Ważne i ważniejsze.

Nie poszedłem dzisiaj na pierwszy wykład. To zupełnie nie przystaje do mojego charakteru przykładnego studenta. Wrażenie to potęguje jeszcze przyczyna, dla której na uczelni pojawiłem się później niż powinienem.

Otóż zrezygnowałem z pierwszych zajęć, ponieważ dopiero o 4 nad ranem wróciłem z imprezy. Kpiny, zaskoczone spojrzenia, okrzyki niedowierzania – właśnie teraz nadeszła pora na to wszystko. Ktoś mógłby z przekąsem zapytać:

I gdzież to się podział ów przykładny, chodzący na niemal wszystkie zajęcia student? Zniknął?

Nie. Grzecznie siedzi za biurkiem i pisze ten tekst. Stara się być na wszystkich możliwych zajęciach. Te są ważne. Zdarzają się jednak sprawy jeszcze ważniejsze.

Impreza ważniejsza? Oczywiście, jeśli zna się kontekst. Była to bowiem urodzinowa niespodzianka dla bardzo dobrego kumpla. Takiego, który ostatnią imprezę urodzinową miał 5 lat temu. Takiego, z którym widzimy się naprawdę rzadko. Za rzadko.

To nie tort z tych urodzin. Ale powiązany!

Najpierw miało to wyglądać zupełnie inaczej. Plan był prosty: przyjść, pobawić się trochę, wyjść stosunkowo wcześnie i rano wstać na wszystkie zajęcia. Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała tę koncepcję. Jak bowiem uciekać przedwcześnie, jeśli to urodziny rzadko widywanego kumpla? Przykro byłoby na pewno obu stronom. Zresztą, jak powszechnie wiadomo, impreza na dobre rozkręca się dopiero po północy. Tak było i tam razem. Mieszane towarzystwo zaczęło się integrować, ludzie poszli w tany i wszystko było pięknie. Po prostu nie chciało się wychodzić.

Wykład to ostatecznie tylko wykład. Pewnie, jest ważny i w zwykłych warunkach na pewno bym na niego poszedł. Czasem jednak warto wybrać coś, co pozornie jest mniej istotne. Widzę to tak: impreza < wykład < ta impreza.

Morał? Puenta? Nie sadzę, żeby jakieś były. Po prostu przy ocenie każdej sprawy trzeba brać pod uwagę kontekst. Impreza imprezie nierówna. Wykład wykładowi też nie. Ot co!

Akcent muzyczny? Jest taki (bez szczególnego powodu):

P S Przypominam o moich mediach społecznościowych – Snapchat: @cgdenys, Facebook widoczny po prawej stronie.

Wolność.

Spotkałem się wczoraj z kumplem. Bardzo dobrym, dodajmy dla jasności. Posiedzieliśmy i pogadaliśmy, a potem… Włóczyliśmy się po mieście bez celu. Co następnie? Jeździliśmy po okolicy, na przemian mając jasno sprecyzowany plan i zupełnie go tracąc.

Niewiele brakowało, a spontanicznie wybralibyśmy się do Łodzi (bo nigdy tam nie byłem). Powstrzymała nas tylko konieczność pójścia przeze mnie na uczelnię dziś rano. Ech, proza życia, ot co!

Potrzebowałem tego. Nie wyjazdu do Łodzi, ale owego przeżytego wczoraj krążenia bez jasno sprecyzowanego celu. Dlaczego? Bo podróże to wolność. Nawet takie na krótkie dystanse. Swoboda przemieszczania się to widomy znak tego, że jest się wolnym. Jeden z najważniejszych, jeśli nie najistotniejszy.

BILD00932Jedno pytanie: dokąd tym razem?

I właśnie tu pojawia się zgryz. Jak to jest z tą swobodą w tym zakresie? Wszyscy wiemy. Do Łodzi dojechalibyśmy, podejmując decyzję spontanicznie. Do Berlina, Paryża, Sztokholmu czy Rzymu też. Co jednak z innymi celami? Moskwa? Antananarywa? Waszyngton? Tu już nie wystarczy po prostu stwierdzić, że chce się tam jechać i ot tak pokonać odpowiedni dystans.

Chciałem powiedzieć, że kiedyś pod tym względem było lepiej. Brak sztywnych granic, szczegółowej kontroli itd. Oczywiście, coś za coś. Podróżowanie było znacznie gorsze pod względem technicznym, czasowym, nie wspominając o kwestiach bezpieczeństwa. Chyba jednak była większa wolność w tym zakresie.

