Przekonaj się sam!

See for yourself! [English version below.]

Recenzje, opinie, oceny. W gąszczu popkultury są nieodzowne, bo przy obecnej jej obfitości po prostu nie da się obejrzeć/przeczytać/przesłuchać wszystkiego. Przed zaplanowaniem wizyty w kinie wizyta na Filmwebie lub jego zagranicznych odpowiednikach wydaje się konieczna. Tyle tylko, że to może być bardzo mylące. Wszak wszystkie te oceny to tylko subiektywne opinie (thank you, Captain Obvious!). Prawda, gdy mnóstwo ludzi twierdzi, że coś jest szmirą, to prawdopodobnie nią jest. Może jednak się okazać, że akurat Tobie to coś się spodoba.

Ja przed każdym seansem sprawdzam tylko średnią ocenę filmu. Tak na wszelki wypadek. Recenzje czytam bardzo rzadko i jedynie z bezpiecznych źródeł. W końcu żyjemy w czasach nieustannego ryzyka trafienia na spoiler. Poza tym nie chcę się za bardzo sugerować.

Zdradzę Wam mroczny sekret. Mimo, że wiele osób uważa filmy DC za gnioty, ja je całkiem lubię. Tak, nawet „Zieloną Latarnię”. Zgadzam się, że Marvel robi lepsze kino superbohaterskie, ale ma w tym w końcu więcej doświadczenia. Produkcje DC stają się coraz lepsze, co zresztą widać. W każdym razie postanowiłem podtrzymać moją tradycję chodzenia do kina na co drugi film tego uniwersum (byłem na MoS i BvS, oba uważam za całkiem ok, choć ten drugi rzeczywiście był chaotyczny) i zaraz wychodzę do kina na „Ligę Sprawiedliwości”. Tym bardziej, że katowickie Multikino ma obecnie naprawdę atrakcyjne ceny  (o tym >>tutaj<<). Większość opinii jest taka, że nie jest źle, ale szału też nie ma. Jaka będzie moja? Zaraz się przekonacie, bowiem dokończę ten tekst zaraz po powrocie.

3…

2…

1…

IMG_0665
Selfie z superbohaterami?

Wróciłem. Podobało mi się. Bardzo. Jedyne, na co mogę narzekać, to kolejka do kasy i marudząca w niej starsza pani. A film?

Świat mroczniejszy niż marvelowski, co zostało doskonale pokazane (film wygląda bardzo dobrze). W miastach widać brud, biedę, problemy. Tym razem jednak DC nie wpada w niepotrzebny patos. Jest poważnie, czasem wzruszająco, ale zawsze znajdzie się miejsce na odrobinę humoru. Cieszą też ciekawie zarysowani bohaterowie: intrygujący Cyborg i nieradzący sobie z otaczającą go rzeczywistością Flash. Aquaman? Ok, ale liczyłem na coś lepszego. Najsłabszym punktem filmu jest chyba sama fabuła, nieskomplikowana i niezbyt oryginalna. Z drugiej strony ani przez chwilę się nie nudziłem. Nie czułem pokusy spojrzenia na zegarek, co zdarzało mi się podczas filmów Marvela. Gdy widać było, że to już prawie koniec, byłem zawiedziony, że tak szybko. 6,6 na Filmwebie to stanowczo za mało.

Oczywiście, że tylko według mnie. W końcu o tym jest ten wpis. Nie warto się kierować cudzymi opiniami, bo każdy ma inny gust. Najlepiej przekonać się samemu. Jak to jednak zrobić, skoro filmów do obejrzenia jest cała masa? Nie mam pojęcia. Może trzeba losować.

Akcent muzyczny? Żeby było tematycznie, utwór wykorzystany w „Lidze Sprawiedliwości”:

To by było na tyle. Dobrego tygodnia.

ENG:

Reviews, opinions, ratings. They are necessary in modern pop culture, because it’s so plentiful now, no one is able to see/read/listen to everything. Visting the Filmweb or some of its foreign equivalents seems to be obligatory before going to the cinema. However, it can be very confusing. After all, these ratings are only subjective judgements (thank you, Captain Obvious!). Well, when a lot of people claim that something is a shit, it probably is. However, it may turn out that despite all the negative opinions you like that thing.

Before each show I check only the average rating of the film. Just in case. I read reviews very rarely and only from safe sources. Finally, we live in a time of constant risk of hitting the spoiler. Besides, I do not want to suggest myself too much.

I will tell you a dark secret. Although many people consider DC movies a dump, I like them quite well. Yes, even the „Green Lantern”. I agree that Marvel makes better superhero movies, but also has more experience in that. The DC productions are getting better and better, as you can see. Anyway, I decided to uphold my tradition of going to the cinema for every second movie of this universe (I was on MoS and BvS, both of which I consider quite ok, though the latter was chaotic indeed) and in a minute I am going to the cinema to see the „Justice League”. Most of the opinions says that it is not bad, but it is not awesome either. What will I say? You will  know  just now, because I’m going to finish this text right after my return.

3…

2…

1…

I’m back. I enjoyed the movie a lot. The only thing i can complain about is the queue to the cash desk and the grumbling old lady in it. Coming back to the movie…

The world is darker than Marvel’s, what was perfectly displayed (the film looks very good). In the cities you see dirt, poverty, problems. This time, however, DC does not fall into unnecessary pathos. The movie is serious, sometimes touching, but there is always room for a bit of humor. I also really like the new characters: intriguing Cyborg and Flash hardly dealing with the surrounding reality. Aquaman? He’s okay, but I was hoping for something better. The weakest point of the film is probably the story itself, uncomplicated and not very original. On the other hand, I was not bored for even a moment. I did not feel the temptation to look at my watch, what sometimes was happening to me during Marvel’s films. When it was almost over, I was disappointed it was so short. 6.6 on the Filmweb is definitely not enough.

Of course, only in my opinion. That is what is this text all about. You shouldn’t bother with others’ opinions, because everyone has a different taste. You should just assess the movie on your own. But how to do it, since there is an enormous number of movies to watch? I have no idea. Maybe you need to pick them by accident.

Weekly piece of music? You can find it above. It is related to the text as it was used in the movie.

That’s all for now. Have a nice week.

Nie ma czego świętować?!

There’s nothing to celebrate, is there? [English version below.]

11 listopada. Dzień Niepodległości. Z tej okazji jeden z moich znajomych znowu udostępnił wypowiedź George’a Carlina o braku zrozumienia dla narodowej dumy. Przecież nie mieliśmy żadnego wpływu na to, w jakim kraju i z jakim obywatelstwem się urodziliśmy. Logicznym wnioskiem z tej wypowiedzi jest to, że nie ma co szaleć z celebrowaniem świąt narodowych.

Od razu coś się we mnie buntuje przeciwko takiemu podejściu. Chciałem zaprotestować, wdać się w polemikę, ale… Zabrakło mi argumentów. To dlatego, że jest sporo racji w tej wypowiedzi. Na szczęście dzisiaj mnie olśniło, że do tematu można podejść inaczej.

Skoro nie ma sensu świętować tego, na co nie ma się wpływu, zacznijmy od pozbycia się Dnia Kobiet i Dnia Mężczyzn. Okej, tu ktoś może mi zarzucić, że w XXI w. ma się wpływ na swoją płeć, ale dajcie spokój, osoby trans to mniejszość, skupmy się na większości.

