Coś się kończy, coś się zaczyna.

Zaczynam pisać ten tekst we wtorek wieczorem, a opublikuję go w środę. Właśnie (w środę rano konkretnie) startują szkolenia, po których zacznę pracę w korpo. To dla mnie coś zupełnie nowego.

To początek pewnego rodzaju przygody. Nauka i praca, a niebawem dojdzie do tego jeszcze więcej nauki, bo zacznę także studia magisterskie. Nowa wiedza i doświadczenie, mnóstwo świeżych znajomości, poważne obowiązki i wyzwania. Sporo z Was wie, o co chodzi, bo w tym lub podobnym miejscu już byliście. Taki to urok tego, że część moich czytelników jest życiowo bardziej doświadczona ode mnie. Niektórzy nawet bardzo (mrugam życzliwie w ich kierunku).

A co się kończy? Przede wszystkim okres niemal zupełnej beztroski. Pewnie, że do tej pory istniały zobowiązania, liczne i ważne, ale jednak innego rodzaju. W dużej mierze niepotwierdzone dokumentami, ustalane „na gębę”, a przez to elastyczne. Skończyły się dotychczasowe studia, koniec z dość satysfakcjonującą ilością wolnego czasu, a zapewne także i z niektórymi znajomościami (niestety).

IMG_0705

Widok z hotelowego okna, a co!

I co w związku z tym wszystkim? Można by, a chyba nawet warto, zadać pewne pytania, na przykład: czy się boję?

Oczywiście, że tak. Tylko głupiec nie miałby żadnych obaw. To przecież coś zupełnie nowego, może trochę oswojonego, ale jednak nieznanego. Lęk przed nieznanym to normalna sprawa.

Czy strach ten mnie przytłacza? Ha, kolejne dobre pytanie! Najwyraźniej jestem w tym niezły <sarkastyczny samozachwyt>. Czas na równie dobrą odpowiedź: nie, oczywiście, że nie. Paraliż powodowany obawami to straszna rzecz. Nie można sobie na to pozwolić. Boję się, ale daję sobie z tym radę. Wiem, co może być potencjalnym problemem, mam pomysły na walkę z tym, a jeśli chwilowo nie mogę nic zrobić, cierpliwie czekam. Poza tym znam swoją wartość, a zresztą ostatnio bywam optymistą. Ponadto dotychczasowe doświadczenia z tą akurat korpo dają mi pewną nadzieję. Niby PR, ale przecież chyba nie tylko. Będzie dobrze!

Czy cały ten pisany w pociągu i szlifowany w hotelu bełkot ma jakiś sens? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Może uda Wam się wyciągnąć stąd coś pożytecznego, choćby myśl, że umiarkowany strach to nic złego lub to, że nie ma co panikować.

Akcent muzyczny na dziś taki trochę bajeczny:

Bardzo proszę!

Aha! WAŻNE OGŁOSZENIE: w związku z tymi zmianami w moim życiu nastąpią też zmiany na blogu. Będę miał mniej czasu, więc będzie chyba mniej tekstów. Planuję publikować dwa wpisy w tygodniu, najprawdopodobniej w niedziele i czwartki, aczkolwiek to się może zmienić. W każdym razie od października dwa teksty na tydzień, więc na następny wpis zapraszam Was na 2.X. Będzie się działo! Chyba.

Śmierć, nałóg i inne cechy wzorowego bohatera!

Nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę (zapewne tak), ale mnóstwo ludzi uwielbia historie, w których dzieje się coś złego. Bohaterowie giną lub spadają na nich inne nieszczęścia, nienawiść jest wszechobecna, ładunek negatywnych zjawisk poraża. Wykreowane postaci wcale nie składają się z samych cnót. Ci, których losy śledzimy, mają swoje wady i nałogi. Zdradzają lub wpadają w niekontrolowany gniew. Klną. Są agresywni. Marni z nich bohaterowie. W dodatku happy endów brak. Przynajmniej takich totalnych.

Zastanawialiście się może, dlaczego tak się dzieje? Czemu ludzie lubią takie opowieści? Czy chodzi o to, że trafiają one do mrocznych zakamarków naszych umysłów? Może stanowią ujście dla naszych ponurych wizji i myśli?

persson

Chwilowo zaczytuję się tym!

Może. Ja sądzę jednak, że wyjaśnienie jest znacznie prostsze. Po prostu pragniemy historii, w które możemy uwierzyć. Jeśli po raz kolejny bohater, który po coś umarł, cudownym zrządzeniem losu wraca do świata żywych, trafia nas szlag. No bo, cholera, ileż można?! W prawdziwym życiu takie rzeczy (prawie) się nie zdarzają. Tak samo nie bardzo przekonuje nas to, że ktoś, kto nawet odwala dobrą robotę, jest doskonały. Takich ludzi jest niewielu, w dodatku w dużej mierze skupiają się na dbaniu o kryształowość własnego charakteru. Jaka jest szansa, że ktoś taki przeprowadzi skomplikowane śledztwo, schwyta groźnego złoczyńcę, zdemaskuje spisek czy z narażeniem życia uratuje innych? Instynktownie wiemy, że trzeba się trochę zbrudzić, żeby osiągnąć coś takiego. Między innymi dlatego szwedzkie kryminały cieszą się taką popularnością. Tamtejsi autorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę.

To nie tak, że happy endy są z zasady złe. Nie. Dają przecież nadzieję, a każdy jej potrzebuje. Nie jest też tak, że na kartach powieści, w filmach czy serialach nie mogą się pojawiać ludzie wzorowi pod każdym względem. Przeciwnie, od czasu do czasu powinno się trafić na kogoś takiego. Do doskonałości trzeba przecież dążyć, a w tym celu trzeba mieć kogo naśladować, choćby fikcyjny wytwór popkultury.