Uczciwie muszę jednak przyznać, że i teraz nie jest tak źle w tym zakresie. Przeglądając na stronie MSZ listę państw, do których obywatele RP nie potrzebują wizy, mocno się zdziwiłem. Zestawienie to jest bowiem całkiem długie. Cóż jednak z tego, skoro istnieją też miejsca niemal całkiem niedostępne. Zresztą w dobie Internetu, globalizacji i braku białych plam na mapach podróżowanie straciło nieco ze swego uroku. Co więc jeszcze je ratuje?

Właśnie spontaniczność. Nie chodzi o to, żeby udać się gdzieś w celu zobaczenia czegoś konkretnego (przynajmniej nie zawsze), ale o to, żeby móc wybrać się tam, gdzie się zechce.To właśnie wolność. Celebrując tę piękną wizję przymknijmy oko na to, że w podróżowaniu jesteśmy jeszcze ograniczeni powierzchnią planety, na której mieszkamy, a i nawet ona nie jest dla nas dostępna w całości. Po co w ten sposób psuć pociągającą koncepcję?

A w ramach akcentu muzycznego klasyk w nowej aranżacji. Jest szansa, że się Wam nie spodoba. Mogę na to odpowiedzieć tylko jedno: „trudno”. Zapraszam:

P S Jeśli chcecie mieć choć cień szansy (niezbyt duży, ale istniejący), żeby dotarły do Was wieści z moich sporadycznych i spontanicznych wojaży, możecie do obserwowanych na Snapchacie dodać jegomościa o nicku @cgdenys. To oczywiście realne wyłącznie pod warunkiem posiadania Snapchata. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że dysponujecie kontem na Facebooku. Tam znajdziecie mnie, wpisując Co gryzie Denysa? lub klikając tutaj w odpowiedni link. W ten sposób dotrzecie do trochę innych treści, ale niewykluczone (przynajmniej nie całkiem), że one także przypadną Wam do gustu.

P S Komentarze, opinie, polubienia i inne wszelkiej kliknięcia mile widziane – jak zawsze. Dobrego wieczoru (nocy, dnia – do wyboru adekwatna opcja) życzę. Wszystkim.

Tworzymy historie(ę).

Jakiś czas temu wyobraziłem sobie taką oto sytuację: jako sędziwy mężczyzna, piastując zaszczytną funkcję cool dziadka (bo w swojej megalomanii nie wyobrażam sobie innego scenariusza niż bycie najfajniejszym z przodków), będę siedział sobie w niezwykle wygodnym, być może nawet lewitującym fotelu (a co, puśćmy wodze fantazji!) i opowiadał historie.

Komu? Swoim wnukom. O czym? O najróżniejszych rzeczach. Choćby o mojej niewielkiej, ale istniejącej pomocy w budowie domu, który dzieciaki te być może będą doskonale znały. O koncertach i festiwalach, na których byłem. O spaniu pod gołym niebem i o rozmaitych przygodach. O wydarzeniach i ludziach. O podróżach. Wierzę, że spotkam się z zainteresowaniem, a jednocześnie historie te będą niosły z sobą jakiś pouczający przekaz.

DIGITAL CAMERAHistoria to nie tylko muzea,
ale przede wszystkim ludzie!

I dokąd zmierzam z tą pisaną gadaniną (pisaniną)? Do tego, że może czasem warto spojrzeć na swoje życie właśnie pod kątem tego, jakie historie będzie można opowiedzieć swoim wnukom. Takie anegdoty powinny być jednocześnie ciekawe i niedemoralizujące. Wykluczając więc blef i mataczenie (nie godzi się wobec własnych wnuków!), cechy te powinno posiadać także życie, z którego będą pochodzić opowiastki. Może więc przed swymi czynami warto się zastanawiać, czy kiedyś będzie się chciało opowiadać o tym swym potomkom. Ot, szybka refleksja, która może sprawić, że nasz żywot zyska wymienione wcześniej przymioty.

Wieść interesujące i dobre życie? Brzmi jak plan. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wspomniał o przynajmniej jednym „ale”. Chodzi o to, by w tym wszystkim uważać i nie podporządkowywać swojego życia temu, czy kiedyś będzie o czym opowiadać. Żyjemy dla siebie i dla naszych bliskich, nie dla historii. To, czy coś się przyszłości, za kilkadziesiąt lat, nada na anegdotę, może być wskazówką przy podejmowaniu decyzji, ale nie kryterium rozstrzygającym. Po prostu.