Jasne, niektórzy może ucieszyliby się z likwidacji tych świąt, ale podejrzewam, że nieliczni. Czy to dlatego, że przy ich okazji dostaje się prezenty (albo przynajmniej dające radość drobiazgi)? Raczej nie. Myślę, że nie chodzi o materializm. Może raczej o symboliczną emanację tego, kim się jest i akceptację takiego stanu.

Idźmy dalej! Nie ma się żadnego wpływu na to, kiedy się urodziło, że w ogóle się urodziło albo jak się ma na imię. Po co więc celebrować urodziny lub imieniny? Podążając dalej tym tropem dojdziemy do sytuacji, w której zostanie nam bardzo niewiele okazji do świętowania. Rocznice ślubu, Dni Matki i Ojca (o ile dzieci były planowane) i może jeszcze święta religijne, bo w końcu wiarę wybiera się samemu. Zderzenie z absurdem staje się niebezpiecznie prawdopodobnie. Przecież większość lubi świętować.

IMG_0652
Biel i czerwień? Czy szarość?

Może więc warto jednak obchodzić uroczystości państwowe i być dumnym ze swojego obywatelstwa? Nie chodzi przecież o to, żeby czuć się lepszym od innych, ale o poczucie wspólnoty, jednej z największych, do jakich możemy należeć. O radość z sukcesów sportowców reprezentujących nasz kraj. O promowanie polskiej muzyki, czyli nie tylko Chopina, ale też Michała Urbaniaka, The Dumplings czy Vadera. O satysfakcję, gdy wreszcie znowu nasz rodak zdobędzie nagrodę Nobla. O dumę z tego, że Maria Skłodowska-Curie była Polką.

Patriotyzm to nie dążenie do supremacji własnego narodu. Spróbujecie?

Akcent muzyczny? W temacie. Zapewne już tu kiedyś publikowany. Cover. Nadal rewelacyjny:

P S Snapchat: @cgdenys. Czasem coś się dzieje, sprawdzajcie.

ENG:

November 11th. The Independence Day (of Poland ofc). Because of that, one of my friends shared George Carlin’s statement again. It’s about lack of understanding for national pride. After all, we had no influence on that, in what country and with what citizenship we were born. Logical conclusion is, there’s no need to care about national holidays.

From the very beginning something inside me started to rebel against such an approach. I wanted to protest, discuss, but… I had no arguments. It’s because there is plenty of sense in that opinion. Fortunately, today i became enlighted. There’s another way to approach this subject.

Since there is no point in celebrating that, what is not dependend on you, let’s start by getting rid of the Day of Women and Men’s Day. Okay, someone here can point out that in the 21st century you can decide about your sex, but come on, trans people are a minority, let’s focus on the majority.

Sure, some may be happy to wind up these holidays, but I suspect there are few. Is it because most of people get gifts (even small)? Probably not. I think it’s not about materialism. Perhaps it is a symbolic emanation of who the person is and her/his acceptance of such a state.

Let’s go further! You had no impact on when you were born, that you were born in the first place or what name you got. Therefore, there’s no point in celebrating a birthday or a name day. Following this way of thinking, we will quickly come to a situation where we will have very few opportunities to celebrate. Anniversary of the wedding, Mother’s Day or Father’s Day (but only if the children were planned) and maybe additionally religious holidays, because finally your faith is chosen by you. Collision with the absurd becomes dangerously probable. After all, most people like to celebrate.

So perhaps celebrating state ceremonies and being proud of your citizenship are good things after all? It is not about feeling better than others, but about the sense of community, one of the greatest we can be part of. About the joy of the successes of athletes representing our country. About promoting Polish music, not only Chopin, but also Michał Urbaniak, The Dumplings and Vader. About the future satisfaction when our compatriot will win the Nobel prize again. About being pride of the fact that Maria Skłodowska-Curie was Polish.

Patriotism is not the pursuit of the supremacy of one’s own nation. Will you try it?

Weekly piece of music? Matching with the subject of this text. A cover. Still sensational. You can find it above.

P S Check out my Snapchat: @cgdenys. Interesting things happen there. Sometimes.

Wolność od tradycji!

Freedom from tradition? [English version below.]

Zwyczaj, tradycja, kultura, dziedzictwo. Ostatni tydzień był tego pełen. 1 listopada, 2 listopada, a wcześniej 31 października. Tak, bo tradycje się mieszają. Zapalanie zniczy, dekorowanie grobów kwiatami, wspominanie zmarłych to polska klasyka, ale nie żyjemy w próżni i w czasach globalizacji zwyczaje migrują.

Wiecie, o czym mówię, prawda? W każdym razie wrócimy do tego później. Ważne jest to, że tradycje mogą być piękne, są świetną sprawą i tak dalej, ale(!) powinny zawsze opierać się na zasadzie dobrowolności. Przecież żaden przepis nie nakazuje bawienia się w znicze.

W środę spotkałem się z rodziną na cmentarzu. Gdy zapalałem światełko przy jednym z grobów, podeszło do niego kilka osób. Ja, z uwagi na moje słabe zdolności interpersonalne, szybko się stamtąd ewakuowałem, natomiast moja ciocia podeszła i zaczęła z nimi rozmawiać. Szybko okazało się, że to faktycznie nasza dalsza rodzina.

Ciocia wróciła do nas, a tamci zapalili swoje znicze, postali chwilę i poszli. Ciocia była w szoku, że spędzili tam tak mało czasu. A ja sobie pomyślałem: kurczę, to ich sprawa. Nie udają, nie stoją przy grobie na siłę, żeby pokazać się ludziom. Mogliby w ogóle nie przychodzić, bo przecież o przodkach pamięta się w głowie, a nie na kamiennej płycie.

Swoją drogą duże groby, jak to u nas, to dyskusyjny pomysł. Cmentarze zajmują mnóstwo miejsca i tak naprawdę nie wiadomo po co. Miejsca pamięci mogłyby być mniejsze, przez to bardziej kameralne (choćby kaplice z pamiątkowymi płytami). Widoczny symbol by był, problemów mniej, a i tak pamięta się w swoim umyśle. Dlatego też nie potępiam kogoś, kto nie dba o groby swoich przodków (nie myje ich i nie stroi regularnie), zwłaszcza jeśli to nie on planował pogrzeb i nie on na przykład wybierał trudną do czyszczenia płytę marmurową czy jakąkolwiek inną.

IMG_0500
Wznieśmy się ponad tradycję!
We can be over the tradition!

I druga strona medalu: wspomniałem o migracji tradycji. Wszyscy wiedzą, że chodzi o Halloween. 31 października. Noc duchów. Zwyczaj pochodzący ze Stanów Zjednoczonych (tak, podobno tak naprawdę z Irlandii, ale dajcie spokój). Przebrania, dynie, parady, strachy i psikusy.

To nie polski zwyczaj, ale nie mam z tym problemu. Niech każdy bawi się jak chce. Oczywiście pod warunkiem wspomnianej na początku dobrowolności. Z nią natomiast może być problem. Ostatnio na jednej ze stron internetowych z memami pojawił się list oburzonego mieszkańca do swoich sąsiadów. Najprościej rzecz ujmując, chodziło o to, że dzieciaki zbierające cukierki w Halloween ubrudziły/pomalowały (nie wiadomo w jakim stopniu) drzwi do mieszkań tym, którzy nie dali im słodyczy.

