stylu „CO ONI ROBIO, SZALET STAWIAJO, O MATKO”. Nie ma i nigdy nie było.

Tyle tylko, że nie sądzę, by ktokolwiek z tych, którzy wcześniej robili larmo, przyznał otwarcie, że przesadzał choć odrobinę. To po prostu taki typ człowieka, któremu nic nie pasuje, który o wszystkim wie, że będzie źle i już. Kiedy potem okazuje się, że jednak jest w porządku, wtedy albo milczy, albo idzie w zaparte, wbrew rzeczywistości twierdząc, że jest paskudnie, ohydnie, obrzydliwie i on (tudzież ona) stanowczo protestuje przeciwko takiej sytuacji. Nie chodzi tylko o ten jeden budynek, ale każdą dziedzinę życia. Ktoś wkłada w coś sporo pracy, inni w to wierzą, aż tu nagle przychodzą tacy jeden z drugim i mówią że będzie źle. Co prawda nie ma żadnych przesłanek, żeby tak twierdzić, ale ONI WIEDZĄ. I już. Nie przekonasz, nie przegadasz, nic. To jak granie w ping-ponga ze ścianą. Najpierw może trochę bawi, ale potem robi się powtarzalne, a i tak w żaden sposób nie da się wygrać. To chyba tyle. Nie będę silił się na żadne wielkie morały. Po prostu chciałem się podzielić tym, co mnie męczy. Jeśli blisko Ci do opisanego przeze mnie typu człowieka (liczę na to, że tak nie jest), po prostu to przemyśl. Nic więcej.

Akcentem muzycznym na dziś niech będzie… Coś spokojnego:

P S Standardowo zapraszam do zostawiania reakcji, komentowania, zaglądania na mojego Facebooka i Snapchata (@cgdenys).

Śmieci.

Spotkałem ostatnio człowieka, którego znam już kilkanaście lat, którego zawsze ceniłem. Nie było czasu na pogawędki, więc tylko się przywitaliśmy, ale jeszcze przez chwilę miałem sposobność go obserwować. Właśnie wtedy mi się przypomniało. Co takiego?

Informacja na jego temat, którą usłyszałem już jakiś czas temu. Tak naprawdę nie jestem nawet pewien, czy rzecz ta zasługuje na miano informacji. To raczej paskudna, niczym nie potwierdzona plotka, która dotarła do mnie jako wiadomość z co najmniej drugiej ręki. W dodatku sama w sobie nie byłaby okropna, ale staje się taką w kontekście tego człowieka i profesji, jaką wykonuje.

Nie będę się zagłębiał w dalsze szczegóły. To nie jest istotne. Ważne jest to, że powątpiewam w prawdziwość omawianej wieści. Nie podejrzewam przekazującego mi ją o złe intencje, ale sądzę, że mógł powtórzyć coś bezwiednie.

Mimo braku wiarygodności wspomniana informacja utkwiła mi gdzieś z tyłu głowy i wypłynęła stamtąd przy spotkaniu z osobą, której dotyczy. Nie mogę się jej pozbyć. Nie chce zniknąć. Przyczepiła się jak, za przeproszeniem, psie gówno do podeszwy buta.

Sposoby, żeby się z nią uporać? Sprawę rozwiązałoby chyba tylko absolutne i nieodwołalne zaprzeczenie informacji za pomocą konkretnych dowodów. Do tego jednak nie dojdzie. Sprawa jest zbyt delikatna, bym zajmował się nią w jakikolwiek sposób, a poza tym tak naprawdę mnie nie dotyczy.

Mi zostały jedynie myśli-śmieci, których nie potrafię się pozbyć z mojej głowy. Nie mam odpowiedniego odkurzacza ani nawet zmiotki. Zresztą nawet gdybym je posiadł, zawsze coś ukryje się w jakimś kącie i nie zostanie wysprzątane. Będzie się z niego wyłaniać wyłącznie przy spotkaniach z tym człowiekiem. Zawsze.

image_mniejsze
Zawartość mojego umysłu – mniej więcej…

Wolałbym chyba nigdy nie usłyszeć tego, co usłyszałem. Cóż jednak mogę zrobić? Czasu nie cofnę, a zresztą nie mam wpływu na to,  co przekazują mi inni ludzie. Chyba po prostu spróbuję zepchnąć posiadaną „wiedzę” w jeszcze głębszą otchłań mojego umysłu i w ten sposób uporać się z całą sprawą. Chyba, że ktoś ma lepszy pomysł.  Propozycje?

A jako akcent muzyczny całkiem świeża produkcja zdolnych i znajomych młodzieńców ze Śląska. O proszę:

P S Przypominam o mediach społecznościowych: fb.com/cogryziedenysa, Snapchat – @cgdenys.

Pochwała optymizmu.

Ten wpis miał być zatytułowany nieco inaczej i poruszać nieco inny temat, ale na szczęście trochę się dokształciłem i w dodatku w tym samym czasie doznałem olśnienia. Na czym ono polega? Otóż na tym, że chyba odkryłem jak w 3 prostych krokach wypracować sobie zdrowe podejście do życia. Brzmi głupio i coachowato? Trudno. Przejdźmy do szczegółów i zapoznajmy się z koncepcją.