Akcent muzyczny? Coś, czego chyba byście się po mnie nie spodziewali (choć po prawdzie było już tu niemal wszystko):

P S Komentarze, kliknięcia, opinie, polemika – zawsze mile widziane.

Piękno kaprysu!

Scenka z wczoraj: pędzę ulicą 3 Maja na uczelnię. Z naprzeciwka maszeruje grupka chłopców w wieku ok. 10 lat. Przechodzą obok pączkarni. Nagle jeden z nich zagaduje swych towarzyszy słowami:

Ale bym zjadł pączka. Idziemy?

Pozostali niemal natychmiast zwalniają, a jeden nawet niemalże w miejscu zawraca. Co było dalej? Nie wiem, nie chciałem poznania ciągu dalszego okupić spóźnieniem się na pierwsze zajęcia. Jestem jednak przekonany, że pomaszerowali dziarsko do tej pączkarni, zakupili po pączku i zjedli je ze smakiem. I cóż z tego?

Otóż z całej tej sytuacji wyciągam piękno mechanizmu, który zadziałał. Nabrali ochoty na pączki, więc poszli na pączki. Proste. Gdyby tak częściej i w wielu dziedzinach życia postępować w podobny sposób!

To postępowanie według kaprysu, ale to przecież nic złego. Dopóki nikogo się nie krzywdzi, chyba można sobie na to pozwolić. Biorąc pod uwagę powyższy przykład, krzywdą mogłoby być to, gdyby pieniądze wydane na pączki przeznaczone były na chleb dla całej rodziny. Komiczne? Być może, ale realne. Z drugiej strony to mało prawdopodobne. Chłopcy zapewne kręcili się po centrum Katowic z powodu IEMu, a nie maszerowali do piekarni. Nie, żeby to miało znaczenie dla całej opowiastki. Po prostu uściślam.

 IMG_0338 (2)
Bańki nie kojarzą się Wam z kaprysami? Trudno!

To krótki wpis, więc powoli zbliżamy się do pointy. Głosi ona mniej więcej, że często można (a czasem nawet warto) ulegać kaprysom. To w końcu szczęście, może w małych, za to istotnych dawkach. Widzę jedynie dwa potencjalne powody rezygnacji z realizacji własnego kaprysu. Pierwszy to już wspomniana sytuacja, w której takie działanie wiązałoby się z krzywdą drugiego człowieka. Myślę, że nie ma potrzeby rozwijania tego wątku. Z drugą przyczyną mamy natomiast do czynienia. gdy rezygnacja z kaprysu ma służyć osiągnięciu większego celu, wzniosłego lub po prostu skutkującego wielkim szczęściem dla nas. Wielokrotna rezygnacja z kupna pączka, by zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na wyśniony wyjazd lub by przybliżyć się do wymarzonej sylwetki. Odpuszczenie sobie trwonienia czasu na oglądanie przezabawnych filmików w internecie, by poświęcić te chwile na wyćwiczenie umiejętności, która zapewnią nam upragnione mistrzostwo. I tak dalej, i tak dalej. Coś takiego ma sens. Korzyści utracone dla większych korzyści. Innych powodów do rezygnacji nie widzę.

Gdy w Twojej głowie pojawi się więc jakaś zachcianka, zapytaj najpierw siebie, czy nikogo nie skrzywdzisz jej realizacją. Potem zastanów się, czy zasobów potrzebnych do jej spełnienia nie możesz wykorzystać w sposób, który przyniesie Ci więcej korzyści. 2 razy „nie”? W takim razie ulegnij kaprysowi! Śmiało, podaruj sobie odrobinę radości!

Akcent muzyczny? Pozytywny i w myśl zasady, że live’y są najlepsze! O, proszę:

I już. Do zobaczenia najpóźniej za tydzień (mam nadzieję!). W międzyczasie zaglądajcie do mediów społecznościowych (Snapchat: @cgdenys i Facebook - zapraszam!). Pomyślnego tygodnia!

Złe pytania.

Byłem dzisiaj na wykładzie (aplauz!). Pani Doktor gnała z kolejnymi slajdami niczym przeciętny obywatel naszego pięknego kraju po promocje w Lidlu. Studenci próbowali coś przepisać, tudzież przeglądali wiadomości na onecie, fejsa lub Anonimowe. W tym szaleńczym pędzie raczej nie było zbyt wiele czasu na refleksję. Pani Doktor pędziła i tylko co jakiś czas zadawała sakramentalne pytanie:

Można dalej?