Forma listu była wątpliwej jakości (zawoalowane groźby wobec dzieciaków, wulgarny język, niepotrzebne wstawki o frankowiczach) i dobrze, że w komentarzach do tego listu zwracano na to uwagę. Przeraziło mnie natomiast to, że mnóstwo ludzi używało argumentacji na poziomie „jakby nie skąpił na cukierki, to by nie miał problemu”.

Słucham?! Co to w ogóle za absurd?! Istnieje chyba poszanowanie cudzej własności? Przynajmniej powinno. Sporo ludzi pisało też, żeby człowiek ten się nie wygłupiał, tylko poświęcił kilka minut na wyczyszczenie drzwi. Pomijam to, że nie wiemy, w jakim stopniu zostały one ubrudzone (być może już zniszczone). Po prostu tak się nie robi. Jak ktoś napisał: co będzie następne? Dawanie przez dzieciaki w pysk tym, którzy nie dadzą im cukierków? Nie dajmy się zwariować.

Rozumiałbym jeszcze szyderstwo z oburzenia tego człowieka, gdyby Halloween było naszym zwyczajem, obchodzonym od dziesiątek, setek lat. Tak jednak nie jest. To zwyczaj, który w naszym kraju pojawił się kilka, najwyżej kilkanaście lat temu. Nie dziwi więc, że mnóstwo ludzi nie chce go obchodzić. Nie musi i nie powinno czuć się przymuszane groźbą głupiego „psikusa”. Szanujmy się nawzajem i swoją wolność osobistą też.

Akcent muzyczny? Nie bardzo związany z tym wpisem, nie musi się podobać, ale ma w sobie to coś:

ENG:

Custom, tradition, culture, heritage. The last week was full of them. November 1st, November 2nd, and earlier October 31st. Yes, the last one also counts, because traditions mix. Lighting candles, decorating graves with flowers, reminiscing dead are polish classics, but we do not live in a vacuum and habits migrate in times of globalization.

You know what I’m talking about, don’t you? Anyway, we will return to this later. The important thing is that traditions can be beautiful, they are great and so on, but (!) they should always be based on the principle of volunteering. After all, no law requires buying a candle.

On Wednesday I met my family in the cemetery. When I was lighting a candle at one of the graves, several people approached it. I, due to my poor interpersonal skills, quickly evacuated from there, while my aunt came up and started talking to them. It turned out that it was actually our further family.

Auntie returned to us and they lit their candles, stood for a moment and went away. Auntie was shocked that they spent so little time there. And I thought, „well, that’s their business”. They do not pretend anything, they do not stand at the grave only to show themselves to the people. They could not come at all, because the ancestors are remembered in the head, not on the stone plate.

By the way big graves, present here, are a doubtful idea. Cemeteries occupy a lot of space and you really do not know why. Memorial places could be smaller, so it would be more intimate (even chapels with memorial plates would be more adequate). Visible symbol would be present, there would be less problems and still the most important thing is to remember the died in your mind. Therefore, I do not condemn anyone who does not care for the graves of his/her ancestors (he/she does not wash them and does not adorn them regularly), especially if he/she was not planning a funeral and he/she did not, for example, choose a hard-to-clean marble plate or any other.

And the other side of the coin: I mentioned the migration of tradition. Everyone knows it’s about Halloween. October 31st. Night of ghosts. The habit coming from the United States (yes, supposedly really from Ireland, but give it up). Disguises, pumpkins, parades, scaring the people and pranks.

It’s not a Polish custom, but I have no problem with it. Let everyone play as they want. Of course, provided that the aforementioned condition of voluntariness is fulfilled. But it may be a problem. Recently, a letter of an indignant resident written to his neighbours appeared on one of the websites with memes. Simply put, the thing was that the Halloween kids painted (the scale is  unknown) the door to the flats of people who haven’t given them any sweets.

The form of the letter was of dubious quality (veiled threats against the kids, vulgar language, unnecessary inserts about people with credits in CHF) and it’s good that it was pointed out in the comments to this letter. However, I was shocked that a lot of people used the arguments like „as if he did not regret the money for the candy, he would have no problem.”

What is this absurd?! Is there any respect for someone else’s property? At least it should be. A lot of people also wrote that the man should spend a few minutes on cleaning the door instead of making himself a fool. I suppose we do not know how much they have been soiled (maybe already destroyed), but that’s not the point. It just shouldn’t work like that. As someone wrote: what will be next? Kids hitting those who do not give them a candy? Let’s not go crazy.

I would have understood the mockery of this man’s indignation if Halloween was our custom, celebrated for decades, hundreds of years. But it is not. It is a custom that in our country appeared a few years ago. No wonder so many people do not want to take part in it. No one has to and no one should feel compelled to do so by the threat of a stupid „prank”. Let’s respect each other and everybody’s personal freedom too.

You can find weekly piece of music above. Today it’s a bit of polish rap. You may not enjoy it, but check it on your own.

Masz się za dobrze!

You’re too well off! [English version below].

Niedawno mignął mi w sieci artykuł o tym, że w efekcie programu „500+” w samym tylko 2016 roku 50 tys. kobiet wypadło z rynku pracy. To jest oczywistą bzdurą. Te kobiety same z niego wyszły. Opinie co do tego postępowania są podzielone. Moja? Taka, że bzdurą jest mieć opinię na ten temat, bo musiałaby się ona opierać na gigantycznej generalizacji. Wszak jeśli ktoś pracował w niezwykle ciężkich warunkach za minimalną krajową, tylko po to, by zapewnić swojej rodzinie jakąkolwiek egzystencję i nagle dostał możliwość zrezygnowania z takiej pracy, bo pieniądze i tak się pojawiły, to wcale się nie dziwię, że z niej skorzystał. Sam bym tak może zrobił, chcąc spędzać więcej czasu z dziećmi. Każda sytuacja jest inna.

Ja jednak nie o tym. Głównym wątkiem jest tutaj to, że przy okazji czytania artykułu zajrzałem niestety do sekcji komentarzy. A tam dramat. Jak zwykle. Komentarzy, które najbardziej mnie zszokowały, niestety Wam nie pokażę, bo dziś nie byłem w stanie już ich znaleźć. Mam nadzieję, że autorzy ze wstydu sami je usunęli. Są za to inne.

dialog
Oto próbka.

Pomijam poziom pierwszych komentarzy (ostatnie dwa to mój i dziewczyny, która chyba podobnie odebrała sytuację). O złośliwości, braku kultury i namysłu, a także przechodzeniu do argumentów ad personam pisałem już tutaj, w dodatku chyba nie raz. Zresztą nawet wtedy nie byłem pierwszym poruszającym ten temat. Zostawmy to, szkoda czasu. Skupmy się na merytoryce lub jej braku.

Przeczytaliście uważnie wszystkie komentarze? Świetnie! To może wytłumaczycie mi, dlaczego myślący człowiek używa argumentacji zbudowanej na zasadzie „kiedyś ludzie mieli gorzej, więc nie masz prawa narzekać”? Jaki w tym sens? Powinniśmy patrzeć wstecz czy wprzód? Dążyć do poprawy życia dla wszystkich, czy równać do tego, kto miał lub ma najgorszy standard?

Wydaje mi się, że nie chodzi o to, żeby wszyscy mieli tak samo, ale o to, żeby każdy miał jak najlepiej. Przepracowanie wcale nie jest lepsze od lenistwa. Wręcz przeciwnie. Zresztą argument, że ktoś powinien coś wytrzymać, bo ktoś inny dał sobie z tym radę, nigdy do mnie nie trafiał. Pomijając to, że rodzina rodzinie i praca pracy nierówna, każdy człowiek ma po prostu inną wytrzymałość.