Tyle tylko, że z jednym i drugim nie można przesadzać. Wiemy, że w prawdziwym życiu takie rzeczy to rzadkość. Dlatego chcemy, żeby przyjmowane przez nas historie kończyły się dobrze, ale nie dla wszystkich. Z tego powodu uwielbiamy opowieści, w których główny bohater, prawy człowiek, odnosi sukces, ale jakimś kosztem. W dodatku postać ta koniecznie musi mieć natłok własnych problemów, na przykład być owdowiała lub po rozwodzie, mieć trudne relacje z dziećmi, problem alkoholowy lub nerwicę natręctw i tak dalej, i tak dalej. Inaczej nie uwierzymy.

Puenty brak. Możecie wrócić do tych rozważań przy wyborze następnej historii.

Ach, akcent muzyczny! Całkiem możliwe, że znacie, ale ja poznałem dopiero dzięki niezrównanemu Radiu Egida:

I to by było na tyle. Napiszcie, co o tym sądzicie. Lub nie piszcie. Pełna dowolność. Wbijcie na FB i na Snapchata (@cgdenys). Lub nie. Tu też pełna dowolność.

No hej(t), co tam?

Dziś powrót do mocno eksploatowanego tematu, do którego jednak ciągle trzeba wracać. Do hejtu. Czy można coś dodać? Chyba tak, bo cały czas dzieje się coś nowego. Dwie rzeczy ostatnio mną wstrząsnęły.

Pierwsza

to najprawdopodobniej widziany już przez Was filmik MAKIJAŻ DLA CHŁOPAKA DO SZKOŁY. W zasadzie sam filmik nawet mną nie wstrząsnął. Bardziej poruszyły mnie reakcje po tymże. Te w większości wprost ociekają nienawiścią. To już nie są żarty. Zwykły śmiech byłby naprawdę w porządku. Obejrzałem to nagranie z pewnym rozbawieniem. Jeżeli coś mnie wkurzyło, to nadużywanie słowa „fajny”. Tyle. Nie widzę powodu, żeby pluć jadem. Jeśli ktoś nie chciał nawet słyszeć o tym makijażu, to mógł po prostu nie włączać owego filmiku. Wystarczyło przejść nad tym do porządku dziennego, jednakże z jakiegoś powodu wielu ludzi uważa, że lepiej jest życzyć człowiekowi śmierci, wyzywać go, a nawet stosować groźby.

Mi wydaje się oczywiste, że to, czy ów nastolatek się maluje, to tylko i wyłącznie jego sprawa. Ma prawo wrzucić poradnik, bo może znajdą się tacy, którym się to przyda. Po prostu. Nikogo to przecież nie krzywdzi. Mnie, jak już wspomniałem, bawi i mogę z tego pożartować, ale tylko tyle. Różnicę, która może nie dla wszystkich jest oczywista, dość łopatologicznie wyjaśnia Człowiek Warga z kanału Z Dupy (może Wam zupełnie nie odpowiadać jego forma, ale i tak spróbujcie się przełamać i posłuchać do końca):

W temacie tego chłopaka w zasadzie nie mam więcej do powiedzenia. Może jeszcze to, że cieszę się, iż, jak czytałem, nie bardzo przejmuje się tym hejtem. Może go nawet obrócić na swoją korzyść, bo wszystko to zwiększa zasięgi.

Druga

sprawa, która poruszyła mnie w kwestii hejtu, to nowa aplikacja, o której może jeszcze nie słyszeliście, Haterick. O co chodzi? O publiczne, ale anonimowe wyrażenie swojego hejtu i danie innym możliwości poparcia go. Hasło promocyjne tego programu to Let’s hate together. Brzmi okropnie, przynajmniej moim zdaniem. Narzędzie z założenia przeznaczone do wyrażania hejtu? Jakiś absurd.

Screenshot_2016-09-21-21-54-11[1]
Haterick w praktyce…

Na szczęście w rzeczywistości jest trochę lepiej i zamiast czystej nienawiści sporo tu zwykłego wylewania żali. Chyba pomaga w tym trochę regulamin, który jednak na niektóre rzeczy już nie pozwala. To jednak pewnego rodzaju bzdura, bo przecież wobec tego zasady stoją w sprzeczności z chorą ideą główną serwisu.

W każdym razie uważam, że coś tu (w naszym kraju, ale nie tylko) jest nie tak, skoro istnieje przyzwolenie na szerzenie nienawiści. Aplikacja do dzielenia się hejtem? Życzenie śmierci chłopakowi, który tylko pokazuje w sieci co i jak lubi robić, nikomu przy tym nie szkodząc? To tylko dwa przykłady, a znalazłoby się ich znacznie więcej. Niestety. Co najgorsze, nie ma łatwego i szybkiego wyjścia z tej sytuacji. Jedynym sposobem walki z powszechnym hejtem jest chyba odpowiednie wychowanie kolejnych pokoleń, od małego wpajanie dzieciom tolerancji. Niekoniecznie akceptacji, ale właśnie najprostszej tolerancji. Z tym śmianiem się, o którym wspominałem na początku też trzeba uważać. Nigdy nie można być pewnym, kto to podchwyci i jak „twórczo” rozwinie. Ktoś może przekuć zwykły śmiech, wcale nie podszyty nienawiścią, w zwykłe wyśmiewanie, a to już bywa bardzo szkodliwe.

Muzyka na dziś to coś zupełnie innego:

P S A Wy co myślicie o tym całym hejcie? Napiszcie koniecznie!

Uciekaj stąd szybko!

Pokój małej dziewczynki. Łóżeczko, domek dla lalek, szafy i tak dalej. Sielanka? Nie bardzo, bo szybko robi się mrocznie…

To nie opis jakiegoś podrzędnego horroru. Słyszeliście o escape roomach? Na pewno, bo to już od jakiegoś czasu naprawdę popularna rozrywka. Nie sądzę, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić. To dlatego, że pokoi jest mnóstwo, każdy inny, nie sposób się nudzić, a w odpowiednim towarzystwie czas mija rewelacyjnie.