Oczywiście niemal zawsze studenci (ci bardziej zainteresowani) odpowiadali zgodnie:

Nie!

To kiepskie pytanie, bo reakcja jest niemal pewna. Nikt rozsądny nie powie przecież, że można dalej, bo nie wie, czy ktoś inny nie sporządza jeszcze notatek. Odpowiedź może być więc jedynie przecząca lub milcząca.

To jednak jeszcze nic! Znacznie bardziej urzeka mnie inny przykład pytania. Chodzi mi o nieśmiertelne i zawsze pełne wyrzutu:

Kto nie zgasił światła?!

Cóż, skoro jest ono niezgaszone, to chyba oczywiste, że NIKT tego nie zrobił. Pytanie jest więc absurdalne i nie ma na nie dobrej odpowiedzi poza tą wymienioną. Jaki jest jednak sens formułowania pytania, skoro reakcja może być tylko jedna?

pytajnick

Kluczowy w każdej rozmowie symbol?

To oczywiście tylko przykłady nietrafionych pytań, najprostsze z możliwych. Zwracają jednak uwagę na pewną kwestię, a mianowicie potencjalną przyczynę wielu problemów w komunikacji (na każdej możliwej linii: studenci – wykładowca, rodzice – dzieci, pracodawca – pracownik, kobieta – mężczyzna i tak dalej, i tak dalej). Jest nią niewłaściwe (nieprecyzyjne) formułowanie pytań. Wszak większość rozmów, dysput, dialogów i dyskusji rozpoczyna się właśnie od pytań. Późniejsze odpowiedzi są tylko reakcjami, więc jeżeli pytanie będzie mylące, to odpowiedź tym bardziej.

Jasne, że w domyśle chodzi o to, kto jako ostatni przebywał w danym pomieszczeniu i nie zgasił światła, wychodząc. Po cholerę jednak zostawiać miejsce na domysły? To niepotrzebne komplikowanie sobie i tak już zawiłego życia. Pytaj wprost, dokładnie o to, o co Ci chodzi, żeby odpowiadający nie musiał się domyślać, co właściwie chcesz wiedzieć. Wszak nasze życie, interakcja ze światem opiera się w dużej mierze na rozmowie. Ta z kolei bardzo często zaczyna się od pytania. To początek. Nie komplikujmy już na starcie.

Dlatego właśnie, zanim o coś zapytamy, zastanówmy się. Raz, drugi, siódmy, jedenasty… Nie ze strachu przed własną niewiedzą czy z jakiegoś innego trywialnego powodu. Po prostu po to, żeby upewnić się, że zostaniemy dobrze zrozumiani, a wtedy odpowiedź, jaką uzyskamy, będzie adekwatna. Zyskają wszyscy.

A po tych pseudomądrościach czas na akcent muzyczny. Świeżynka, którą przy odrobinie szczęścia już słyszeliście i chętnie usłyszycie raz jeszcze. Jeśli jednak to będzie Wasz pierwszy raz, cóż… Bardzo dobrze, że będzie! O, proszę:

P S Facebook – fb.com/cogryziedenysa, Snapchat (na którym sporadycznie coś się pojawia) – @cgdenys. Zapraszam!

Nie chcę być mistrzem świata!

Kim jest mistrz? Najlepszym. Niezależnie od tego czy chodzi o wyścigi psich zaprzęgów, Formułę 1, czy o olimpiadę informatyczną. Mistrzem zostaje ten, kto uczciwie pokona wszystkich pozostałych, czyli ten, który jest najlepszy.

Żeby jednak być najlepszym, trzeba dawać z siebie najwięcej. Podporządkować każdy aspekt życia dążeniu do mistrzostwa. Wspomina o tym choćby Niki Lauda w filmie Wyścig z 2013 roku (bez obaw, nie będę go streszczał). Ten niezwykły kierowca Formuły 1, trzykrotny mistrz świata, a w zasadzie jego postać tłumaczyła, że do osiągnięcia mistrzostwa potrzebne jest skupienie się wyłącznie na nim, odpuszczenie sobie imprez, gwiazdorzenia i tak dalej. James Hunt, jego rywal, się z nim nie zgadzał. Hulał, bawił się ile wlezie i… Też został mistrzem świata. Raz, wykorzystując nieobecność Laudy w kilku wyścigach po ciężkim wypadku i wygrywając o 1 punkt. Może tytuł tytułowi nierówny? Nie jest to w żadnym wypadku deprecjonowanie triumfu Hunta, ale zwykłe pytanie.