Szkic punktu wyjścia: żyjesz sobie, jest Ci dobrze lub nie. Masz cele, które chcesz osiągnąć, a jeśli nawet nie, to bardzo możliwe, że obawiasz się tego, co przyniesie przyszłość. Jeśli nie, (w sensie, że nie jest to prawdą nawet w jakiejś niewielkiej części), może lepiej przewiń ten tekst do końca. Tam powinno się znaleźć przynajmniej coś miłego dla ucha.

IMG_1206

Graficzka musi być!

Wracając do wątku głównego: wychodzimy od sytuacji, w której zatroskany umysł przepełniają obawy o przyszłość lub chęć realizacji celów/spełnienia marzeń. Czas na krok pierwszy, który brzmi:

1. Bądź dobrej myśli!

To może brzmieć trywialnie, ale pozytywne nastawianie jest naprawdę ważne. Wiara w sukces sama w sobie cudów nie sprawi, ale spowoduje, że samemu będzie się działać chętniej, kreatywniej, a co za tym idzie, wydajniej. Człowiek sądzący, że realizowany przez niego projekt ma szanse powodzenia osiągnie więcej niż ten, który jest przekonany o nieuchronnej porażce.

Oczywiście mimo pozytywnego nastawienia nie należy wpadać w hurraoptymizm. Nie warto ślepo wierzyć, że ziszczą się mało prawdopodobne scenariusze i stawiać wszystko na jedną kartę tylko dlatego, iż sądzi się, że będzie dobrze. Trzeba jednak brać pod uwagę rzeczywistość i chłodną analizę. To najwyższa pora, żeby przejść do punktu drugiego.

2. W przypadku niekorzystnych prognoz zrób wszystko, żeby je poprawić.

Łatwo powiedzieć, prawda? Oczywiście, że to nie jest proste. Trzeba podejść do sprawy rzetelnie. Zastanowić się, co może pójść (i najprawdopodobniej pójdzie) źle. Następnie konieczna jest uczciwa analiza tego, jaki mamy wpływ na tę sytuację. Jakimi zasobami dysponujemy, jakie możemy pozyskać, do kogo się zwrócić? Jeśli na czymś nam zależy, trzeba dobrze to prześledzić, a potem wykorzystać wszystkie możliwości, oczywiście odpowiednio je koordynując.

Sukces? Super! A co, jeśli żadne działania nie przynoszą efektu i po prostu nie da się pokonać rzeczywistości? Cóż, wówczas czas na punkt trzeci! Co zrobić?

3. Wzrusz ramionami i zajmij się czymś innym.

Czasem okoliczności nie pozwalają na osiągnięcie założonych celów. Nie da się przeskoczyć realiów. Nie z każdym ograniczeniem można wygrać. Trzeba próbować, pewnie, ale czasem po prostu najlepiej odpuścić. Nie ma sensu pakować energii w coś, co jest skazane na niepowodzenie. Zastrzegam jednak, że rezygnację dopuszczam jedynie w przypadku upewnienia się, że punkt 2 nie zadziałał.

Wtedy trzeba się zupełnie przeorganizować, przełknąć dumę, ukradkiem otrzeć łzę i zająć czymś nowym. Pojawią się wyzwania i trudności. Na pewno, ale… Patrz punkt pierwszy!

A jako akcent muzyczny niech będzie dzisiaj pewien cover. O, proszę:

P S Powyższa koncepcja 3 punktów jest oczywiście nieprzetestowana. Niemniej jednak sądzę, że warto ją wypróbować. Po prostu.

Życie w rytmie…

Pierwszy tydzień – krok podstawowy do jednego i do drugiego. Szybko poszło. Aż szkoda, że już koniec.

Drugi tydzień – powtórki z poprzedniego tygodnia i trochę nowych rzeczy. Nie jest źle.

Trzeci tydzień – sporo powtórek i mnóstwo nowych rzeczy. Zaczyna być ciężko.

Czwarty tydzień – jasne, że dużo powtórek, ale poza tym poziom nowości zbliża się do czarnej magii tak bardzo, że niebawem wszyscy, chcąc nie chcąc, zostaną wciągnięci do grona śmierciożerców.

W dodatku co tydzień pojawiają się nowi, którzy z różną skutecznością próbują nadrabiać zaległości.

O czym mowa? O kursie tańca, na który zapisaliśmy się wraz Lubą Mą (z jej inicjatywy i przy mojej milczącej akceptacji). Nie idzie nam źle, ale też nie sądzę, żebyśmy byli najlepsi. Rzecz w tym, że nie bardzo mamy kiedy ćwiczyć pomiędzy zajęciami (choć Ona bardzo by chciała). I kluczowy problem: przez kolejne 3 tygodnie nie będzie nas na zajęciach – to oznacza potężne braki. Nie bardzo wiem jak to przełożyć na metaforę, którą zaraz wprowadzę, ale coś wymyślę. A cóż to za metafora?