W każdym razie wczoraj doborową drużyną odwiedziliśmy kolejny pokój. Dla mnie był to trzeci, a dla nich pierwszy, więc cały czas jesteśmy nowicjuszami i nie mamy dobrego porównania, ale ten był po prostu RE-WE-LA-CYJ-NY. To Misterium You’re the key na ulicy Słowackiego w Katowicach.

escape

Mistrzowska drużyna tuż po wyjściu!

Przyznam, że początek nie był szczególnie zachęcający. Do pokoju nie jest tak łatwo trafić (brak oznakowania), a po wejściu brakuje standardowej poczekalni z kanapą, śmiesznymi gadżetami do zdjęć i tak dalej. To wszystko jednak jest kwestią wyrobienia i na pewno będzie się zmieniać na lepsze. Poza tym prowadzący zdobył naszą sympatię przyznając, że tak jak my dzień wcześniej mocno imprezował. Różnica była taka, że tego popołudnia to my, mimo zmęczenia, musieliśmy główkować, a on jedynie nas obserwował. Tak wyglądał początek, a potem przekroczyliśmy drzwi…

Czym pokój ten zasłużył sobie na nieskrywany zachwyt?

Przede wszystkim fabułą. Ta jest nietuzinkowa, dobrze wprowadzona i ściśle łącząca się z łamigłówkami. Odpowiednio dobrane przedmioty wspaniale budują klimat. Pojawiają się zwroty akcji, które naprawdę robią wrażenie, momentami na ułamek sekundy odzywa się prawdziwy strach i rozgrywka staje się czymś więcej niż  tylko zabawą.

Same zagadki nie były może nadmiernie wyszukane. Kilka okazało się być naprawdę pomysłowymi, a reszta to raczej klasyki, ale powiązane ze sobą na tyle zgrabnie, że tworzyły wciągające kombinacje. Dostarczyły wszystkim solidnej dawki dobrej zabawy. Ogólny efekt był oszałamiający, a satysfakcja ogromna. Gdy zdobyliśmy ostatni klucz, aż do przekręcenia zamka nie było wiadomo, czy to rzeczywiście już, czy na przykład jesteśmy dopiero w połowie. Na szczęście udało nam się, w dodatku sporo przed czasem. Jestem z nas naprawdę dumny.

Ta krótka recenzyjka jest oczywiście absolutnie bezinteresowna (za mała skala, żeby było inaczej). Postanowiłem ją napisać dlatego, że podoba mi się to, co robią ludzie tworzący You’re the key. Życzę im dalszego rozwoju i wielu klientów, dzięki czemu niebawem otworzą kolejny pokój (już nad nim pracują!), a ja będę mógł się dalej znakomicie bawić. Odwiedźcie ich koniecznie!

A muzyka na dziś to prosty pop, a co! O, bardzo proszę:

P S Po raz kolejny przypominam o moim Facebooku Snapchacie (@cgdenys). A ów fantastyczny escape room znajdziecie >>TU<<.

4 rzeczy, których mogliście nie wiedzieć o matematyce!

Wziąwszy pod uwagę mój dyplom, podarek, który ostatnio otrzymałem i potrzebę napisania dla odmiany czegoś mniej poważnego postanowiłem wykorzystać popularną ostatnio formę i przytoczyć kilka interesujących faktów na temat matematyki.

Tych, którzy są „anty”, proszę: nie zrażajcie się. Przecież nie każę Wam tu nic liczyć. Z kolei tych, którzy są „za”, zapewniam:  nie powinniście się wynudzić. Zaczynamy!

1. Matematyka jest wszechobecna.

To banalne stwierdzenie, ale najprawdopodobniej nie zdajecie sobie nawet sprawy jak bardzo prawdziwe. Na matematyce opierają się nauki ścisłe – to wiecie i zapewne nie trzeba się nad tym rozwodzić. Królowa nauk jest jednak obecna także we wszystkich innych dziedzinach życia, w tym w sztuce. Tak, to prawda. Malarstwo? Wystarczy rzucić pojęciami takimi jak perspektywa czy geometryczne piękno. Muzyka? Przecież to czysta fizyka, a ta bez matematyki by nie istniała! Rzeźba? Z nią jest podobnie jak z malarstwem. Literatura? Tu jest trochę trudniej, ale z pewnością dałoby się ją opisywać matematycznie, a to dlatego, że matematyka to znacznie szersza dziedzina niż się wszystkim wydaje.

2. Jest zabawna.

Tu część z Was mogła zwątpić. Jak to tak?! Ta znienawidzona dziedzina, szkolne utrapienie i niewyczerpane źródło problemów miałoby być zabawą?! Nie może być! Tak?! A lubicie sudoku, układanki przestrzenne, zagadki logiczne i inne tego typu atrakcje? Nawet jeśli nie wszystkie, to z pewnością są takie, którymi lubicie się zajmować. W zasadzie nawet takie Czarne historie to w pewnym sensie zabawa bazująca na matematyce, ponieważ zadając pytania należałoby się posługiwać matematycznymi metodami wnioskowania.

zegar

Czas to też matematyka, a co!

3. Jest przydatna.

Tak, nie ma co się oburzać. Pokaźna część tekstów „to mi się nie przyda w życiu” rzucanych na matematyce to wierutne bzdury. Obliczenie liczby potrzebnych kafelków na podłogę, siatki na działkę czy farby na ściany? Matematyka. Rachunki w sklepie? Matematyka. Pensje brutto/netto? Matematyka. I tak dalej, i tak dalej. Pewnie, wszystko to nie wymaga znajomości bardzo zaawansowanych obliczeń. Potrzebna jest jednak ogólna znajomość tematu. Mówiąc wprost: trzeba się orientować. Nawet jeśli w błahych sprawach korzystasz z internetowych kalkulatorów, to i tak musisz wiedzieć jak to zrobić. To też jest matematyka.