Kluczowym zagadnieniem jest to, ile jest się gotowym oddać za sukces. To zależy od tego, co i jak bardzo chce się osiągnąć. Czy chcesz zostać mistrzem? Ja nie chcę. Bycie najlepszym musi mieć niemal tyle samo wad co zalet. Mi wystarczy bycie dobrym w tym, co robię. We wszystkim, co robię. To oczywiście też wymaga poświęceń. W końcu wysiłek musi być adekwatny do pożądanych rezultatów.

medal (2)
Ile jesteś w stanie oddać za medal?
I czy w ogóle cokolwiek?

Może to głupie, ale moim zdaniem pasują tu doskonale słowa Arnolda Schwarzeneggera z pewnego filmu motywacyjnego. W dość swobodnym tłumaczeniu brzmią one:

Kiedy Ty imprezujesz, wygłupiasz się, ktoś gdzieś indziej, w tym samym momencie ciężko pracuje. Ktoś staje się mądrzejszy, ktoś wygrywa. Po prostu o tym pamiętaj.

To bardzo trafiające do mnie słowa. Jeżeli chcesz być najlepszy, nie możesz odpuścić nawet na chwilę, bo jeśli to zrobisz, ktoś inny wykorzysta ten czas. Jeśli jednak wcale nie zależy Ci na byciu mistrzem, możesz trochę wyluzować. James Hunt w odpowiedzi na wywody Laudy pytał o to, jaki jest sens zdobywania tytułów mistrzowskich, jeśli nie czerpie się z życia przyjemności. Przynajmniej tak przedstawili to scenarzyści. Tu przypomina mi się Laska z filmu Chłopaki nie płaczą i jego nieśmiertelne:

(…) wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście, ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić.

Jeśli więc chcesz być najlepszy, osiągnąć mistrzostwo, rób wszystko, żeby je wywalczyć. Jeśli jednak radość sprawia Ci co innego, skup się właśnie na tym. Nie wszyscy muszą wygrywać. Co więcej, nie wszyscy mogą. Wygrywa jeden. Nie musisz nim być, jeśli nie chcesz.

Wspomniany film motywacyjny (napędzający mnie przed każdym ważnym testem czy próbą):



Aha, akcent muzyczny (niezwiązany z tematem, ale jakże piękny):



P S Obejrzyjcie koniecznie Wyścig!

P S Fantastycznie jest wrócić po dwóch tygodniach!

Relatywizm.

Sam jestem zdziwiony, że dzisiaj pojawia się jakiś tekst. Cóż jednak robić, skoro pojawił się pomysł? Trzeba pisać! Dziś będzie więc o względności naszych opinii.

Tekst ten można by w zasadzie streścić zdaniem: „wszystkie nasze opinie są względne”. Kropka. Nie chodzi mi tu o to, że ktoś inny może mieć inne zdanie, ale o to, że my sami możemy bardzo szybko przestać się zgadzać z sobą samymi sprzed niedawna. Adekwatne jest tu powiedzenie „tylko krowa nie zmienia poglądów”.

Rzućmy się w objęcia przykładom, choćby banalnym!

Zapytajcie człowieka w spokojnym okresie, czy jest zadowolony ze swojej pracy, a przy odrobinie szczęścia odpowie, że tak, że pewnie, że co to w ogóle za pytanie. Powtórzcie je po dwóch tygodniach jego wyjątkowej harówy, a odpowiedź będzie już zupełnie inna, w dodatku wzbogacona o kontrpytanie, czy nie słyszeliście przypadkiem o jakiejś ofercie dla niego.

Zaproponujcie mi miesiąc imprezowania w Warszawie po kilku tygodniach wyłącznej pracy i nauki, a zamiast zwyczajnie odpowiedzieć wręcz wykrzyczę „Tak!„, ale złóżcie mi taką propozycję na przykład dziś, dzień po urodzinach kumpla, a tylko krzywo na Was spojrzę.