Do każdej sytuacji podchodźmy więc indywidualnie. Niech będzie lżej. Wszystkim.

Akcent muzyczny? Czyste piękno, które być może już znacie, ale które ja usłyszałem dopiero kilka dni temu i nie mogę się uwolnić. O, proszę:

ENG:

Recently I’ve read an article claiming that as a result of „500+” program (polish government’s program giving each family 500 PLN monthly for second and each next child under 18) only in 2016 fifty thousand women had been pushed of the labour market. Well, that’s bullshit. They had independently resigned and the opinions about such a behaviour are quite diverse. Personally I think that another bullshit is to even have an opinion about that, because it would have to be based on an enormous generalisation. For instance, someone has worked really hard, gaining only the minimum wage in order to have the money for some basic needs of her/his family. Suddenly this person got an opportunity to quit such an awful job, because the money were going to come anyway. I fully understand that someone decided to do so. I would do the same, gaining the possibility to spend some time with my children. Each situation is different.

However, that’s not exactly that, what I was going to write about. The main topic is that unfortunately I saw the comments under the article by the way. That was devastating. As always. I won’t show you these, which have shocked me the most, because I wasn’t able to find them today. I hope that the authors were so ashamed, they deleted them on their own. However, there are still other comments. You can see the examples above (and unfortunately translate them on your own).

I skip the level of the first few comments (the last two are mine and the women’s, who probably similarly assessed the situation). I have already written here about the malice, the lack of culture and reflection, and the transition to ad personam arguments, probably not once. Even then, I was not the first one to talk about it. Let’s leave it, as a waste of time. We’d better focus on the meaning of these comments or its lack.

Have you already translated and read them all? Great!  [Shhh, a little tip! In the first comment some lady claims, that her mother, grandmother and all the other women in the family had their jobs and cared of the house at the same time. As a result they were so tired, they even couldn't remember their own names. That is supposed to be the reason why modern mothers shouldn't complain about their current situation.] So maybe you can explain me, why the thinking man uses  the arguments built on the rule „people used to have worse conditions, so you have no right to complain”. What’s the point of that? Shall we look past or forward? Should we strive for improvement of everyone’s life or should we level down to our lowest standards?

I think it’s not about making everyone has the same life standard, but about making everyone has as good standard of living as it’s possible. Overwork is not better than laziness. Never. Besides, I don’t believe in the argument, that someone should be able to withstand something only because someone else was able to do so. Excluding family and work-related unevenness, every man has just another strength.

To sum up, we should apply an individual approach. It will be better for everyone.

As always, I put some piece of music in this text. You can find it above and it’s simply awesome.

Z rodziną najlepiej na…

Best with family? [English version below.]

Mój ojciec wyprawiał wczoraj urodziny. Okrągłe, więc wystawne. W Wiśle. Ośrodek popeerelowski, co widać, ale całkiem porządny i mający swój urok. Przyjechało sporo osób, a miało być jeszcze więcej. Pojawił się kuzyn, z którym ostatnio widziałem się jakieś półtorej roku temu, ale wtedy maks przez godzinę. Teraz po raz pierwszy mieliśmy okazję wspólnie wznieść toast. Przybyli przyjaciele ojca, z którymi ostatnio rozmawiałem lata temu i było teraz o czym opowiadać. Ponadto przedstawicielki najmłodszego pokolenia, biegające wszędzie i roześmiane. Dotarł także, a w zasadzie został dowieziony i doniesiony, najmłodszy gość i członek rodziny, ledwie kilkumiesięczny Edward. Oprócz tego stali bywalcy.

IMG_0471[1]
Sto lat to za mało…

Początki były spokojne, choć w tym towarzystwie nigdy nic nie wiadomo. Obiad, spacer, chwila odpoczynku, przygotowania. Potem powitania, przystawka, pierwsza kawa, spokojne początki rozmów.

A potem ruszyło. Zaspokojenie żołądków i gardeł, mniej lub bardziej udane dowcipy, tańce, krępujące anegdoty. Rozmowy o planach na przyszłość i tych już zrealizowanych. Wraz z upływem godzin coraz ambitniejsze dyskusje. Przesłodki tort! Prezenty, radość, wygłupy. Drobne spięcia. Barszczyk. Odpływanie kolejnych osób w objęcia Morfeusza i delikatne ogarnianie na koniec.

Dzisiaj śniadanie, trochę rozmów, zabawy z dziećmi, szybkie pakowanie i wyjazd. W różne strony i o różnych godzinach, ale niemal wszyscy musieli wracać do swojej codzienności. Negatywne rzeczy poprzedniego wieczoru z każdym kilometrem odchodzą w zapomnienie. Te dobre zostaną w pamięci. Za kilka lat, gdy pojawimy się na podobnej imprezie, być może w szerszym składzie, będzie co wspominać i o czym opowiadać.

Bo z rodziną (mimo wszystko najlepiej).

Akcent muzyczny? Staro, kontrowersyjnie i przede wszystkim z przymrużeniem oka!

Trzymajcie się ciepło przez cały tydzień!

ENG:

My father celebrated his birthday party yesterday. Round, so lavish. It was in Wisła, in a quite old, but really nice resort. There were plenty of people, but there should be even more of them. A cousin whom I had seen last time about a year and a half ago, but then for only an hour appeared. Now for the first time we had the opportunity to raise a toast together. Also my father’s friends whom I hadn’t met for many years came and we had a lot to talk about. There were girls from the youngest generation of the family, running and laughing everywhere. Even the youngest member of the family arrived (or to be more precise: was brought). This is Edward, a few months old little guy. Of course, there were also these people, who are always at my father’s birthday party.

The beginning was calm, though in this company nothing is predictible. A dinner, a walk, a moment of rest, some time for preparation. Then an official welcome, starter, first coffee and slow beginnings of conversations.

And then it all started. Drinks and food, more or less successful jokes, dances, embarrassing anecdotes. Conversations about plans for the future and those already realized. With the passing of time more and more ambitious discussions. Lovely, sweet cake! Gifts, joy and a little bit of tomfoolery. Some petty quarrels. Borsch. More and more people going to sleep and finally some basic cleaning.

And today? Breakfest, some talk with adults and fun with kids, packing and departure. In different directions and at different times, but almost everyone had to go back to the daily routine. The negative things of the previous evening with each kilometer go away into oblivion. The good ones will remain in memory. In a few years, when we will appear at a similar event, perhaps in a broader composition, we will have a lot to remember and talk about.

Because with family (anyway) the best.

Weekly piece of music? You can find it above. It’s quite old polish rap, so the text is most important, but it also sounds pretty good.

Złote czasy!

The golden times. [English version below.]

W ostatnim czasie co najmniej dwa razy zdarzyło mi się, że po obejrzeniu zapowiedzi kontynuacji jakiegoś filmu zmotywowałem się wreszcie do obejrzenia pierwszej części. Miałem tak z Kingsman: Tajne służby, a także z Blade Runnerem. Poznałem jedno i drugie, zrobiłem wielkie „ŁAAAŁ” i już mogłem z niecierpliwością czekać na zapowiedziane produkcje.

Na Kingsman: Złoty krąg nie zdążyłem się jeszcze wybrać, ale zrobię to w najbliższym czasie. Obiecuję to sobie. Co do Blade Runnera 2049 zaś…

Po pierwszym zwiastunie zawrzało. Ludzie z jednej strony byli podekscytowani, ale z drugiej pełni obaw. „Klasyków się nie rusza”, „na pewno to spieprzą”. A potem były prapremiery, pokazy dla krytyków i fala zachwytu. Niemal wszyscy wypowiadali się o filmie w samych superlatywach. „Widowisko”, „rewelacyjny dźwięk”, „głębia”. Wobec tego wczoraj sam pofatygowałem się na sens.

I wiecie co? To wszystko prawda. Nie chcę się jednak rozwodzić tu nad wspaniałością tego filmu, bo po prostu trzeba to zobaczyć. Pragnę jedynie zauważyć, że żyjemy w złotych czasach. Ok, wiele osób może się z tym nie zgodzić, więc doprecyzuję: chodzi mi o kulturę filmową (i w związku z tym serialową). Dlaczego?

Już tłumaczę. Istnieją dwa powody, przez które tak uważam.

prosperity
Co za dużo to niezdrowo?

Pierwszy. Rewelacyjny dostęp do tego, co już powstało. Pomijając wszystkie półlegalne źródła mamy teraz portale pokroju Showmax, który właśnie testuję (dwa tygodnie okresu próbnego, potem 19,90 miesięcznie). Kajetan Kusina z Kusi na Kulturę w swoim porównaniu tego typu serwisów (poszukajcie na jego stronie, warto!) zauważył, że akurat ten nie ma zbyt bogatej oferty seriali (co w sumie jest prawdą), ale za to nadrabia całkiem przyzwoitą kolekcją filmów i etiud. Zresztą Showmax cały czas poszerza ofertę. Ostatnio dodał na przykład Battlestar Galactica, które dopiero co zacząłem oglądać, więc chyba zostanę tu przynajmniej na chwilę.

Jeśli oferta akurat tego portalu Wam nie odpowiada, jest mnóstwo innych. Nie trzeba czekać aż w telewizji po raz któryś puszczą powtórkę danego serialu lub filmu. Nie trzeba mieć telewizora. Oczywiście nie trzeba już od dawna, ale Netflix i spóła działają krócej niż się Wam wydaje, a wcześniejsze przekopywanie się przez podejrzane portale to pasmo udręk i wątpliwości. Teraz jest pięknie, a będzie jeszcze lepiej. Serwisy cały czas ulepszają swoją ofertę, a w dodatku taki Netflix czy Amazon Prime inwestują we własne produkcje i wychodzi im to bardzo dobrze.

Właśnie, nowe dzieła. To drugi powód, dla którego uważam, że żyjemy w złotych czasach. Czasem ktoś twierdzi, że teraz już nie robi się tak dobrych filmów i seriali jak kiedyś. To bzdura. Po prostu z przeszłości zapamiętuje się głównie dobre rzeczy. Nikt nie pamięta mrowia kiepskich tworów, które przegrały konkurencję z „Nową nadzieją”, przygodami Indiany Jonesa czy „Ojcem chrzestnym”.

Ogólny poziom kinematografii nie może spadać, bo ci, którzy teraz się nią zajmują, mogą uczyć się na tym, co powstało wcześniej, w ten sposób stając się jeszcze lepsi niż ich poprzednicy. Także technologia idzie do przodu i filmy i seriale po prostu wyglądają i brzmią lepiej. Z ostatnich kilku lat da się wymienić sporo wielkich tytułów, choćby wspomnianego „Blade Runnera 2049„, „Interstellara”, „Nietykalnych”, „Django” czy „Incepcję”. Można ich nie lubić (choć to nieco dziwne), ale nie można im odmówić jakości i szans na przejście do historii kina. Bardzo możliwe, że za trzydzieści lat będą one funkcjonowały w powszechnej świadomości jako klasyki. Oby.

Wniosek? Już jest bardzo dobrze, bo wszystkich świetnych produkcji, które powstały, nie sposób obejrzeć. To klęska urodzaju. W dodatku będzie jeszcze lepiej. Czeka nas świetlana przyszłość.

Akcent muzyczny? Dziś było o głośnych tytułach, więc dla odmiany coś, czego prawie na pewno nie znacie:

Na zdrowie!

ENG:

Recently I’ve seen a trailer of some movie and after that I decided to watch the original movie. It happened at least twice. Examples: „Kingsman: The Secret Service” and „Blade Runner”. I saw both, said „WOOOW” loudly and started to impatiently wait for the sequels.

I haven’t had the opportunity to see the „Kingsman: The Golden Circle” yet, but I’ll do it soon. I promise myself. And what about „Blade Runner 2049″?

There were a bit of noise after publication of the first trailer of this movie. People were excited and afraid at the same time. „No one should do anything with classics”, „they’ll definitly screw it up”. And then previews, shows for critics and the wave of delight came. Almost everyone has described this movie using only superlatives. „Spectacle”, „magnificent sound”, „deep”. Hearing all this, I went to the cinema on my own.

You know what? That’s all true. However, I don’t want to dedicate this text to the excellence of „Blade Runner 2049″, because I’m unable to describe it. Just everyone should watch it. In this text I simply want to mark that we live in the golden times. Well, many people could disagree with that, so I’ll be more precise: that is true when we talk about movies (and series). Why?

I’m going to explain. There are two main reasons.

The first one is that we have now an extremely easy access to the things that already exist. Omitting all semi-legal sources, we have now the sites like Showmax, which I currently test. Kajetan Kusina from the blog „Kusi na Kulturę” made a comparison of such services and noticed that this particular one hasn’t got an impressive selection of serials (I can agree with that), but proposes quite wide collection of movies and etudes instead. What’s more, Showmax is constantly widening the offer. One of the latest proposals is „Battlestar Galactica”. I’ve just started to watch it, so I’m going to stay with this platform for a while.

If you don’t like the offer of this particular site, there are plenty of others. You don’t have to wait for another replay of the movie or series on TV anymore. You don’t have to have TV. Of course, that’s true for some time, but Netflix and the others are available shorter than you think (at least in Poland) and the earlier digging through the suspicious sites with videos was full of inconveniences and doubts. Now it’s great and it’s going to be even better. All these services are constantly bettering their offers. What’s more, some, like Netflix and Amazon Prime invest in their own productions and they’re quite good at it.

Right, new productions. This the second reason, why I think we live in the golden times. Sometimes someone says that nowadays movies and series are worse than in the past. That’s a bullshit. We remember mainly the good things from the past. No one recollects lots of bad productions, which lost the competition with „A new hope”, the adventures of Indiana Jones or „The Godfather”.

A general level of the cinematography can’t decrease, because people who make movies have the opportunity to learn from what was made before and therefore to become even better than their predecessors. Moreover, the technology is constantly evolving and, as a result, movies and serials simply look and sound better. There are plenty of big titles from a few last years, like already mentioned „Blade Runner 2049″, „Interstellar”, „Intouchables”, „Django Unchained” or „Inception”.

You can dislike them (although that would be a little bit odd), but you can’t say they are of poor quality or don’t have the chance to become important parts of the movie history. It is very possible that in thirty years they will by widely perceived as the classic. I hope so.

Conclusion? It’s already really good, because no one is able to see all the great productions, which have been made. In addition, it’s going to be even better. There is a bright future ahead of us.

Every time I add some piece of music here. Today’s text was mainly about some extremely famous things, so, in contrary, there is almost no chance you already know the song I posted above. It’s performed by KAMP!, polish alternative band. Check it out.

Stawiaj sobie wyzwania!

Challange yourself! [English version below.]

Październik. Zaczął się nowy semestr studiów. Mam nadzieję, że przedostatni. Mamy na nim zajęcia z języków obcych i musieliśmy wybrać język już dość dawno temu. W polu moich zainteresowań od początku były jedynie angielski i niemiecki. Uznałem jednak, może z odrobiną pychy, że wybór tego pierwszego jest bez sensu, bo na takich zajęciach nie nauczę się już nic nowego. Wybrałem więc niemiecki.

Nie chciałem marnować co jakiś czas dwóch godzin na szlifowanie języka, którym umiem się posługiwać dość dobrze i co jakiś czas mam do tego okazję. Wolałem w tym czasie nauczyć się czegoś nowego. Wiedziałem, że może być trudniej, bo problem z uzyskaniem zaliczenia na angielskim jest dla mnie czymś niewyobrażalnym, a tu jednak mogłyby pojawić się pewne kłopoty. Podchodziłem jednak do tego jak do wyzwania.

IMG_2880
Po pierwszych zajęciach…

Wątpliwości, a przynajmniej niepokój zaatakował mnie dopiero kilka dni temu, a także dziś, ze wzmożoną siłą, gdy prowadzący wszedł do sali i od razu zaczął mówić do nas płynnym niemieckim. Przez chwilę pomyślałem, że może trzeba było wybrać bezpieczną ścieżkę.

Tyle tylko, że to byłoby marnowanie szansy na nauczenie się czegoś nowego. W trakcie dzisiejszych zajęć szybko okazało się, że jednak nie będzie tak źle. Nawet gdyby jednak trzeba było włożyć sporo pracy w naukę niemieckiego, to chyba warto.

Krótkie przesłanie tego króciutkiego tekstu brzmi: czasem lepiej nie wybierać najłatwiejszego wariantu. Trudniejsze dadzą nam więcej doświadczenia i satysfakcji. Zapewne przytłaczająca większość z was zdaje sobie z tego sprawę. Może jednak przynajmniej jedna osoba zmieni swoją perspektywę po lekturze. To mi wystarczy.

Akcent muzyczny? Niesamowity cover:

P S Sprawdzajcie Snapchata, jeśli chcecie (@cgdenys).

ENG:

October. The new semester of studies have already begun. I hope that’s  the one before last. During this one we have foreign languages classes and we had to choose the langue some time ago. From the very beginning I’ve been interested only in English and German. Finally I came to the conclusion (maybe a little bit conceited) that there’s no sense in choosing the first one, because I wouldn’t learn anything new in such lessons and I picked  German classes instead.

I just don’t want to waste two hours from time to time for improving my skills in the language I know pretty well and for which I have opportunities to use it. I prefer to learn something new at the time. I know that it can be harder. I can’t imagine having any trouble with passing English classes, but I can easily picture this for the German ones. However, during making up my mind I was treating it like a challange.

The doubts or at least anxiety came to me only a few days ago. They also attacked today, only stronger, when the teacher came into the classroom and immediatly started talking in fluent German. For a moment I thought that maybe I should have chosen the safe path.

Well, the problem is that it would be wasting a chance to learn something new. In today’s lesson it turned out that it probably won’t be so bad. Besides, even if putting some effort in learning German would be necessary, the results should be worth it.

The short message of this text is: sometimes it’s better not to pick the easiest variant. The harder ones can give us much more experience and satisfaction. Presumably the vast majority of you knows that pretty well. However, maybe at least one person will change his/her mind after reading this. That’s enough for me.

As always I present some piece of music here. Today it’s an amazing cover of a beautiful old polish song. Find it above, if you want.

Also check out my Snapchat (@cgdenys). Also only if you want.

Trzy królestwa – część V.

Wraca opowieść o wyprawie do i przez Norwegię. To już końcówka, a te mają to do siebie, że są najbardziej emocjonujące.

10 lipca – poniedziałek/11 lipca – wtorek.

Drept, drept, drept. Drept, drept, drept! Około godziny 23:35 wyruszyliśmy z parkingu w miasteczku Tyssedal w stronę Języka trolla. Z ciężkimi, zawierającymi między innymi namioty plecakami początkowo dreptaliśmy po asfalcie do położonego wyżej miasteczka Skjeggedal, w którym to zaczynał się właściwy szlak.

Jakieś 4 kilometry i godzinę później znaleźliśmy się w miejscu, od którego teoretycznie liczono 11-kilometrową górską trasę. Wśród niektórych pojawiły się pierwsze wątpliwości, ale szybko zostały rozwiane, złapaliśmy oddech i ruszyliśmy w drogę. To już południowa Norwegia, więc nie było jasno, ale panował półmrok, w którym spokojnie można się było poruszać.

To się nieco pogorszyło, gdy weszliśmy między drzewa i rozpoczęliśmy wspinaczkę po stromej ścieżce, ale będącej jakby schodami ułożonymi z kamieni. Wtedy niektórzy wyciągnęli czołówki, ale z perspektywy kogoś, kto nie miał własnej, to tylko pogorszyło sprawę, bo mój własny cień zaczął mi nieco przysłaniać drogę, a czasem też ktoś mnie na chwilę oślepiał, świecąc mi po oczach.

Walczyliśmy z górą. Pomagały liny rozwieszone w niektórych miejscach. Na chwilę pojawiła się też metalowa poręcz. W końcu dotarliśmy do znaku informującego o tym, że pokonaliśmy pierwszy kilometr z jedenastu. Spojrzeliśmy na zegarki: zajęło nam to godzinę, a może nawet więcej. Nie wróżyło to dobrze, ale pokrzepiliśmy się myślą, że od tego miejsca przez jakiś czas trasa powinna być bardziej płaska, a przez to szybsza do przejścia. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że na odcinku stamtąd aż do końca 3 kilometra nie można biwakować.

Po prawdzie to i tak nie było na to miejsca. Faktycznie, zrobiło się równiej, ale i wilgotniej. Na naszej drodze znalazło się sporo drewnianych pomostów, którymi pokonywaliśmy kolejne strumyki. Mijaliśmy też stawy i jeziorka. Po drodze minęliśmy też jedną albo kilka chatek. Było ciężko, ale nie traciliśmy entuzjazmu.

W końcu trasa znów zaczęła się robić bardziej stroma, a momentami nawet bardzo stroma. Mocno kontrastował z tym fakt, że w kilku miejscach przy szlaku stały najzwyklejsze koparki, jakby przy miejskiej ulicy, a nie kilkaset metrów ponad cywilizacją. Nie mam pojęcia jak się tam znalazły. Podejrzewam desant ze śmigłowca.

Po jakimś czasie minęliśmy znak informujący o przejściu 3 kilometrów. Tu nastąpił krach. Doszliśmy do wniosku, że w takim tempie albo nie zdążymy wrócić w dobę do samochodu (kwestia parkingu), albo zrezygnujemy ze snu, co oznaczałoby, że schodzilibyśmy z góry po ponad 24 nieprzespanych godzinach. Ryzykowny wariant. Musieliśmy przyśpieszyć i w tym celu, po burzliwej dyskusji, rozdzieliliśmy się. Każdy był samowystarczalny, w miejscu, w którym się znajdowaliśmy, można było biwakować, na co, sądząc po obecnych tam namiotach, zdecydowało się już kilka(naście) osób.

W okrojonym składzie ruszyliśmy dalej. Było stromo, ale przyjemnie. Trafialiśmy na przykład na takie smaczki:

IMG_23262
Nasi tu byli!

Jak widać, zaczęło się też już przejaśniać i mogliśmy podziwiać zieloną dolinę upstrzoną jeziorkami i strumykami, którą zostawiliśmy daleko w dole. Wyglądała przepięknie, a w dodatku mieliśmy świadomość, że i tak położona jest znacznie wyżej niż punkt startowy i cywilizacja.  Skryło się to miejsce przed światem.

Po drodze pojawiły się budki ratunkowe. To rozstawione chyba co kilometr drewniane domki, w których, jak podejrzewam, byłaby jakaś apteczka i inne awaryjne wyposażenie oraz telefon do wezwania pomocy. Nie wiem tego na pewno, nie sprawdzałem, ponieważ grzecznie posłuchałem informacji, by wchodzić do środka tylko w razie wypadku.

Znaleźliśmy się już naprawdę wysoko. Niby na płaskowyżu, choć tak naprawdę raz szlak piął się w górę, raz schodził w dół. Nie było jednak już takich stromizn jak na początku. Minęliśmy zaspy śnieżne, a przez niektóre musieliśmy przejść, bo z uwagi na ich rozmiar nie sposób było je ominąć. Weszliśmy też ponad poziom chmur.

IMG_2340
Krzyczeć „ŁAŁ” to mało!

Wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy blisko. Gdy minęliśmy tabliczkę informującą, że za nami już 10 kilometrów, byliśmy zachwyceni. Ostatni kilometr za to zaczął się oczywiście niemiłosiernie dłużyć. W końcu zostawiliśmy plecaki gdzieś między skałami, stwierdzając, że na miejscu nie będą nam potrzebne i po kilku/kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Co prawda mgła była spora, ale jeden z ledwie kilku obecnych tam ludzi wskazał nam precyzyjnie nasz cel. Mówi się, że do Języka trolla jest kolejka. Może i tak, ale nie o tak wczesnej porze. Było prawie pusto.

Około godziny 7:30 udało nam się znaleźć na występie skalnym wiszącym nad 700-metrową przepaścią. Ja i kumpel – sprawca całego tego zamieszania podczołgaliśmy się na jej skraj, akurat na chwilę mgła się rozwiała i spojrzeliśmy w dół. Widok zapierał dech w piersiach. Skały, których końca nie było widać, olbrzymia przestrzeń ginąca w chmurach poniżej. Adrenalina uderzyła mocno. Nawet teraz, gdy to wspominam, mam dreszcze. Byliśmy na Trolltundze.

IMG_2349
Chwila dla fotoreporterów – ja to ten po lewej.

Ku mojemu zaskoczeniu kolega w pewnym momencie przeniósł środek ciężkości swojego ciała do tyłu i przełożył nogi za krawędź skały, tym samym siadając na jej skraju w pozie znanej ze zdjęć i zabronionej. Potem doszła do nas jeszcze Luba Ma. Jego wolała nie zbliżać się aż tak do przepaści.

Wreszcie wróciliśmy na stabilniejszy grunt. Porobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i, jako że ludzi przybywało, postanowiliśmy wrócić do swoich bagaży. Znalezienie ich zajęło nam dłuższą chwilę, ale w końcu znaleźliśmy kawałek terenu nieco odgrodzony od szlaku, na którym je zostawiliśmy, rozłożyliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy spać.

Obudziliśmy się koło 14, ale padało, więc daliśmy sobie jeszcze trochę czasu. Niestety nic się nie poprawiało, więc w końcu złożyliśmy namiot, spakowaliśmy się i około 16 zaczęliśmy schodzić w deszczu.

Razem z nami w dół maszerowało trochę ludzi, ale chyba jeszcze więcej wchodziło. Dla mnie hitem był Rosjanin (prawdopodobnie) w klapkach i z przytwierdzonym do plecaka głośniczkiem, z którego dobiegało jakieś disco. To było już chyba na wysokości 7 kilometra, więc zaszedł całkiem daleko.

Nieco niżej stał przedstawiciel jakiejś służby porządkowej, który od pewnej godziny sprawdzał, czy wchodzący na górę są należycie przygotowani (śpiwory, namioty) i w razie czego miał chyba nie przepuszczać ludzi dalej. Pośmiał się trochę z wchodzenia w jeansach, ale ogólnie sprawiał pozytywne wrażenie.

Marsz, mimo deszczu, upływał nam całkiem szybko. Oczywiście, byliśmy zmęczeni, ale przerwy na czekoladę i wodę dodawały nam sił. Dziewczynom ze dwa razy zdarzyło się nie zauważyć znaków informujących o tym, że pokonaliśmy kolejny kilometr, więc gdy dowiadywały się o tym znacznie po fakcie, miały miłą niespodziankę. Widok przy tej pogodzie był też całkiem niezły, bo przynajmniej można było w całej okazałości podziwiać zieloną, pełną wody dolinę, do której schodziliśmy i przez którą potem mieliśmy przejść.

IMG_2367
Oto ona, choć nie cała!

Najgorzej zrobiło się na ostatnim kilometrze, gdy byliśmy już zmęczeni, trasa wiodła stromo w dół, a przez zwężenia zrobił się też ludzki zator. Jakoś jednak sobie poradziliśmy.

Gdzieś między 20 a 21 znaleźliśmy się znów w Skjeggedal. Stąd jednak trzeba było jeszcze dotrzeć na nasz parking, położony 4 km dalej.

Łapaliśmy stopa. Najpierw załapała się na niego koleżanka, przynajmniej zabierając nasze ciężkie plecaki. To była pewna ulga, choć stopy nadal nam odpadały. Potem Luba Ma także została przez kogoś podwieziona. Ja kumpel natomiast przeszliśmy cały dystans o własnych siłach.

Do samochodu dotarliśmy chyba trochę po 22. Byliśmy wykończeni, ale zaimprowizowana kolacja (spaghetti z podsmażanymi kabanosami – nawet nie takie złe!) nieco nas pokrzepiła. Połączyliśmy się znów z resztą naszej grupy i dowiedzieliśmy, że poznali Szwedów z Pakistanu i Ameryki Południowej.

Wreszcie, po szybkiej reorganizacji zapakowaliśmy się do samochodu i zjechaliśmy gdzieś niżej, by spać już na bezpłatnym parkingu. Już wcześniej zapadła decyzja, że ostatni punkt norweskiego programu (Ambonę) odpuszczamy. Wszak najważniejsze za nami. Zdobyliśmy Trolltungę! Nie znaczy to jednak, że to był koniec atrakcji. O tym jednak dowiecie się w następnym (i chyba ostatnim) odcinku.

Na wytchnienie zostawiam utwór, który towarzyszył nam w samochodzie podczas wyprawy:

Z dystansem proszę!

Najmilszy człowiek świata!

The nicest man of Earth! [English version below.]

Zastanawiałem się znów ostatnio nad swoim celem w życiu. Przez długi czas odpowiadałem na to pytanie twierdząc, że nie mam takiego i co ma być to będzie. Tym razem jednak doszedłem do wniosku, że chciałbym być najmilszym człowiekiem na świecie.

To oczywiście kontrowersyjny cel. Analizy SMART by nie przetrwał, bo jak go chociażby zmierzyć? To jednak byłaby rzecz nie z tych, które faktycznie chce się osiągnąć, ale z tych, do których cały czas się dąży. Dalej uważacie, że to głupie?

IMG_0358
Najmilszy człowiek świata?

To może przedyskutujmy znaczenie zwrotu „być miłym”. Moim zdaniem nie chodzi bowiem tylko o to, żeby być uprzejmym i nie wchodzić z nikim w konflikty. Rzecz jest znacznie głębsza. Przykłady? Komplementowanie kogoś, gdy widzimy, że tego potrzebuje, ale też czasem bez powodu, znienacka. Zapytajcie o to moje koleżanki z pracy. Działanie pozornie odwrotne zresztą też się wlicza, bo bycie miłym może się przejawić motywacyjnym kopem w dupę, opieprzeniem kogoś z góry na dół, gdy człowiek ów bez zmytej głowy nie weźmie się do pracy nad sobą. Wszak to czyn wynikający z dbania o drugą osobę.

Ba, nawet sypanie złośliwościami może być nie chamstwem, a właśnie byciem miłym. Jak to możliwe? Wystarczy, że będzie wynikało z troski o to, żeby komuś woda sodowa za bardzo nie uderzyła do głowy. Ja życzę dobrze wszystkim ludziom i chciałbym, żeby wszyscy odnosili sukcesy (tak, wiem, że to niemożliwe, bardzo mi z tego powodu przykro). W parze z tym nie mogłaby jednak iść nadmierna pycha, bo to pierwszy krok do upadku. Stąd cięty język i sporadyczne wbijanie szpili w ludzi napompowanych jak balonik.

Jak wam się podoba taka perspektywa? Bycie miłym przejawiające się troską o innych, dbaniem o ich dobry humor, ale i ciągły rozwój – dla mnie super sprawa i to jest coś, do czego rzeczywiście warto dążyć. Bycie dobrym duchem dla każdego otaczającego mnie człowieka to szlachetna wizja.

Akcent muzyczny? Miażdży. Posłuchajcie:

P S Zakończył się konkurs na Fb. Wyniki już niebawem, aczkolwiek sprawa jest przesądzona. W każdym razie śledźcie >>fanpage<<.

P S 2 Poniżej anglojęzyczna wersja tego tekstu. W dobie globalizacji i nawiązywania nowych znajomości na całym świecie może komuś się przyda. Z pewnością w tłumaczeniu nie ustrzegłem się błędów (wszak nie jestem ekspertem), ale wierzę, że będzie coraz lepiej.

ENGLISH VERSION:

Recently I’ve been asking myself, what is my goal in life. For a long time I claimed that I have none and I just take life as it goes. This time was different and I came to the conclusion that I simply would like to be the nicest man on Earth.

Sure, that’s quite controversial. It doesn’t meet SMART analysis requirements, as it isn’t even measurable. However, it would be goal not really to achieve, but to keep going for it. Still thinking this is stupid?

Well, maybe we should discuss the meaning of the phrase “being nice”. In my opinion it isn’t only about being kind and not engaging in any conflicts with anyone. The thing is much, much deeper. Examples? Complimenting people when we see they need it, but sometimes also without a reason, suddenly. The opposite acting is also a part of being nice. For instance, motivating, metaphorical kick in the ass can be counted to that, especially if without that, that person wouldn’t start to develop her/himself. That’s the act, which is coming from the caring about the other person.

Even being a little bit nasty don’t have to be proof of being rude, but can be sign of being nice. How’s that possible? Well, it would be enough if we’d do that, because we care if other people don’t become too self-confident. I wish all people well and would like everyone to succeed (yes, I know that’s impossible and I’m very sorry for that). However, there couldn’t be too much conceit coming along with these successes, because being too pride is the first step to the fall. This is why a little bit of sneer can be a part of being nice.

How do you enjoy such a perspective? Being nice manifesting by caring about the others, their good humors and constant development – for me it’s a great thing and something worth trying to achieve. Even if 100% success is unreal.

In the end of each post I present some music, so earlier in this text you can find a song by Nothing But Thieves. That’s just awesome.

Sorry for all mistakes you probably found in this text. Apart from essays in school that’s presumably the first thing I’ve ever written in English. I can do better than that and I will try to. I posted this language version to practice expressing my thoughts in English, but also to reach wider range of readers. Hope you enjoyed the text despite the grammar mistakes. See you soon [next Sunday].

Proza życia.

Szkolę się. „Marriot, świetny hotel” myślałem i zapewne nie byłem w swej opinii odosobniony. I faktycznie: widok fantastyczny, łóżka wygodne, jedzenie dobre, obsługa wyśmienita. Ale szczotki do kibla nie ma.

Głupia sprawa, prawda? Z jednej strony wysoki standard, profesjonalizm, elegancja, styl i szyk, a z drugiej poważny problem, gdy w hotelu spędza się tydzień albo kilka. Możliwe wyjaśnienia? Albo udawanie, że wykwintni goście hotelu w samym centrum stolicy nie potrzebują takich sprzętów, albo założenie, że od używania ich jest obsługa, więc tylko ona posiada do niego dostęp. Żadne z nich mi się nie podoba, ale domyślam się, które jest prawdziwe. To, które nie podoba mi się jeszcze bardziej. No i jest jeszcze przeoczenie…

Jednocześnie śmieszy mnie i drażni ten dysonans. To trochę tak, jakby zbudować piękny dom, wymuskany pod każdym względem, ale zapomnieć o miejscu na drzwi i teraz nie móc w ogóle do niego wejść albo z niego wyjść. Słabo. Okej, może ta analogia jest kiepska, ale wiadomo, o co chodzi.

IMG_0172
Widok piękny, ale co z tego?

Po co w ogóle o tym piszę? Podejrzewam, że przynajmniej część z Was kręci już nosem i ma dość. Mało jest innych tematów? Musiałem poruszyć akurat tak nieapetyczny? Odpowiedź brzmi…

Otóż tak, a to dlatego, że właśnie to mnie gryzie. Dbałość o różne wymyślne drobiazgi, milutkie wygody przy jednoczesnym zignorowaniu istotnych kwestii praktycznych – wkurza mnie to niemiłosiernie. Powinno to wyglądać zupełnie inaczej. Powinna być jakaś kolejność załatwiania spraw.

Zresztą piszę głupoty, bo pewnie taka kolejność istnieje, a brak tej cholernej szczotki to działanie celowe. Bo pewnie to pokłosie myślenia, że toalety wyczyszczą pracownicy serwisu sprzątającego, więc nie ma co się przejmować. I to mnie też wkurza. Ten tok rozumowania kojarzy mi się z wrednym uśmieszkiem przy paleniu cygara i szeroko pojętym grubiaństwem. Jeśli jest ktoś, kim na pewno nie chciałbym być, to właśnie człowiekiem myślącym w ten sposób.

Na poprawę nastroju w kąciku muzycznym piękny blend podesłany mi niedawno przez moją Lepszą Połówkę:

Piękna sprawa!

P S Przypominam, że na fanpage’u pojawił się konkurs [>>tutaj link<<]. Został jeszcze tydzień, więc macie czas, żeby coś wymyślić. A Snapchat, na którym co jakiś czas coś się dzieje, to @cgdenys. Sprawdzajcie.