Tutaj dorzucę jeszcze jedną rzecz, co do której nie jestem pewien, czy powinna być zakwalifikowana tu, czy do poprzedniego punktu. Otóż ostatnio zastanawialiśmy się z koleżanką, czy w tym roku dni tygodnia, w których obchodzimy urodziny, pokrywają się z rzeczywistymi dniami naszych urodzin. Odpowiedź brzmi: TAK. Dlaczego? Po 1994 roku a do tego włącznie było 6 lat przestępnych. To daje nam 6 dni. Ponadto minęły 22 lata, co daje nam 22 dni, czyli łącznie 28. 28 to wielokrotność 7, zatem całość przesunęła się o 4 tygodnie. W związku z tym każdy, kto urodził się w 1994 roku, po lutym, obchodzi lub obchodził w tym roku urodziny w tym samym dniu tygodnia, w którym rzeczywiście się urodził.

4. Nie jest zdominowana przez mężczyzn.

Tak, proszę Państwa. U mnie na roku kobiety stanowiły jakieś trzy czwarte całości, radząc sobie naprawdę nieźle. Przy prowadzących proporcja nieco się przesuwa, ale pań nadal jest sporo w tym zacnym gronie.

I to by było na tyle. Muzyka na dziś to coś, co poznałem dzięki Egidzie, a zatem dzięki Uniwersytetowi Śląskiemu, na którym to studiowałem zacny przedmiot tych rozważań. O, proszę:

Zaglądajcie na Facebooka i Snapchata: @cgdenys.

Ulice głodnych.

Dwie sytuacje z zeszłego tygodnia:

Środa.

Wracam do domu. Śpieszę się, bo wiem, że spędzę w nim tylko chwilę, a potem ruszę załatwiać dalsze sprawy. Mniej więcej na placu Andrzeja zaczepia mnie starsza kobieta, normalnie wyglądająca, schludna. Pyta się, czy w stojącej nieopodal budce kupię jej jakiś kołoczyk, drożdżówkę czy coś innego. Przystaję, ale nie mam czasu, więc szybko podejmuję decyzję i wręczam jej jakieś dwa złote. Ona dziękuje i na odchodnym mówi coś o tym, że emerytura przyjdzie jej dopiero za kilka dni. Idąc dalej, obserwuję ją jeszcze  przez chwilę i widzę, że faktycznie podchodzi do owej budki.

Czwartek.

Dziarsko maszeruję załatwiać swoje sprawy. Śpieszy mi się trochę mniej. Na ulicy Mickiewicza jakiś jegomość gestem prosi mnie, żebym zdjął słuchawki. Jest chudy, może nieco zaniedbany, ale nie wygląda tragicznie. Trudno mi ocenić jego wiek. Z pewnością starszy ode mnie, ale raczej jeszcze przed czterdziestką. Pyta, czy kupię mu gołąbka w barze mlecznym mieszczącym się tuż obok. Przystaję, znów szybko się namyślam. On zapewnia, że nie chce pieniędzy do ręki. Już chciałem mu je dać, ale uznaję, że przecież mam czas i faktycznie mogę sam zapłacić. Wchodzę, on za mną, a razem z nami pracownica, która do tej pory stała w drzwiach. Wygląda to tak, jakby nadzorowała tego człowieka, zupełnie jakby to nie był jego pierwszy raz. Podchodzimy do lady. On potwierdza, że chce gołąbka, ja chcę płacić, ale nigdy tam nie byłem i  dopiero muszą mnie pokierować od lady do kasy. Czuję się głupio. Mężczyzna jest zadowolony i bardzo mi dziękuje. Ja ruszam do moich kolejnych spraw, a w głowie kłębi mi się mnóstwo myśli.

Nie są wesołe. Do teraz jestem w szoku.

drobbPieniędzy zjeść nie można,
ale bez nich często przymiera się głodem…

Cały czas nie potrafię pojąć tego jak w dwudziestym pierwszym wieku, w kraju europejskim, od ponad 10 lat należącym do UE, który podobno szczyci się dobrymi wskaźnikami ekonomicznymi, może być tak, że ludzie na ulicy zwyczajnie proszą o jedzenie. Nie mieści mi się to w głowie!

Gdy na ulicy ktoś prosi mnie o drobne, prawie zawsze, jeśli tylko mogę, dzielę się nimi. Bywam krytykowany za tę postawę, najczęściej przez Lubą Mą. Doskonale rozumiem argumenty przeciwko. Zdaję sobie sprawę, że sporo ludzi wyłudza w ten sposób pieniądze, że wielu wykorzystuje je potem inaczej niż zadeklarowało, że znacznie lepiej jest wspierać pomoc instytucjonalną, bo wtedy środki na pewno trafią do szczerze potrzebujących.

To wszystko prawda. Tyle tylko, że, cholera jasna, nie chcę ryzykować. Boję się sytuacji, w którejś nie pomogę komuś naprawdę będącemu w potrzebie tylko dlatego, że ocenię taką osobę przez pryzmat innych, nieuczciwych. Prawdopodobnie nawet bym się o tym nie dowiedział, ale gdyby, to nie wiem, czy potrafiłbym normalnie funkcjonować z taką świadomością*.

Niektórzy mówią, że ludzie, którzy trafili na ulicę, żebrzą i tak dalej, sami są sobie winni. Nie potrafili zadbać o własny los, sami przegrali swoje życie i tym podobne. To może być czasem prawda, ale na pewno nie zawsze. Bywa, że na ludzi spadł splot nieszczęśliwych wypadków, seria niefortunnych zdarzeń. Nagle, z dnia na dzień kończą bez niczego lub zdruzgotani swymi przeżyciami powoli się staczają. Pewnie, można twierdzić, że sami są sobie winni, bo nie szukają pomocy w fundacjach, instytucjach czy organizacjach. Tyle tylko, że to też nie zawsze będzie prawdą.

Są na pewno tacy, którzy szukali pomocy w takich miejscach, ale jej nie znaleźli. To pewnie nawet nie wynikało z niczyjej złej woli, ale z ogólnej niemocy. Każdy człowiek jest inny, ma inną sytuację i historię, więc nieco skostniałe podmioty nie są w stanie objąć wsparciem wszystkich potrzebujących. Gdyby było inaczej, to przecież nie byłoby takich historii. Jeżeli państwo i trzeci sektor działałyby sprawnie, to sytuacja, w której osoba co miesiąc dostająca emeryturę musi prosić na ulicy o coś do jedzenia, byłaby absurdem, jedynie jakimś chorym wymysłem. A nie jest.

Co robić z tak popsutym światem? Nie mam zielonego pojęcia. Mam wrażenie, że ja nie potrafiłbym nic tu poprawić. Znam jednak osoby, które mają szanse. Ludzi regularną pracą pomagających innym, którzy mają i poszerzają wiedzę pozwalającą na działanie, którzy mogą najpierw stworzyć wizję systemu mniej zhierarchizowanego, a bardziej wsłuchującego się w potrzeby pojedynczego człowieka i odpowiadającego na nie, a potem będą w stanie tę wizję urzeczywistnić. Ja mogę im kibicować, wspierać i popierać. Właśnie w takiej roli się widzę.

Akcentem muzycznym na dziś niech będzie znakomity utwór, który znam dzięki serialowi Prokurator. Oto on:

*Jasne, że moja mała pomoc, o której pisałem po drodze, to nic wielkiego. Czymże jest danie komuś kilku złotych? Powinienem dać od siebie coś więcej, nawet jeśli nie materialnie, bo sam nie mam wiele, to podarować czas, wsłuchać się w sytuację drugiego człowieka, zastanowić się, jak naprawdę mogę mu pomóc. Jednak raczej nie robię tego i sam czynię sobie z tego powodu wyrzuty. Słabo. W każdym razie podarowanie komuś choćby kilku złotych, dzięki którym człowiek ten coś zje i przetrwa lepsze jest niż brak jakiejkolwiek pomocy. Tak uważam.

Zrób sobie dobrze!

Złożyłem wczoraj dokumenty na kolejne studia. Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach, studia drugiego stopnia, niestacjonarne. Jestem zachwycony przebiegiem procesu rekrutacji.

Wszedłem do odpowiedniego budynku, dość szybko znalazłem windy i wjechałem na właściwe piętro. Tam jedna z pań skserowała moje świadectwo dojrzałości, dyplom (wcześniej prosząc o podpis na nim) i suplement do dyplomu, potwierdzając zgodność przy wszystkim. Ja w tym czasie nakleiłem na teczkę kartkę z odpowiednimi danymi. Następnie pozbierałem wszystkie potrzebne dokumenty i schowałem je do owej teczki, po czym przeszedłem do następnej sali. Tam wzrokiem odszukałem właściwe wolne stanowisko i podszedłem. Kolejna przemiła pani poprosiła mnie o następny potrzebny podpis, sprawdziła kompletność dokumentów, zweryfikowała zgodność danych z tymi w systemie komputerowym i… To było już wszystko. A przynajmniej mogłoby być, gdyby nie to, że sam miałem kilka pytań. W związku z tym skierowano mnie do kompetentnej osoby i ta, gdy tylko zakończyła rozmowę telefoniczną, udzieliła mi odpowiedzi według swej najlepszej wiedzy. Nie wszystkim pytaniom potrafiła sprostać, ale to dlatego, że na niektóre odpowiedzi jeszcze nie są ustalone. W każdym razie wyszedłem stamtąd bardzo zadowolony.

Ktoś mógłby zapytać, czym się tu zachwycać, co w tym wszystkim było niezwykłego. Przecież wszystko po prostu było tak jak powinno być. I właśnie tym się zachwycam!

rekrut

Mnóstwo papierków po to, żeby móc starać się o kolejne…

Właśnie to jest piękne w tej sytuacji, że wszystko odbyło się sprawnie, miło i bezproblemowo. To wcale nie tak częste jak można by oczekiwać. Doceniam to, że obyło się bez guzdrania, uwag, pretensji, czepialstwa i tak dalej. Cały ten w gruncie rzeczy przyjemny proces skłonił mnie do pewnej ważnej refleksji. Jej istotą jest następujące pytanie:

Dlaczego tak się udało?!

Na sukces, którym jest bardzo sprawne przebrnięcie przez wszystkie formalności, złożyły się dwa główne czynniki.

Pierwszy to ja, a w zasadzie moje podejście. Zanim bowiem udałem się do punktu rekrutacyjnego, wielokrotnie sprawdziłem, czy wszystko się zgadza. Upewniałem się nie raz, czy nie brakuje mi żadnego dokumentu, utwierdzałem się w przekonaniu, że wszystkie dane wpisałem poprawnie, walczyłem z wprowadzeniem zdjęcia do systemu komputerowego, żeby było to zrobione jak najporządniej. Po kilka razy szukałem potrzebnych mi informacji, przekonując sam siebie, że spełnione są wszystkie wymogi i tak dalej. I znów: niby nic takiego. Zdawałoby się, że każdy w miarę ogarnięty człowiek tak postąpi. A jednak niekoniecznie. Niech argumentem będzie tu fakt, że pani przyjmująca dokumenty zauważyła, że zdjęcie mam wprowadzone bardzo dobrze, co podobno nie zdarza się często…

Drugim istotnym czynnikiem jest budowa samego systemu. Tutaj działał bez zarzutu. Owszem, może pewne rzeczy dało się zrobić zgrabniej, ale nie potrafię znaleźć niczego, co rzeczywiście byłoby utrudnieniem czy niedogodnością. W system komputerowy dane wprowadzało się łatwo i przejrzyście, wszystko było wyjaśnione i opisane wystarczająco szczegółowo. Także instrukcję dostarczania dokumentów w formie papierowej podano na tyle jasną, że będąc w docelowym budynku po raz pierwszy nie miałem najmniejszych problemów (dość gęsto wiszące strzałki  z umieszczonymi pod nimi napisami „rekrutacja” również raczej nie zaszkodziły). Na miejscu wszystko odbyło się zgodnie z tym, co wyczytałem, a życzliwa obsługa udzielała koniecznych wskazówek i służyła pomocą.

Teraz ktoś może pomyśleć „no tak, temu udało się załatwić sprawnie papierkową sprawę, bo trafił na dobry system”. Cóż, to prawda, ale nie do końca. Mam takie wrażenie, że pokaźną część kłopotów z biurokracją ludzie sami ściągają sobie na głowy. Zamiast porządnie się przygotować, poczytać, a w razie wątpliwości zadzwonić i dopytać, lecą na złamanie karku, wypełniają wszystko „na odwal się”, a potem dziwią się, że coś zrobili źle lub czegoś brakuje.

Pewnie, bywa tak, że system jest wadliwy lub nieprzyjazny. Zdarza się. Tego się nie przeskoczy. Jednakże nawet najlepszy system nie będzie działał tak sprawnie, jak by mógł, jeżeli sam zainteresowany nie przygotuje się odpowiednio. To trochę jak z programem komputerowym – może być napisany rewelacyjnie, ale jeżeli użytkownik uporczywie wprowadza nieodpowiednie dane, to program za wiele nie poradzi. Po prostu.

Wniosek na dziś: do wszystkiego odpowiednio się przygotuj, a znacznie zmniejszysz szanse na to, iż potem będziesz biadolił, że jest ciężko. W ten sposób ułatw sobie życie. Po prostu zrób sobie dobrze!

Motywujący, choć niezwiązany z tym tekstem utwór na dziś:

P S W social mediach znajdziecie mnie na Facebooku jako Co gryzie Denysa?, a na Snapchacie jako @cgdenys. Sprawdźcie!

Za wszystko trzeba płacić!

Z początkiem tego tygodnia zaczął się poważny remont u mnie w domu. Dlaczego? Zaczęło się od psującego się piekarnika, chyba na początku tego roku. Działał, ale coraz gorzej i coraz bardziej trzeba było z nim walczyć. Zapadła decyzja o wymianie sprzętu. Zaraz jednak uznano, że powinno to pociągać za sobą wymianę podłogi, która lata świetności dawno ma za sobą, a to z kolei spowodowało decyzję o wymianie reszty wyposażenia. Nastąpiło kilka miesięcy planowania, a teraz rozpoczęły się pracy. Już niedługo w kuchni i przedpokoju znajdą się nowe podłogi, ściany, meble i sprzęty.

Jakie ma to znaczenie dla mnie, poza tym, że przez niewiele ponad półtora roku, które jeszcze planuję tu mieszkać, korzystał będę z podniesionego nieco standardu życia? A takie, że póki co, na czas prac, ów wyraźnie się obniżył.

remont

Idzie nowe, a zatem najpierw musi zniknąć stare.

Standard życia się obniżył? Ależ oczywiście. Najprostszy przykład to dostęp do wody w łazience, czyli de facto jakiekolwiek korzystanie z tejże. Zajmujący się remontem fachowiec czasem zakręca zawór i może to trwać nawet dobre kilka godzin. Rozumiem, że to robi i po co to robi, ale jednak sytuacja bywa irytująca. Pewnie, gdybym bardzo potrzebował dostępu do wody, mógłbym poprosić go, żeby na chwilę przerwał pracę i odkręcił zawór, ale takie spowalnianie go chyba mija się z celem. Trzeba więc dobrze planować takie prozaiczne czynności jak umycie się czy skorzystanie z toalety. To wkurza.

Inna, równie irytująca sprawa to kwestia posiłków. Jak zapewne już wiecie, lubię dobrze zjeść. Co oczywiste, najbardziej cenię obiady. W domu bywał do tej pory lepszy lub gorszy, ale zwykle jakiś był lub przynajmniej dało się go zrobić. Teraz jednak kuchenki i piekarnika brak. Jedyne sprzęty służące przygotowaniu jedzenia, jakie zostały w moim mieszkaniu, to toster, opiekacz i czajnik. Pewnie, da się z ich pomocą coś przyrządzić, ale to „coś” nie jest zbyt satysfakcjonujące. Wczoraj na przykład jadłem tosty z serem i boczkiem, a dzisiaj z serem i kotlecikami usmażonymi już kilka dni temu. Nie zrozumcie mnie źle, lubię tosty, ale to przecież nie jest uczciwy obiad. Jeszcze kilka dni takiej diety i oszaleję. Na to, żeby codziennie jadać na mieście, zwyczajnie mnie nie stać. Przecież jestem tylko biednym studentem (a chwilowo nawet nie to). W czasie pisania tego tekstu przyszło mi do głowy, że może po prostu będę się musiał pogodzić z instytucją gorących kubków i dań w 5 minut…

To główne niedogodności, bo na przykład obecne w mieszkaniu pył, kurz i tak dalej nie robią już na mnie aż takiego wrażenia. Czym jednak są te utrudnienia? Niczym innym jak kosztem remontu, ponoszonym dodatkowo, oprócz tego finansowego. Gdyby na czas modernizacji kuchni i przedpokoju chciało się zachować dotychczasowy standard życia, trzeba by chyba było dokądś się wynieść, co mogłoby na przykład zwiększyć wydatki. Skoro nie, to koszta rozkładają się na finansowe i inne, niewymierne.

Tak jest ze wszystkim.