To oczywiście przykłady dotyczące spraw może nie najwyższej wagi, ale mechanizm pozostaje niezmienny. Potrzeba tylko silniejszych doświadczeń, by zmienić czyjeś zdanie w sprawach istotniejszych. To jak z dynamiką. Każdy obiekt można przesunąć, niezależnie od jego ciężaru, ale po prostu czasem trzeba włożyć w to odpowiednio dużo siły.

 opinia
Tak to mniej więcej wygląda.

Podobnie jest z opiniami. Sądzę, że zdanie dowolnego człowieka w dowolnej sprawie może ulec zmianie, jeśli przeżyje on wystarczająco dużo. Niby oczywistość, a jednak warto zdawać sobie z tego sprawę.

Dlatego jeśli zapytacie o cokolwiek mnie lub dowolnego innego człowieka i otrzymacie odpowiedź, oprócz przyjęcia jej do wiadomości zastanówcie się jeszcze, dlaczego była właśnie taka. Bo w końcu wyrażona opinia to wynik zdobytych wcześniej doświadczeń. Kontekst jest wszystkim. Co dany człowiek przeżył, że teraz uważa tak, a nie inaczej? Oto pytanie pomocnicze, które warto zawsze sobie zadawać. Może w ten sposób będzie żyło się lepiej. Wszystkim.

Akcent muzyczny? Coś, co towarzyszy mi przez cały weekend. O, proszę:

Dobrego dnia/wieczoru/nocy (w zależności od tego, kiedy to czytacie). Bo ja dobrze życzę ludziom. Wszystkim. Zawsze.

„O czym mam z nim rozmawiać?”

Spotkałem wczoraj wieczorem kumpla z dzieciństwa. Niby nic w tym dziwnego, bo wciąż mieszkamy w tym samym mieście, w dodatku niedaleko od siebie. Tym razem jednak zamiast ograniczyć się do zwięzłego „cześć” i ewentualnej wymiany dwóch krótkich zdań, pogadaliśmy ciut dłużej. Po raz pierwszy od ładnych paru lat. Potem pożegnaliśmy się, ale jeszcze tego samego dnia wpadł do mnie (po raz pierwszy od czasów podstawówki) i przegadaliśmy przeszło trzy godziny.

Rozmawialiśmy o wielu rzeczach – choćby o studiach, pracy, doświadczeniach, podróżach, relacjach z innymi nacjami, biznesie, pieniądzach czy imprezach. Znamienne jest jednak to, że w ogóle nie pojawiły się wspomnienia z lat szkolnych. Ledwie poruszyliśmy temat wspólnych znajomych i okazało się, że obaj prawie w ogóle nie mamy kontaktu z kimkolwiek z dawnej klasy. W moim przypadku może można by wskazać kilka osób, ale to raczej bardzo sporadyczne wymiany zdań (choć szkoda czasem!). U niego wygląda to podobnie. Wspomniał o jednym koledze, z którym niby miał lepszy kontakt, ale podobno jest z tym coraz gorzej. „O czym mam z nim rozmawiać?”, zapytał. Różne wybory życiowe, inne upodobania, odmienne priorytety. Tryby życia nie mające ze sobą niemal nic wspólnego. Rzeczywiście, o czym tu rozmawiać?

Dopóki spędza się z kimś dużo czasu, w szkole czy na podwórku, tematy są. Potem jednak, z upływem lat, kontakt się pogarsza. Pojawiają się nowi ludzie, z którymi łączy nas więcej niż tylko miejsce pochodzenia lub to, że rodzice wybrali nam taką, a nie inną szkołę. Mamy wspólne pasje i nigdy się z nimi nie nudzimy. A co z dawnymi znajomościami? Wiesz, co słychać u dawniej bliskiej Ci osoby, ale to nie Twój świat. Wymieniacie się więc bieżącymi informacjami i tematy się kończą. Przykre, ale prawdziwe.

To oczywiście nie reguła. Zdarzają się przyjaźnie od dziecka aż po grób, niektóre mimo zupełnie odmiennych upodobań, a inne dlatego, że bliskim sobie ludziom (dziecko też człowiek!) udało się znaleźć wspólne pasje. Tyle tylko, że mam wrażenie, że to rzadkość. A może tylko mi się wydaje?

kinderblog

Pod pewnymi względami dzieciństwo było wybitnie super!