Taka, że na kursie tańca jest jak w życiu. W ogóle niemal każde porządne szkolenie może być niezłym, choć mocno uproszczonym modelem naszej egzystencji. Dlaczego? Spójrzmy na elementy wspólne (w punktach, a co!):

1. Trzeba być uważnym już od samego początku.

2. Ewentualne zaległości wynikające z niezastosowania się do punktu pierwszego można nadrabiać talentem lub ciężką pracą, ale wówczas efekty najprawdopodobniej i tak będą niewystarczające.

3. Trudno się pozbyć wrażenia, że cały czas jest się co najmniej o krok do tyłu w stosunku do miejsca, w którym powinno się być.

4. Poza nielicznymi wyjątkami ludzi wokół tak naprawdę ledwie się kojarzy.

awangardaPo punkcie 4 zdjęcie, tak mówi zaklęcie!

5. Osoby będące w pobliżu niby robią to samo, ale jakoś inaczej. Ciężko stwierdzić, czy to one robią coś źle, czy samemu popełnia się błąd. A może obie te odpowiedzi są prawidłowe?

6. Końca nie widać ( nie chodzi o to, że teraz; po prostu w czasie kursu, przynajmniej naszego i w życiu nie widać metaforycznej mety).

7. Mimo wszystko zdarzają się dobre momenty.

8. I na koniec, wplatając tę wspomnianą wcześniej nieobecność – naraża ona człowieka na ogromne zaległości. Co prawda nieobecność w życiu (co w ogóle brzmi nieco absurdalnie) musi być spowodowana jakimś powodem ciężkiego kalibru (np. śpiączką), ale widać tu podobieństwa. I kurs, i życie pędzą do przodu z szaloną prędkością, nie dając chwili oddechu i nie bardzo też pozwalając na jakąkolwiek refleksję.

I wiecie co? Mam tego trochę dość. Tej prędkości. Z kursu raczej nie zrezygnuję, bo nie mam ochoty na starcie z Lubą Mą, a zresztą te raptem 45 minut ruchu tygodniowo mi nie zaszkodzi, ale nad szybkością życia popracuję. O tym jednak dopiero za jakiś czas.

Akcent muzyczny? Coś czego najprawdopodobniej jeszcze nie słyszeliście, a jest piękne. Za kilka lat będę śpiewał ten refren non-stop. O, proszę:

Cóż, to by było na tyle. Koniec luźnego gdybania. Wróćcie jeszcze, jeśli zechcecie.

Ważne i ważniejsze.

Nie poszedłem dzisiaj na pierwszy wykład. To zupełnie nie przystaje do mojego charakteru przykładnego studenta. Wrażenie to potęguje jeszcze przyczyna, dla której na uczelni pojawiłem się później niż powinienem.

Otóż zrezygnowałem z pierwszych zajęć, ponieważ dopiero o 4 nad ranem wróciłem z imprezy. Kpiny, zaskoczone spojrzenia, okrzyki niedowierzania – właśnie teraz nadeszła pora na to wszystko. Ktoś mógłby z przekąsem zapytać:

I gdzież to się podział ów przykładny, chodzący na niemal wszystkie zajęcia student? Zniknął?

Nie. Grzecznie siedzi za biurkiem i pisze ten tekst. Stara się być na wszystkich możliwych zajęciach. Te są ważne. Zdarzają się jednak sprawy jeszcze ważniejsze.

Impreza ważniejsza? Oczywiście, jeśli zna się kontekst. Była to bowiem urodzinowa niespodzianka dla bardzo dobrego kumpla. Takiego, który ostatnią imprezę urodzinową miał 5 lat temu. Takiego, z którym widzimy się naprawdę rzadko. Za rzadko.

To nie tort z tych urodzin. Ale powiązany!

Najpierw miało to wyglądać zupełnie inaczej. Plan był prosty: przyjść, pobawić się trochę, wyjść stosunkowo wcześnie i rano wstać na wszystkie zajęcia. Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała tę koncepcję. Jak bowiem uciekać przedwcześnie, jeśli to urodziny rzadko widywanego kumpla? Przykro byłoby na pewno obu stronom. Zresztą, jak powszechnie wiadomo, impreza na dobre rozkręca się dopiero po północy. Tak było i tam razem. Mieszane towarzystwo zaczęło się integrować, ludzie poszli w tany i wszystko było pięknie. Po prostu nie chciało się wychodzić.

Wykład to ostatecznie tylko wykład. Pewnie, jest ważny i w zwykłych warunkach na pewno bym na niego poszedł. Czasem jednak warto wybrać coś, co pozornie jest mniej istotne. Widzę to tak: impreza < wykład < ta impreza.

Morał? Puenta? Nie sadzę, żeby jakieś były. Po prostu przy ocenie każdej sprawy trzeba brać pod uwagę kontekst. Impreza imprezie nierówna. Wykład wykładowi też nie. Ot co!

Akcent muzyczny? Jest taki (bez szczególnego powodu):

P S Przypominam o moich mediach społecznościowych – Snapchat: @cgdenys, Facebook widoczny po prawej stronie.