Wszystko kosztuje. Nie ma nic za darmo. Nawet nie próbujcie szukać kontrprzykładów, bo rzecz w tym, że za wszystko się płaci, chociaż niekoniecznie pieniędzmi. Walutą może być czas, rezygnacja z pewnych wygód czy cokolwiek innego. To zawsze jednak jest „coś za coś”. Niejednokrotnie zresztą, a może nawet zazwyczaj, w transakcjach wykorzystuje się więcej niż jeden środek płatności. Za naukę czegoś nowego najczęściej płaci się czasem, a często także pieniędzmi, entuzjazmem i energią. Za bycie bucem płaci się utratą sympatii innych ludzi. Opłatą za wyjazd do krajów Trzeciego Świata i satysfakcję z pomagania innym jest rozłąka z bliskimi i życie w spartańskich warunkach. Walutą przy budowaniu imponującej sylwetki czy dbaniu o własne zdrowie może być wysiłek, rezygnacja z nadzwyczaj smacznych, ale nieodpowiednich posiłków oraz alkoholu, rzucenie papierosów lub innych świństw. I tak dalej, i tak dalej. Płatności dokonuje się bardzo różnymi środkami, ale zawsze trzeba ją przeprowadzić, choć często odbywa się to niepostrzeżenie. Jestem przekonany, że rozumiecie, o co chodzi.

Rachunek zysków i strat.

Rozsądny biznesmen przed każdym działaniem, rozpoczęciem dowolnej inwestycji dokonuje odpowiednich kalkulacji. Musi wiedzieć, czy to mu się opłaci. Z naszym życiem jest podobnie. Przed podjęciem dowolnego działania powinno się wszystko przeanalizować. Co na tym zyskamy, a ile będziemy musieli za to zapłacić? Bo to, że będziemy musieli, nie ulega wątpliwości. Pozostaje tylko pytanie, co będzie walutą.

Taka analiza jest o tyle trudniejsza od wcale przecież niełatwych kalkulacji biznesowych, że dotyka znacznie większej liczby dziedzin i środków płatności, z których w dodatku wiele jest niewymiernych. Przecież w życiu nie wszystko da się przeliczyć na złotówki, jeny czy dolary Zimbabwe (zwłaszcza, że te ostatnie przestały już funkcjonować – ot, ciekawostka!). Warto jednak ją przeprowadzać. Nawet jeśli nie spowoduje zmiany decyzji (a tak pewnie będzie często, bo wiele z nich jest zwykłą koniecznością), to przynajmniej uświadomi, na co należy się przygotować i czego spodziewać. Dzięki temu czerpanie satysfakcji z zysków nie zostanie nagle popsute niezadowoleniem z dowolnych poniesionych kosztów. To chyba uczciwa korzyść.

Muzyką na dziś niech będzie… Coś kanadyjskiego, o czym być może nigdy nie słyszeliście (a co się będę ograniczał!):

P S Zrodziła się we mnie obawa, że możecie ten wpis zrozumieć opacznie, na przykład jako zachęcający do bezduszności, do tego chociażby, żeby bezlitośnie kalkulować czy poświęcić trochę swojego czasu na pomoc dobremu przyjacielowi. Otóż wcale tak nie jest. To kwestia wartościowania. Odpowiednio wysoko ceniona przyjaźń sprawi, że pomoc takiemu przyjacielowi będzie warta każdej kwoty w dowolnej walucie.

Zrób coś dla innych!

Dziś kończy się XXI Ogólnopolski Rajd Szlakiem Wieży Spadochronowej. Jak co roku biorę w nim udział od strony organizacyjnej, zawsze jako członek drużyny sztabowej, a tym razem także jako obsługa jednej z tras.

W ramach przynależności do tej pierwszej rozkładam namioty, przenoszę potrzebne rzeczy, wartuję, wydaję wrzątek, jestem w pogotowiu i tak dalej. Około dwudziestu innych osób zajmuje się dokładnie tym samym. Niby nic wielkiego. Nie czynię z nas bohaterów. Nie mówię, że to bardzo ciężka praca, choć bywają momenty naprawdę trudne. Nie twierdzę, że bez nas rajd by się nie odbył. Na pewno jednak byłoby znacznie trudniej.

rajd

Łamigłówka przestrzenna na trasie? Trudna!

Kwestia, którą chcę dziś poddać pod rozwagę, to pytanie o to, po co to robimy. Przecież nie dla zysku, bo nic na tym nie zarabiamy, wikt to nie wynagrodzenie, a trzeba poświęcić prawie cały weekend.

To może po to, żeby spędzić czas ze znajomymi? Wreszcie jest szansa spotkać się na dłużej, pogadać, powygłupiać czy zrobić razem cokolwiek innego. To wszystko prawda, ale gdyby to było celem, wybralibyśmy pewnie dogodniejsze okoliczności.

To o co chodzi? O to, że ktoś musi i o to, żeby zrobić coś dla innych. Proste. Dzięki temu, że my poświęcamy swój czas, setki uczestników mogą się spokojnie bawić, nie narzekając na kwestie organizacyjne. Jasne, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie marudził, ale generalnie wszystko jest zrobione i można się skupić na czerpaniu radości z atrakcyjnego programu.

I oto właśnie chodzi. Mamy tu swoje działanie, którego beneficjentami są inni. Oprócz tego ludzie angażują się w inne rzeczy, przeróżne projekty, wolontariaty i rozmaite aktywności. Robią to, żeby pomóc innym, dać im trochę radości czy po prostu ich wesprzeć. Żeby tak całkiem bezinteresownie zobaczyć uśmiech na czyjejś twarzy lub twarzach. I wiecie co? Uważam, że każdy powinien robić coś dla innych. Przynajmniej od czasu do czasu. Nie mówię, że koniecznie trzeba podejmować działania na wielką skalę, ale po prostu warto się czasem postarać. W końcu człowiek człowiekowi człowiekiem (powinien być). Sprawiajmy, żeby ludziom było po prostu miło.

Muzyka bez związku z tekstem na dziś to:

P S To co zrobicie dla innych?

Kartki z kalendarza.