Fascynujące są w tym wszystkim jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że bywa, iż po latach natrafia się właśnie na kogoś znajomego przypadkiem i tak po prostu rozmawia się z nim tak samo dobrze albo nawet lepiej niż kiedyś. Druga, że losy ludzi z tego samego osiedla czy tej samej klasy mogą być naprawdę bardzo różne. Ktoś na emigracji, większość w kraju. Część (już prawie) inżynierów. Niektórzy pracują umysłowo, inni fizycznie. Ba, jest nawet piłkarz ekstraklasy! Nie wierzę więc, że pochodzenie determinuje przyszłość. Losy ludzi pochodzących z tego samego osiedla czy klasy (albo nawet braci!), mających podobną sytuację startową, toczą się zupełnie inaczej. A będzie jeszcze bardziej różnorodnie.

Jasne, że ktoś pochodzący ze zdegenerowanego środowiska, żeby coś osiągnąć, musi pokonać o wiele więcej trudności niż człowiek, który od urodzenia miał wszystko podawane na tacy. Ostatecznie jednak wszystko zależy od determinacji, a akurat jej więcej może mieć pierwszy z tych dwóch.

Akcent muzyczny? Coś, czegoś na 99% nie słyszeliście. Teraz poznacie. O, proszę:

A jak z Wami? Macie dobry kontakt z przyjaciółmi z dzieciństwa? Wypowiedzcie się!

Zestresuj się i do przodu!

Zbliża się sesja. Jako nieco doświadczony już student mogę więc tradycyjnie skorzystać z przywileju pisania o niej i to właśnie uczynię. Moje „mądrości” zawarte poniżej można jednak odnieść nie tylko do przerażającej kumulacji egzaminów i zaliczeń. Zapraszam więc do lektury!

Pytanie wstępne: co jest najtrudniejsze podczas sesji, ale też na przykład działalności zawodowej itp.? Ogrom pracy do wykonania? Niedostatek czasu? Trudność w pozyskaniu stosownych materiałów? Pewnie, to poważne problemy. Dla mnie jednak (i myślę, że dla wielu innych osób też) najgorsze zawsze było coś innego. Co takiego?

STRES.

Obawy związane z ewentualnymi konsekwencjami niezdania jakiegoś przedmiotu zawsze były silne. Bałem się tego, że będę musiał gonić za wykładowcami, pojawiać się na poprawkach w dziwnych terminach, walczyć i w razie ostatecznej przegranej spisać na straty miesiące czy lata, który już poświęciłem na studia oraz, co najgorsze, cenny czas przeznaczony na odpoczynek poświęcać na naukę. Nie chodziło nawet o ambicję, bo ta bez oporów ustępowała miejsca lepszym motywatorom. Właśnie, motywatorom. Słowo-klucz.

A co, jeśli powiedziałbym Wam, że stres przed sesją jest dobry?

Okej, to stwierdzenie to przesada. Na pewno jednak ów stres może taki być. Wszystko zależy od tego, do czego prowadzi. Są dwie możliwości.

Po pierwsze można lamentować, biadolić, zamartwiać się, opowiadać wszystkim jak bardzo jest źle i… W zasadzie tyle. Po prostu się stresować i nic z tym nie robić. Cóż… Możecie się domyślić, jakie będą efekty. Może jakoś uda się prześlizgnąć raz, drugi, trzeci, ale w końcu się to skończy. Uważam, że nie można przez całe życie „lecieć na farcie”. Radosne patatajanie przez tęczę na jednorożcu kiedyś musi się skończyć. Takie jest życie. Poza tym jeśli takiemu radzeniu sobie z egzaminami i innymi wyzwaniami towarzyszy stres, to wcale nie jest ono aż tak radosne. Kiedyś całość po prostu musi się sypnąć i spieprzyć. Tak uważam.

Na szczęście jest też drugi rodzaj stresu, a może bardziej po prostu sposób radzenia sobie z tym gagatkiem. Harówa. Ciężka praca. Wytężona nauka. Solidne przygotowanie. Jeśli mam poczucie, że może być źle, czuję strach przed negatywnym rezultatem, to robię wszystko, żeby tak nie było . Przeciwdziałam. Poświęcam czas, siły i wszystkie inne niezbędne środki, by zminimalizować prawdopodobieństwo porażki.

session

Wszystkie ręce (albo raczej materiały) na pokład!

Gdybym się jej nie obawiał, niepowodzenie nie napawałoby mnie lękiem, na pewno starałbym się znacznie mniej. Brak stresu mógłby sprawić, że byłbym znacznie gorzej przygotowany. Właśnie w tym sensie stres jest dobry. To motywator, w dodatku szalenie skuteczny.