Rekrutuję się właśnie na studia magisterskie. W dodatku zaoczne, czego kilka lat temu, rok, a chyba nawet pół roku temu w życiu bym się nie spodziewał. Los płata figle. Wypełniam kolejne rubryczki i sprawdzam, jakie dokumenty będę musiał złożyć w dziekanacie, a czynności te potęgują już wcześniej krążące myśli o upływie czasu i tym, co zmienia się wraz z nim.

Dokładnie rok temu radowałem się, że przede mną jeszcze jedna trzecia wakacji, cieszyłem się na spotkanie z dawnymi znajomymi przy okazji pierwszego września, planowałem imprezę urodzinową oraz następujący zaraz po niej wyjazd na wakacje.

Niespełna trzy lata temu z obawami i wrodzoną nieśmiałością zaczynałem studia pierwszego stopnia, teraz już ukończone.

Niewiele ponad trzy lata temu odbierałem świadectwo dojrzałości, którego numer musiałem teraz wklepać do odpowiedniej rubryczki.

Nieco ponad cztery lata temu kilkakrotnie świętowałem swoją osiemnastkę i po raz pierwszy odwiedziłem jedno z najbardziej magicznych miejsc na świecie – Przystanek Woodstock.

Dokładnie pięć lat temu szykowałem się na rozpoczęcie drugiej klasy liceum, tej być może najbardziej szalonej, w czasie której zaczął się rok osiemnastek.

Dokładnie dziesięć lat temu rozpoczynałem szóstą klasę podstawówki, okres fantastycznych wydarzeń, przeplatanych też przykrymi.

Mniej więcej piętnaście lat temu byłem chyba na pierwszym poważnym wyjeździe zagranicznym, w Danii, gdzie odwiedziłem m. in. Legoland (teraz robimy ŁAAAŁ!). W podobnym czasie swój absolutny początek miała moja przygoda z edukacją szkolną. Jedną z jego składowych była ponad tygodniowa wizyta w szpitalu. No dobrze, w tym punkcie mogłem coś pokręcić, ale wszystko mniej więcej się zgadza.

Można by tak długo.

kartkizkalendarza

Wydarzenia zanurzone w czasie.
Aktualne, niedawne i całkiem odległe…

Wspominki, co było kiedyś, mogłyby być naprawdę absorbujące, ale po co się tym zajmować? Bez przesady. Nie twierdzę wcale, że nie należy oglądać się wstecz. Nie. Po prostu jeśli patrzymy w przeszłość, to róbmy to po to, żeby sprawdzić, czy teraz robimy to, czego pragnęliśmy wtedy oraz, co równie ważne, czy dalej tego chcemy. Tylko tyle i aż tyle.

Pewnie, przyjemnie jest powspominać, ale z czysto praktycznego punktu widzenia warto to robić jedynie po to, żeby wyciągać wnioski i weryfikować postępy. Czy jestem tym, kim chciałem być w dzieciństwie? Tak? Fantastycznie! Nie? Dlaczego? Już nie chcę, czy po prostu mi nie wyszło? Chciałem i robiłem coś w tym kierunku, czy pozostałem w sferze pragnień? To naprawdę ważne pytania i dobrze by było samemu sobie udzielić na nie odpowiedzi. Spróbujcie.

Ja mam o tyle łatwiej, że w zasadzie nigdy nie marzyłem o byciu kimś konkretnym. Przynajmniej niczego takiego nie pamiętam. Nie czułem wielkiej potrzeby bycia strażakiem, pilotem, policjantem czy YouTuberem, choć to ostatnie to jednak pewnie dlatego, że jestem troszeczkę starszy niż ów portal. Jakieś dwa razy. Z drugiej strony mniej więcej rok temu definitywnie kończyłem pracę nad moją pierwszą powieścią i snułem mało realne plany zrobienia szybkiej i wielkiej kariery literackiej. Brak mojego nazwiska na liście bestsellerów Empiku może być odpowiedzią na pytanie o to jak mi poszło. No dobrze, jeszcze uściślę: brak mojego nazwiska w ofercie Empiku i innych księgarni w ogóle może być taką odpowiedzią.

To jednak nie tak, że nie próbowałem. Dopracowywałem tekst i go rozsyłałem. Starałem się. Mogłem co prawda udostępnić go większej liczbie wydawnictw, ale to wymagałoby znacznie większego wysiłku i w końcu odpuściłem. Nie porzuciłem całkiem tych planów, ale patrzę na nie teraz z przymrużeniem oka. Skupiam się na czym innym. Gdy wrócą chęci i pojawi się czas, może spróbuję sił w self-publishingu. To taki osobisty przykład, choć przecież plany nie muszą dotyczyć tylko tego, kim się chce być. Mechanizm jest jednak zawsze podobny.

To nie tak, że nierealizowanie swoich dawniejszych marzeń jest jakimś dramatem. Nie musi być. Z jednych pragnień mogliśmy już wyrosnąć, a inne po prostu nam się odwidziały. Trzeba jednak być uczciwym z samym sobą. Należy przyznać się, że na czymś nam już nie zależy lub, że mimo chęci, do tej pory olewaliśmy sprawę. Potem trzeba zacząć zdecydowanie działać albo definitywnie porzucić temat. Ewentualnie może być też tak, że nasze plany po prostu już zrealizowaliśmy lub wszystko idzie w dobrym kierunku albo przynajmniej cały czas działamy. Wtedy należy sobie pozwolić na wyraz aprobaty w stosunku do samego siebie i dalej utrzymywać dobry trend. Właśnie tego Wam życzę.

Energiczna porcja muzyki na dziś, którą ja poznałem jakoś niedawno, niemal w teraźniejszości, to:

P S Gdybym chciał zgrabnie podsumować ten wpis, użyłbym naprędce skleconej maksymy o treści „w życiu chodzi o to, żeby zrywając kolejne kartki z kalendarza z uznaniem patrzeć w przeszłość, a w przyszłość z optymizmem”.