Jeszcze jedno: pewnie, że znacznie zdrowsza dla człowieka jest motywacja pozytywna. Chęć osiągnięcia jak najlepszego rezultatu. Wspomniana wcześniej ambicja. Tyle tylko, że po prostu stres bardzo często jest skuteczniejszy. Ta para przypomina mi dobrego i złego glinę. Jeśli dobry coś wskóra – super, w trudnych przypadkach jednak sukces zazwyczaj należy do tego złego.

Jeśli więc obawiacie się nadchodzących egzaminów, zaliczeń na studiach, projektów w pracy czy czegokolwiek innego, to nic złego. To świetnie. Po prostu bierzcie się do roboty!

Jako akcent muzyczny utwór, który pozwalał mi przetrwać pierwsze sesje:

Nie dziękujcie. Powodzenia życzę. Wszystkim. We wszystkim. Zawsze.

Kino klasy A-

To nie jest pełnoprawny tekst. Takich zresztą nie spodziewałbym się w najbliższym czasie w czwartki, bo praca przytłacza, a ponadto zbliża się sesja z wielkim entuzjazmem z jej i zerowym z mojej strony. Może będzie lepiej, gdy skończy się ten smutny dla studentów czas.

O czymś postanowiłem jednak wspomnieć. Słyszeliście o Pasażerach? Prawdopodobnie tak, bo współcześnie o filmie z Jennifer Lawrence i Chrisem Prattem po prostu musi być głośno. Statek kosmiczny przez 120 lat lecący na nową planetę-kolonię. 5000 zahibernowanych pasażerów. Dwoje budzi się o 90 lat za wcześnie i… Żeby wiedzieć, co dzieje się dalej, należy obejrzeć film. Ja wybrałem się do kina wczoraj.

Zwiastun wzbudził we mnie wielką ekscytację. Spodziewałem się czegoś rewelacyjnego. Potem usłyszałem z drugiej ręki opinię, że to film mocno przeciętny. Na salę kinową wkraczałem więc pełen nadziei i niepokoju jednocześnie. Po niemal dwugodzinnym seansie wyrobiłem sobie własną opinię i…

avalon

Kadr z filmu „Pasażerowie”.

W pewnych kwestiach nie można zarzucić filmowi absolutnie nic. Wizualnie to po prostu fantastyczna bombonierka. Nawet kadry, w których statek po prostu płynie przez przestrzeń są gratką, choć niby nic się nie dzieje. Również pod kątem dźwięku i oprawy muzycznej film zasługuje jedynie na laurki.

Co do rzeczy najważniejszych, czyli w mojej opinii fabuły i gry aktorskiej, to mam jednak delikatne uczucie niedosytu, gdy patrzę na przedstawioną historię jako całość. To pewnie przez dość sztampowe zakończenie. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że to chyba nie tego rodzaju film, który powinien jeszcze całkiem zaskoczyć na koniec.

Na szczęście poza tą jedną kwestią trudno mi się do czegoś przyczepić, a nawet wręcz przeciwnie. Nie zabrakło szczypty humoru, dozowanej jednak rozsądnie. To o tyle ważne, że wbrew pozorom film poruszał całkiem poważne kwestie. Może nie roztrząsał ich bardzo szczegółowo, ale na pewno zaznaczał ich obecność, a nawet więcej. Motywacja człowieka do zostawienia za sobą wszystkiego, samotność, analiza tego, do czego można się posunąć, by ją przełamać – to tylko część zagadnień poruszonych w filmie.

Wreszcie gra aktorska, zwłaszcza Chrisa Pratta. Aktor od początku filmu zachwyca i porusza. Ma spore pole do popisu, przynajmniej aż do… Ci, którzy już widzieli film, wiedzą o jaki moment mi chodzi, a tym, którzy seans mają dopiero przed sobą, nie będę psuł niespodzianki. W każdym razie umiejętności tego pana naprawdę robią wrażenie. Jennifer Lawrence? Trzyma poziom, ale w mojej opinii nie popisała się aż tak jak Pratt. Trzeba jednak przyznać, że ze względu na scenariusz miała też znacznie mniejsze możliwości.

Ostateczny werdykt? Na pewno film warto zobaczyć. Może nie jest wybitny, ma swoje drobne niedociągnięcia, ale z pewnością jest lepszy niż dobry. Po prostu. Zapraszam na seans!

Piosenka z filmu (a co!):

P S Po obejrzeniu filmu koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia!