Wymarzone wakacje!

Minął ostatni weekend sierpnia. Oznacza to rychły koniec wakacji w klasycznym tego słowa znaczeniu. Uczniowie przerażeni, studenci rozbawieni, dorośli zobojętnieni. Nieważne. W każdym razie, chcąc wreszcie pojechać gdzieś i odpocząć z Lubą Mą i jej przyjaciółmi, postanowiliśmy spędzić ten weekend nad Jeziorem Nyskim. Z ręką na sercu muszę przyznać, że było naprawdę super. Towarzystwo znakomite, ale i okolica piękna. Duże jezioro, porządna plaża, możliwość wynajmu skuterów, motorówek czy rowerów wodnych, a do tego widok na Sudety. Ponadto w okolicy jest sporo atrakcji. My na przykład w niedzielę pojechaliśmy do kopalni złota w Złotym Stoku, którą gorąco polecam (ciekawa, zabawnie przedstawiona i piękna!), a smaczny i naprawdę obfity obiad zjedliśmy w Otmuchowie. Skoro było tak wspaniale, to co mnie tym razem gryzie? Cóż, rzecz w tym, że byłoby idealnie, gdyby nie kilka mankamentów. W tym przypadku przyjęły one postać konkretnych ludzi. IMG_0246 (2)

Słońce, woda, plaża. Czego chcieć więcej?

Ci pierwsi.

W jednym domku (również rewelacyjnym!) zamieszkaliśmy my. Sześć osób w wieku od 22 do 25 lat. W drugim gościła chyba para w średnim wieku z nastoletnim lub dorosłym synem. Kogo byście typowali do robienia nocnych awantur? Śmiało!

Skoro już wybraliście nas, to nieco skomplikuję sytuację. Te nasze sześć osób to trzy pary, w tym dwa małżeństwa, z czego jedno z dzieckiem w drodze. W dodatku obaj mężowie z naszej drużyny są niepijący. Dalej pewni swojego wyboru?

Wiecie już na pewno, że Was podpuszczam i oczywiście nie trafiliście. Pierwszej nocy my poszliśmy spać grzecznie niedługo po 22, natomiast nasi „przeuroczy” sąsiedzi hałasowali w zasadzie do rana. W środku nocy dało się słyszeć ich oraz zbulwersowane okrzyki protestu „Zamknijcie się!” oraz inne, bardziej dosadne. Ja na szczęście mam dość mocny sen i, gdy już uda mi się zasnąć, ciężko mnie porządnie obudzić. Moi towarzysze nie mają jednak takiego daru. Gdy część z nich poszła w środku nocy łowić ryby, ich żony w końcu uznały, że i tak nie zasną i postanowiły do nich dołączyć.

A wystarczyłoby, żeby Szanowni Państwo zachowywali się odrobinę ciszej…

Ci drudzy.

W sobotę udaliśmy się na plażę. Ja i jedna koleżanka woleliśmy zostać w cieniu, pilnując wszystkich naszych rzeczy. Po chwili podszedł do nas pewien chłopak, prosząc, żebyśmy jemu i jego znajomym zrobili trochę miejsca w cieniu. Grzecznej prośbie się nie odmawia, więc życzliwie przesunęliśmy wszystkie nasze koce i tobołki.

Niedługo potem się zaczęło. Opalali się, żartowali, śmichy-chichy – to wszystko okej. Rozpalanie maleńkiego, chyba jednorazowego grilla na plaży już nie do końca mi się podobało. Mogło przecież przeszkadzać innym plażującym. Na szczęście jednak dym leciał głównie na nich, więc niech im tam będzie. Towarzystwo oczywiście nie mogło się oprzeć pokusie i przyniosło ze sobą piwko, wcale nie w śladowych ilościach. To też jest spoko, ale po każdym piwie zostaje butelka. Dopóki się ją ze sobą zabiera, nie mam żadnych zastrzeżeń, ale gdy zostawia się ją w piasku, to jest to już zwykłe chamstwo. Wreszcie najważniejsze, creme de la creme, prawdziwy popis ich możliwości: muzyka włączona chyba z telefonu, rap lepszy, ale też ten koszmarny, pokraczne tańce do rytmu i do tego popisy wokalne. Nic to, że inni nie chcą tego słuchać, nic to, że słychać muzykę z knajpy! Oni mają swoje ulubione hity i musieli się nimi delektować właśnie wtedy i właśnie tam.

Aha, zachowania sąsiadujących z nami plażowiczów to nie był jakiś wyjątek. Sporo osób przejmowało przynajmniej jeden z nawyków tego towarzystwa. Śmiecących i śmieci dało się wypatrzeć mnóstwo, a na brak samozwańczych didżejów plaża także nie narzekała.

Właśnie przez takie zachowania różnych ludzi mój w zasadzie jedyny porządny, czysto rekreacyjny wyjazd w te wakacje nie był idealny. Myślę, że znalazłoby się więcej osób w podobnej sytuacji. A wszystko to przez egoizm. Przez brak zastanowienia się, czy coś nie będzie przeszkadzać innym lub zignorowania tego, że będzie. Ale spokojnie: karma wraca!

A na koniec coś mniej znanego od zespołu klasycznego:

P S Tę kopalnię złota to naprawdę odwiedźcie przy pierwszej możliwej okazji!

Wiem, że nie umiem!

Na początek dialog przeczytany chyba w Niedzieli palmowej, książce, w której Kurt Vonnegut pisze o sobie samym, wplatając w to swoje krótkie formy literackie. Brzmi on mniej więcej tak:

Ojciec: Dlaczego tak kiepsko radzisz sobie w szkole?! Syn: Nie wiesz, ojcze? Bo jestem głupi!

Autor książki zachwyca się tą wypowiedzią i ja także nie potrafię się jej oprzeć. Dlaczego? Bo jest godna podziwu! To nie żadne obrażanie samego siebie, a jedynie rozsądna autoanaliza. Stwierdzenie głupoty nie jest tu obelgą. Człowiek ów po prostu wie, że jest głupi (przynajmniej w sensie szkolnym) i temu nie zaprzecza. Wierzę, że autor tych słów (zdaje się, że kuzyn K. Vonneguta Jr.) posiadał liczne zalety, którymi nadrabiał brak pojętności. Wśród nich na pewno znalazła się zdolność do samokrytyki. WIN_20160826_00_06_29_Pro (2)

Trzeba wiedzieć, co jest w nas okej, a co nie.

Tak, samokrytyka. Zdolność do niej to coś pięknego. Nie jest łatwa (wiem o tym doskonale!), ale bardzo potrzebna. W dodatku łączy się ściśle z innym talentem, a mianowicie zdolnością do dostrzegania własnych słabości.

I teraz uwaga: nie wpadnijcie w pułapkę! W tym miejscu możecie sobie pomyśleć: „Aha, nic nowego. Trzeba poznać własne słabości, przyznać się do nich przed sobą samym, a potem zacząć z nimi walczyć”. Cóż, czasem tak bywa, ale czasem lepiej odpuścić. Jasne, warto próbować wyplenić złe nawyki, odrzucić uzależnienia i pokonać lenistwo. Tyle tylko, że jednocześnie należy pamiętać, że każdy z nas ma pewne ograniczenia, których nie przeskoczy.

Syn z przytoczonego dialogu nie stanie się mądry za dotknięciem magicznej różdżki. Może włożyć dużo pracy i nieco poprawić oceny, być może nawet brylować w pewnych dziedzinach, ale nie zostanie prymusem i orłem z wszystkiego. Przeciętny człowiek może pracować nad swoją kondycją fizyczną, ćwiczyć sprawność i wytrzymałość, ale Usaina Bolta nie wyprzedzi. Ba, nie zejdzie nawet poniżej 10 sekund na setkę! Ja mogę się bardzo starać, ale nigdy tak naprawdę nie pojmę fizyki kwantowej, innych zagadnień, które rozumie większość studentów politechnik oraz fenomenu Pokemon Go. Z drugiej strony mnóstwo ludzi mimo gruntownej edukacji nie potrafi w ogóle korzystać z interpunkcji, ortografii i gramatyki (wiem, w tym tekście też pewnie są błędy, ale mam nadzieję, że nie krytyczne) ani nawet wykonywać podstawowych operacji matematycznych. Ale wiecie co?

To nic nie szkodzi! No dobra, troszkę się zagalopowałem z tym ostatnim przykładem, bo jednak pewne podstawy warto by znać, ale mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Nikt nie musi umieć wszystkiego. Co więcej, nikt nie jest w stanie umieć wszystkiego! Dlatego nie można się przejmować tym, że po prostu do czegoś nie ma się predyspozycji.

Widzę to tak: wśród różnych filarów sukcesu (definiowanego niemal dowolnie) należy wyróżnić dwa. Pierwszy to świadomość własnych talentów. Trzeba wiedzieć, co się umie, w czym jest się dobrym i jak to można wykorzystać. W ten sposób można ustalić, w którą stronę się kierować, w czym będzie się nam najlepiej wiodło lub gdzie będzie z nas największy pożytek (jeśli ktoś lubi takie altruistyczne spojrzenie).

Drugi filar to właśnie świadomość własnych słabości. Nie chodzi o te dziedziny, w których nam nie idzie, bo włożyliśmy w to za mało pracy, ale o te, gdzie po prostu dysponujemy jedynie antytalentem. Można próbować coś poprawić, pewnie, ale często nie warto marnować energii, czasu, a często także pieniędzy. Lepiej jest zagospodarować je rozsądniej, tam, gdzie mamy większą szansę na spektakularny efekt. Po prostu.

Dlatego wyluzujmy. Wszyscy.

Aha, jest jedna rzecz, która może skłonić do działania w danej dziedzinie mimo antytalentu: pasja. Ale to temat na inną bajeczkę.

Muzyką na dziś niech zajmie się Hans Solo we własnej osobie:

P S Przemyślenia, zażalenia, skargi, raporty, wyznania miłości, komentarze, cokolwiek?

Offline? Dziękuję, nie skorzystam!

Na początek: grrrr! Wstęp miał brzmieć troszkę inaczej, ale złośliwość losu sprawiła, że zniknął. Spróbujmy jeszcze raz. Zatem…

XXI wiek. Żyjemy jak w Matriksie, wszyscy podłączeni do sieci. Z odpowiednich urządzeń korzystają wszyscy, choć każdy w innym stopniu. Jedni mniej, inni więcej. Mi czasem zarzuca się, że za dużo czasu spędzam z laptopem na kolanach czy telefonem lub innym gadżetem w ręku.

To poniekąd prawda. Korzystam z tych sprzętów sporo. Nieprawdą i nierozsądnym zarzutem byłoby jednak stwierdzenie, że za dużo czasu poświęcam aktywności, jaką jest użytkownie komputera i pokrewnych mu bajerów. Można takie zdanie od razu zesłać w głębiny Tartaru z prostego powodu. To nie jest aktywność. Laptop i inne sprzęty to tylko narzędzia. Korzystam z nich, wykonując te czynności, które inni przeprowadzają inaczej, ale czasem po prostu w mniej wygodny sposób.

Ktoś czyta gazetę lub ogląda film w telewizji, a ja o tym, co się dzieje w świecie, dowiaduję się z internetowych serwisów informacyjnych, Interesujące mnie produkcje także poznaję dzięki sieci. Poczytać książkę czy zagrać w coś też mogę przed ekranem o przekątnej kilkunastu cali, a czasem nawet mniejszym, ledwie kilkucalowym. Zdarza mi się dokształcać przy pomocy laptopa, chociażby oglądając youtube’owe poradniki czy robiąc kursy językowe. Ba z komputerem w ogóle bywa łatwiej, bo zamiast na przykład kontaktować się z ludźmi przez telefon, nie wspominając o poczcie, często wygodniej jest użyć któregoś z licznych komunikatorów! Zdarza się, że w ten sposób można się szybciej porozumieć, a oprócz tego skorzystać także z transmisji wideo oraz na bieżąco przesyłać zdjęcia czy inne istotne pliki. Coś pięknego!

Sporo korzystam z laptopa i innych urządzeń z dostępem do internetu. Wielu ludzi tak robi, ale niewykluczone, że i tak jestem powyżej średniej. To nic, bo to naturalne. Te sprzęty mają coraz większe możliwości i po prostu łatwiej jest korzystać z nich w rzeczach, które i tak zawsze się robiło. Postęp, znak czasu, nazwijcie to jak chcecie. Dość częste wpatrywanie się w niewielki ekran jest normalne. Nikt nie powinien mieć z tym problemu. Ja nie mam.

komp

Sprzętowe prosperity. Dobre czy złe?

Problem oczywiście może się pojawić. To nie tak, że gloryfikuję korzystanie z tego typu sprzętu i pochwalam je bezgranicznie. Nie. Jeśli zdarza Ci się przedkładać ślęczenie przed komputerem nad spotkanie ze znajomymi „na żywo”, to jeszcze nie jest tak źle. Jeżeli jednak z zasady wolisz spędzać czas przed ekranem niż spotykać się z ludźmi, coś tu jest nie tak. Jeśli nie masz znajomych (ci z forów i czatów, z którymi nigdy się nie spotkałeś, w tym przypadku się nie liczą!), bo non-stop wgapiasz się w wyświetlacz, coś tu jest już bardzo nie tak. Słowo „problem” powinno na dobre zagościć w Twoim słowniku, najlepiej poprzedzone słowem „mam„.

To na szczęście mnie nie dotyczy. Jeśli mam możliwość spotkania się ze znajomymi, z radością zamykam laptopa i wychodzę, kierując się ku ustalonemu miejscu. Jest jednak jeszcze jedna kwestia, która niestety czasem mnie dotyka. To szukanie zajęć w sieci lub po prostu w pamięci urządzenia na siłę, choć mogłoby się w tym czasie robić coś innego, pożyteczniejszego. Mógłbym na przykład czytać tę książkę, którą już raz prolongowałem, a sięgam po nią ledwie raz na kilka dni. Zamiast tego wolę często grać w jakąś głupią grę (bo w mądre mogę bez wyrzutów sumienia, to co innego!) lub przeglądać kolejną stronę z memami, oglądać mniej lub bardziej udane produkcje YouTuberów czy robić coś innego podobnie wątpliwej jakości.

Staram się z tym walczyć. Nie zaglądam już na Piekielnych, Mistrzów, Demoty, Komixxy, Joe’a i parę innych stron. Ograniczyłem liczbę takich portali do dwóch, ale teraz na stałe próbuje wedrzeć się trzeci. Nie ma lekko. Czasem patrzę na zegarek i zastanawiam się, jakim cudem zmarnowałem tyle czasu. Ciągle jednak stawiam opór. Życzcie mi powodzenia.

Także i ja go Wam życzę, bo na pewno wśród czytelników są tacy, którzy głupio trwonią czas przed ekranami. To nie tak, że nigdy nie można pozwolić sobie na jakieś guilty pleasures (wiem, że nie powinienem pisać tego po angielsku, ale ostatnio trafiłem na to sformułowanie w jakimś wywiadzie i nie potrafiłem się teraz powstrzymać). Po prostu trzeba wiedzieć, kiedy ma się na głowie ważniejsze lub ambitniejsze rzeczy. Pamiętajcie, że samo spędzanie czasu przed komputerem czy smartfonem, nawet w dużych ilościach, nie jest jeszcze złe. Istotną kwestią jest to, co się przy nich robi. I tyle

Akcenty muzyczne będą dwa, a to dlatego, że oba są fenomenalne i nie potrafię się zdecydować na jeden. Na pierwszy ogień zespół, na który trafiłem właśnie dzięki przesiadywaniu przy komputerze (wujek YouTube poleca!), choć nie jestem pewien, czy pierwszy raz nie usłyszałem ich w Muzyce Miasta Muzyki prowadzonej w Radiu Katowice przez Miuosha (też odsłuchiwanej przez komputer). Oto oni:

Na drugi ogień, jeśli mogę się tak wyrazić, coś, co być może znacie, a wykonawcę znacie na pewno. Głośno mówię, że za nim nie przepadam, ale akurat od tej piosenki nie potrafię się uwolnić. Bardzo proszę:

P S Testuję nowe (przynajmniej dla mnie) technologie, więc teraz możecie mnie znaleźć także na Snapchacie. Mój nick tamże to: @cgdenys.

Citius-Altius-Fortius! Szlachetne igrzyska vs szara rzeczywistość…

Igrzyska olimpijskie. Tegoroczne powoli dobiegają końca, więc najwyższa pora coś o nich wspomnieć. Ta wspaniała impreza sportowa ma promować współzawodnictwo, braterstwo narodów, międzynarodową przyjaźń i tak dalej. No właśnie. Brzmi pięknie i podniośle. Tyle tylko, że niekoniecznie rzeczywiście tak jest. Szlachetne ideały to jedno, a szara rzeczywistość to osobna kwestia.

Pomijam już różne zachowania samych sportowców i działaczy, skandale dopingowe, niepodawanie sobie rąk przez przedstawicieli państw będących w złych stosunkach, przestępstwa związane z dystrybucją biletów, problemy organizacyjne i zwykłą ludzką zawiść. To zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, było. Ludzie są przecież tylko ludźmi i mają swoje słabości. Zresztą na miejscu większość zainteresowanych przez całe igrzyska żyje w sporym stresie. Już trudno.

ground-1585817_1280 (1)

Świat zjednoczony pod kołami olimpijskimi.

To, co naprawdę jest mi solą w oku, to postawy tych, którzy stanowią przytłaczającą większość zajmujących się owym wydarzeniem, czyli zwykłych kibiców, w dodatku takich, którzy zmagania w Rio śledzą tylko przed ekranami swoich telewizorów lub komputerów.

Cóż, mogę się jedynie wypowiadać na temat Polaków. Nie wiem, czy mieć nadzieję, że inne nacje postępują podobnie, czy też wręcz przeciwnie. Jeśli bowiem inne narody postępowałyby podobnie jak nasz, źle to świadczy o całym gatunku ludzkim. Gdyby z kolei zachowywały się inaczej – tworzy to nieprzyjemny obraz nas, Polaków.

Zaraz, ale dlaczego?! Co w ogóle mam na myśli? Samo kibicowanie, które chyba jednak niestety trzeba nazwać „kibicowaniem po polsku”. Mam wrażenie, że wśród naszych rodaków mało kto czuje związek z hasłem „dumni po zwycięstwie, wierni po porażce”.

W sieci więcej jest narzekania na tych, którzy i tak osiągnęli dużo, w ogóle pojawiając się w Rio, a nawet tych, którzy już tam zaszli daleko, niż radości z polskich medalistów. Więcej jest szyderstw i głosów, że ten czy tamten mógł w ogóle do Rio nie jechać, niż słów wsparcia. A przecież każdy ze sportowców na igrzyskach daje z siebie wszystko. Szczerze w to wierzę. Każdy robi, co może, ale bywa, że innym idzie lepiej. Po prostu. O to nie można mieć do sportowców pretensji. W każdej konkurencji startuje sporo ludzi, a zwycięzca może być tylko jeden. Medalistów trzech. Żal do polskich sportowców, że nie udało im się znaleźć w tej wąskiej grupie, jest śmieszny i głupi. Poza tym znaczna część tych, z którymi nasi przegrywali, miała do dyspozycji większe budżety, bardziej rozbudowane sztaby przygotowawcze i tak dalej, i tak dalej. Jasne, że to nie gwarantuje wygranej, ale na pewno pomaga.

Z tym „mogli w ogóle nie jechać” wiąże się jeszcze jedna kwestia. Dla zawodnika liczy się zwycięstwo. To oczywiste. Nawet srebrny i brązowy medal, choć naprawdę imponujące, mogą być w pewnym sensie porażkami. Tak naprawdę istotą sportu jest jednak ciągły rozwój, walka z sobą i pokonywanie własnych ograniczeń. Zawsze. To jest najważniejsze. Ponadto, gdy mówi się o igrzyskach olimpijskich, trzeba pamiętać, że to szczególna impreza sportowa. Chodzi o ducha współpracy, międzynarodowej jedności. Wysłanie reprezentantów kraju, choćby nawet mieli przegrać, jest dołączeniem do tego globalnego święta. Poza tym bez przegranych nie ma zwycięzców.

i jeszcze jedna sprawa. Święte oburzenie, że taka duża reprezentacja, a tak mało medali. Bzdura. Każdy z odrobiną zdrowego rozsądku mógł wiedzieć, że ich liczba będzie oscylowała w tych granicach. Na trzech kolejnych igrzyskach (Ateny, Pekin, Londyn) było ich tyle, ile w tym roku mamy na chwilę obecną. Niewykluczone więc, że nieco poprawimy ten rezultat. Na pewno nie będzie gorzej. Tu pojawia się argument, że przecież powinno być znacznie więcej, że dziennikarze pompowali balonik, podgrzewali atmosferę. To także bzdura. Piszący o sporcie twierdzili, że konkretni zawodnicy mają szanse, mają duże szanse lub są faworytami. I to wszystko w zasadzie było prawdą. Tyle tylko, że sport bywa kapryśny. Pojedynczy turniej to śliska sprawa. Niektórych szans po prostu nie udaje się wykorzystać, mimo szczerych chęci. Bywa też tak, że ktoś jest w życiowej formie, osiąga fantastyczny wynik, ale pojawiają się tacy, którzy mają jeszcze lepszy dzień. Bywa.

A faworyci? Jeśli ktoś jest aktualnym mistrzem Europy i świata, a przeciwnicy w zasadzie zazdroszczą mu każdego rezultatu, to jest faworytem. Jeżeli nagle doznaje dotkliwej porażki już na początku, to jest to dla niego wystarczające cierpienie. Nie trzeba mu jeszcze dokładać okrutnymi szyderstwami. Brutalność sportu wystarczy.

Szanujmy się i naszych sportowców. Po prostu. Igrzyska to czas radości, a nie złośliwości. Gdy się skończą, będzie trzeba wyciągnąć wnioski, ale nie na gorąco, obwiniając siebie nawzajem, a raczej z chłodną głową. I tyle.

Coś muzycznie motywującego:

P S Najciekawsza konkurencja na igrzyskach wg Was to…?

„Chcę wiedzieć”, czyli o tym, dlaczego niektórzy uznaliby mnie za kujona!

Czytałem ostatnio w Polityce notatkę na temat potencjalnych akcji antynikotynowych w Chinach. Było między innymi o tym, że Xi Jinping, przewodniczący ChRL, nie pali już od 30 lat, a także o tym, że jest on najsilniejszym przywódcą tego kraju od czasu Mao (Zedonga, Tse-tunga czy jeszcze inaczej – gdyby ktoś nie wiedział). Uwagę zwróciłem zwłaszcza na to ostatnie. Po chwili namysłu uznałem, że nie przypominam sobie żadnych innych rządzących tym krajem, zwłaszcza z czasów nowszych. To o tyle dziwne, że wiedziałem przecież, iż obecny przewodniczący ChRL nie piastuje tej funkcji długo. Pamiętałem, że nie tak dawno, również w Polityce, czytałem artykuł o przetasowaniach wśród chińskich władz, gdy było już niemal pewne, iż właśnie Xi Jinping obejmie kluczowe stanowisko, ale jeszcze to nie nastąpiło.

Zadałem sobie pytanie, jak długo w takim razie ów mężczyzna pełni najważniejszy urząd w Państwie Środka. Nie wytrzymałem. Musiałem sprawdzić. Od 2013 r., gdyby ktoś był zainteresowany.

Rzecz w tym, że jestem przekonany, iż większość ludzi w ogóle nie zadałaby sobie takiego pytania. Liczna grupa z kolei może i by się nad tym zastanowiła, ale szybko machnęła na sprawę ręką. Jedynie skromny wycinek ludzkości pofatygowałby się, żeby znaleźć pożądaną odpowiedź. To o tyle zabawne, a może raczej smutne, że dostęp do wiedzy jest dzisiaj łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wystarczy kilka kliknięć, przewertowanie kilku stron i już można cieszyć się potrzebnymi informacjami.

Jasne, mnóstwo danych jest niedostępnych dla przeciętnego śmiertelnika. Rządy, korporacje, agencje wywiadu itd. nie wszystko chcą ujawniać. To fakt. Nie w tym jednak rzecz. Jak najprędzej uciekam od tego tematu, by nie brzmieć jak jakiś maniak teorii spiskowych. Pewnie, że ci, którzy mają władzę, mają swoje sekrety,ale… Dobra, dość o tym!

biblioteka

Wikipedia? Niekoniecznie.
To przecież nie jedyna możliwość!

 

Wróćmy lepiej do mnie. Chcę wiedzieć. Gdy słyszę o czymś nowym, zaczynam zgłębiać temat. Nie każdy i nie zawsze, bo przecież niektóre zagadnienia już od początku mnie nie interesują, ale stosunkowo często.  Nie muszę też poznawać zagadnienia od razu, bo, jak już pisałem wielokrotnie, moja pamięć to kapryśne stworzenie i czasem zapominam o interesującej mnie kwestii, ale ona niemal zawsze wraca. Zaczynam o czymś czytać na przykład na Wikipedii (choć ostatnio wcale niekoniecznie) i kończę co najmniej kilka stron dalej, przy zupełnie innym pojęciu. Tak już mam. Od dawna. Po prostu niedawno zacząłem na to zwracać uwagę.

Wiem, że niektórzy z Was mogą w tym, o czym piszę, nie widzieć niczego niezwykłego. Dla niektórych pewnie to także chleb powszedni. Uwierzcie jednak, że są ludzie, którzy nie zastanawiają się nad niczym. Nie chodzi przecież o to, żeby analizować dosłownie każdy fragment rzeczywistości (to bardziej moja skala), ale tak zupełnie nic? A jeśli nawet coś by ich zastanowiło, to nawet kilka kliknięć jest dla nich już za dużym wysiłkiem. Własne pytania pozostawiają wiec bez odpowiedzi. Nawet na tyle im na nich nie zależy. To… Nie wiem, aż brakuje mi epitetów! Chyba zwyczajnie smutne…

Ktoś mógłby zapytać, do czego może się przydać taka wiedza, mniej lub bardziej ogólna. Poza krzyżówkami i ewentualnymi udziałami w teleturniejach oczywiście. Do tych drugich zresztą nawet się nie zgłaszam, świadom, iż na to moja wiedza jest jeszcze za mała. Cóż… To zabrzmi okropnie, ale… Cały ten proces poprawia moje ego. Lubię być dobrze poinformowany, orientować się, znać fakty, rozumieć podstawy. Poza tym głęboko wierzę, iż ten „pęd do wiedzy” (choć to może nazbyt eufemistyczne określenie), ułatwi mi życie, a nawet już to robił. Dzięki niemu nauka, a wierzę, że także pewnego rodzaju praca, przychodzi łatwiej. Nie muszę wyuczać się faktów czy poznawać zjawisk tępo, na pamięć, bo po prostu chcę je zrozumieć. Zatem próbuję. Staram się.

Aha, przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz. Nie lubię robić z siebie głupka, za to doceniam prowadzenie dyskusji. Tymczasem to drugie bez odpowiednich danych nieuchronnie prowadzi do tego pierwszego. Z kolei nieustanne sprawdzanie potrzebnych informacji byłoby dość uciążliwe. Ciągłe powiększanie swojej wiedzy, a przez to stałe jej posiadanie na poziomie choć trochę wyższym od zera sprawia, że nie trzeba pozyskiwać danych na gwałt, a jednocześnie można uniknąć przynajmniej części kompromitacji. Ma się możliwość zabrania głosu, nie obawiając się o wielki blamaż. To wręcz zachwycający komfort psychiczny! To pewnie także jeden z motywatorów.

Zastanawiałem się nad jakąś puentą dla tego wpisu, ale niemal nic nie przychodzi mi do głowy. Może jedynie to, że jeżeli czujecie ten „pęd do wiedzy” i zastanawialiście się czy to coś niepożądanego, to odpowiedź brzmi: nie. To całkowicie w porządku. Przynajmniej według mnie.

A jako akcent muzyczny coś takiego:

Bo mogę.

P S A Wy, chcecie wiedzieć?

Czas stop!

W pewnym uproszczeniu w matematyce rozróżnia się dwa rodzaje zjawisk: ciągłe i dyskretne. Tłumacząc na ludzki, ciągłe to mniej więcej takie, które dzieją się nieprzerwanie, przy których można znaleźć dwa punkty dowolnie blisko siebie itd. Z kolei dyskretne to te, przy których liczba wszystkich możliwości jest skończona lub przeliczalna, co oznacza, że spokojnie można wskazywać poszczególne ewentualności oraz je numerować. To uproszczone wyjaśnienie, do którego każdy znający się na rzeczy miałby zapewne jakieś zastrzeżenia. To jednak nieistotne. Kluczowe pytanie na dziś brzmi: nasze życie jest ciągłe czy dyskretne?

Z czysto naukowego punktu widzenia odpowiedź zapewne jest prosta: ciągłe. Przecież wszelkie procesy życiowe trwają nieprzerwanie (na ogół). Weźmy jednak pod uwagę naszą percepcję, odczucia i pamięć. To, na co zwracamy uwagę. Czy odpowiedź nadal brzmi tak samo? Niekoniecznie. Rysiek Riedel śpiewał, że „w życiu piękne są tylko chwile”, a Magik rapował, iż „życie nasze składa się z krótkich momentów”. Mogą mieć rację.

HPIM5754Najlepsza marmolada. Najlepsze śniadanie.
Fantastyczny moment.

Rzecz w tym, że może nasze żywoty nie składają się wyłącznie z niezwykłych chwil, ale to je zapamiętujemy. Na nie zwracamy uwagę. A przynajmniej tak powinno być.

Pocałunek na szczycie Wieży Eiffla. Obrona licencjatu. Noc spadających gwiazd. Taniec po zmroku na scenie pustego amfiteatru gdzieś w parku. Odśpiewanie hymnu na domówce po zwycięstwie nad Niemcami w el. Euro 2016. Podziwianie woodstockowego pola ze wzgórza ASP. Widok latających balonów nad Alpami. Opublikowanie pierwszego artykułu w gazecie pod własnym nazwiskiem. Ten moment, gdy po kilku godzinach wiszenia na barierce i umierania z pragnienia podczas kolejnych koncertów na scenie pojawia się wyczekiwany wokalista i można go zobaczyć z bliska. Ujrzenie z gibraltarskiej skały wybrzeża Afryki po drugiej stronie cieśniny. Pierwszy lot samolotem. Bułeczki maślane z marmoladą pomarańczową na śniadanie na brzegu szwedzkiego klifu. Pogo na osiemnastce. Powroty nad ranem do domu po całkiem niespodziewanych imprezach. I tak dalej, i tak dalej.

Dzieje się mnóstwo rzeczy godnych zachwytu. Trzeba tylko zwrócić na nie uwagę. Zatrzymać na chwilę czas. Spojrzeć inaczej. Zapamiętać światło, widok, dźwięk, zapach, własne odczucia. Wszystko. Utrwalić w pamięci całą scenę. Dokładnie, żeby powstałe wspomnienie nigdy nie wyblakło. Właśnie dlatego, że liczą się tylko takie, wyjątkowe momenty. To, co jest pomiędzy nimi, to tylko wypełnienie. Musi istnieć i jest ważne, bo prowadzi właśnie do tych nadzwyczajnych chwil. Ale tylko one nadają życiu wartość.

Sami decydujemy, które sytuacje mają aż takie znaczenie. Może też nie do końca, bo czasem nagle zaczynamy się rozglądać tak, jakbyśmy do tej pory byli ślepi, a bezgraniczny zachwyt powoduje, że możemy tylko szepnąć „łał”. Żeby to się jednak stało, trzeba trochę zwolnić. Na jakiś czas zmniejszyć tempo naszego życia, uwolnić umysł od wszystkich trosk, rozważań, zagwozdek i po prostu chłonąć rzeczywistość. Wszystkimi zmysłami. Naprawdę warto.

Muzyka na dziś to wspomniane już to:

i to:

P S A jakimi chwilami Wy się zachwyciliście? Kiedy liczył się dla Was tylko trwający moment? Podzielcie się!

Kosmiczne mądrości.

5 seriali, 13 filmów pełnometrażowych. Łącznie jakieś 707 epizodów. Do tego serial animowany, fanowskie produkcje, parodie i inne. Ogarnąć to wszystko wydaje się niemożliwością, a jednak są ludzie, którym udała się ta sztuka. Nie należę do nich. Jeszcze. Do tej pory pochłonąłem 2 seriale i pracuję nad trzecim. Do końca daleko, ale to już coś.

O co chodzi? Odpowiedź to Star Trek, rozległa saga o podróżach międzygwiezdnych. Powoli dochodzę do wniosku, że to najlepsza seria produkcji fabularnych w ogóle. Zanim ktoś oburzony wda się w agresywną polemikę, spróbuję wyjaśnić, dlaczego tak uważam.

Nie chodzi tu wcale o nad wyraz wciągającą, zaskakującą czy trzymającą w napięciu fabułę. Nie. Ta bywa naprawdę interesująca, ale przy ogromie całości pojawiło się też oczywiście sporo spokojniejszych, a nawet nudniejszych epizodów. Wielkość Star Treka nie bierze się też z walorów estetycznych, wizualnych. Nie chodzi o doskonałe ujęcia, kadrowanie, fantastyczny montaż czy zachwycające efekty specjalne. Wszystko zawsze trzymało poziom, przez pięćdziesiąt lat emisji ubarwianie obrazu podążało za postępem technologicznym, ale znalazłyby się pewnie produkcje bardziej spektakularne pod tym względem. Dlaczego więc Star Trek jest najlepszy?

startrek
Kadr z serialu „Star Trek: Enterprise”.

Fabuła lwiej części epizodów opiera się na przygodach ludzi, przy zmiennym wsparciu innych ras przemierzających kosmos, „by poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji”. To daje fantastyczne możliwości! Eksplorujący odwiedzają nowe światy i poznają ogrom obcych ras, chociażby Wolkan, Romulan, Klingonów, Andorian, Ferengich, Denobulan. To ledwie maleńki ułamek, a każda z nich wyznaje inną filozofię, jest określana przez odmienne cechy charakteru, posiada niepowtarzalną kulturę. Ponadto rasy różnią się samym wyglądem, różnymi cechami biologicznymi, metodami reprodukcji, możliwościami.

To wszystko stanowi rewelacyjną bazę do ilustrowania poważnych problemów i wyzwań, z którymi już w tej chwili zmaga się ludzkość i takich, którym być może będzie trzeba stawić czoła w przyszłości. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście rasizm. Nieufność wobec istot z innych planet jest w Star Treku bardzo częsta. Pojawia się także sprawa nienawiści przenoszonej z pokolenia na pokolenie, powodowanej zaszłościami historycznymi. Są wątpliwości, czy można się mieszać w rozwój technologiczny innych ras lub ingerować w ich kulturę. Bohaterowie stają przed dylematami moralnymi, musząc na przykład zdecydować, czy wydać uchodźców, czy ich ocalić, ryzykując wybuchem wojny z wrogim mocarstwem. Zastanawiają się, czy mają prawo mierzyć innych swoją miarą. Czy to, że czyjeś prawa wydają im się nazbyt surowe lub po prostu niesprawiedliwe jest wystarczającym powodem do potępienia? Czy można ratować kogoś wbrew jego zgodzie? Jak narzucić obcym własne priorytety, skoro od tysiącleci wychowywano ich inaczej? Co jest lepsze: zadbanie o jednostkę czy utrzymanie dobrych stosunków z całą cywilizacją? Może jednak w ogóle się nie mieszać?

To tylko część kwestii, z którymi muszą się mierzyć kolejni bohaterowie, a wśród nich przede wszystkim dzielni kapitanowie, bo to do nich na ogół należy ostateczna decyzja. Są jednak jeszcze indywidualne problemy wykreowanych postaci. Ekspedycje odkrywców zazwyczaj trwają długo, miesiącami lub nawet latami. Pojawia się kwestia samotności, tęsknoty za domem. Wieści docierają z opóźnieniem, nie jest się przy bliskich w trudnych momentach, w chorobie czy na łożu śmierci. Trudno nawiązać nowe relacje, bo poznanych gdziekolwiek osób najprawdopodobniej nie zobaczy się już nigdy więcej. Może się to zdarzyć, ale jest bardzo mało prawdopodobne. Przemierzając galaktykę widzi się mnóstwo wspaniałości, ale niekoniecznie te i tych, których by się chciało. W zamkniętej przestrzeni statku obcuje się głównie z innymi członkami załogi i, chcąc nie chcąc, to z nimi trzeba układać sobie dobre relacje, nawiązywać przyjaźnie. Bez tego jest naprawdę ciężko.

Star Treku najpiękniejsze jest to, że niemal każdy odcinek skłania do przemyśleń. Nie chciałbym przeżywać takich dylematów, jakie mają przed sobą bohaterowie serialu, ale pokusa, by zastanowić się „co ja bym zrobił?” jest silna. Naprawdę. Spróbujcie oglądać Star Treka. Nie zrażajcie się otoczką, która może Wam nie odpowiadać. Podejdźcie do tego w odpowiedni sposób. Pomyślcie, co muszą przeżywać bohaterowie tak daleko od Ziemi. Tak, jak sądzę, będą się czuli ludzie za kilkadziesiąt czy kilkaset lat.

Przez lata emisji fabuły kolejnych epizodów były odzwierciedleniem problemów, z którymi zmagała się nasza cywilizacja. To widać. Czasem nawiązania były nazbyt oczywiście. Ale to dobrze. Dzięki temu można spojrzeć na ludzkie problemy z innej perspektywy.

Na dziś kosmiczna piosenka w kosmicznym wykonaniu:

P S W Star Treku miejscami pojawiają się też zagadnienia dotyczące wszechmocy czy wszechwiedzy. Bardzo ciekawe. Ale to już osobna kategoria.

Zły czas.

Wąsy Jana śmiało wparowały do pokoju. Zaraz za nimi podążył sam Jan. Zawsze kroczył tuż za nimi. Jednakże w przeciwieństwie do innych wąsaczy nie robił tego z tak błahego powodu jak ten, że wąsy te były przytwierdzone do jego twarzy. Nie. Jan podążał za nimi, bo bardzo tego chciał. Jego wąsy miały prawdziwą charyzmę. To nie były zwykłe wąsy, ale Wąsy, koniecznie przez wielkie W. Czarne, gęste, bujne. Imponowały, zwracały uwagę, przyciągały wzrok. Okulary w cienkich, drucianych obrazkach, ciemny, nieco staromodny płaszcz i zegarek na łańcuszku tylko dopełniały całości.

W innych czasach Wąsy Jana zapewne nie byłyby tak charakterystyczne. Przeciwnie, byłyby zwyczajne, może nawet pospolite. Jego strój także nie zwracałby uwagi. Doskonale wpasowałby się w tłum innych, równie eleganckich dżentelmenów, dumnie kroczących brukowanymi ulicami, przesiadujących w zadymionych salach klubowych czy z podekscytowaniem obserwujących kolejne gonitwy na Służewcu czy gdziekolwiek indziej.

Jan wiedział, że nie pasuje do swoich czasów. Zdawał sobie sprawę z tego, że w innych odnalazłby się znacznie lepiej. Co jednak mógł zrobić? Podróży w czasie nikt do tej pory nie wynalazł (a przynajmniej nic o tym nie wiadomo), a Jan chciał pozostać sobą. Nie miał zamiaru zmieniać się tylko ze względu na czasy.

graffa
Ciekawe, ile osób utożsamiłoby się z takim,
miniętym na ulicy graffiti?

A Wy? Czujecie się czasem jak Jan? Miewacie wrażenie, że urodziliście się w złych czasach? To całkiem możliwe. Niewykluczone też, że nigdy się nad tym nie zastanawialiście. Inni jednak drążą ten temat. Pojawia się w wielu miejscach i chyba najczęściej towarzyszy mu uczucie rozgoryczenia. Przyjrzyjmy się temu bliżej…

Pierwszy przykład z brzegu: mnóstwo popularnych memów mówiących mniej więcej o tym, że urodziliśmy się za późno, by odkrywać nowe lądy, za wcześnie, by eksplorować kosmos i w sam raz, by odkrywać Internet. To po pierwsze: słaba perspektywa, a po drugie: niestety prawda. Marzenia o wielkich odkryciach możemy wsadzić sobie w… No, możemy je odłożyć na bok! Wielkie przygody i nieznane ziemie to przeszłość i być może przyszłość, ale z pewnością nie teraźniejszość. Niestety.

Z kolei Tyler Durden w miejscu, którego pierwsze dwie zasady zabraniają o nim mówić, powiada, że nie mamy celu ani miejsca. Nie mamy Wielkiej Wojny, ani Wielkiego Kryzysu. Naszą Wielką Wojną jest wojna duchowa. Nasz Wielki Kryzys to całe nasze życie. I to też może być prawda. Nasz czas jest pusty. Brakuje czegoś, do czego można by się odnosić. Brakuje wydarzeń, które poruszałyby wszystkich. Bo Pokemon Go zdecydowanie do tego nie zaliczam…

Łatwo czuć się nieswojo w naszych czasach. Mnóstwo ludzi wolałoby zdobywać Australię z Jamesem Cookiem, podbijać świat z Dżyngis-Chanem, obserwować budowę zachwycających piramid, stąpać po Srebrnym Globie z Buzzem Aldrinem (a co, dość hegemonii Armstronga!) czy przemierzać kosmos pod dowództwem kapitana Picarda lub w inny sposób cieszyć się przyszłością. Przynajmniej coś by się działo. Tęsknota za przygodą jest silna…

Ale czy XXI w. to naprawdę taki zły czas? Paradoksalnie mamy w nim więcej możliwości niż kiedykolwiek wcześniej. Teraz zwykły sprzedawca w dyskoncie, aptekarz czy szeregowy pracownik korporacji mogą w jedne wakacje zobaczyć więcej niż kiedyś książęta oglądali przez całe swoje życie. A większość żyjących współcześnie w przeszłości wcale nie byłaby książętami… Możliwości są wielkie, większe niż kiedykolwiek.

Pewnie z czasem będą jeszcze rosły. Więc jednak! Może nie urodziliśmy się za późno, ale z pewnością za wcześnie! Lepiej byłoby w przyszłości. Czyżby? Z nią z kolei jest tak, że jest bardzo niepewna. Być może będzie polegała na wciągającej eksploracji kosmosu, ciągłym postępie nauki, nastaniu powszechnej szczęśliwości, ale równie dobrze, a może nawet z większym prawdopodobieństwem, może być tak, że przyjdzie permanentny kryzys, upadek cywilizacji i powolne oczekiwanie na śmierć. Możliwa jest także ciągła walka z jakąś realną wersją Skynetu. Ryzyko. Wcale nie wiadomo, czy narodziny za sto, dwieście, trzysta czy więcej lat rzeczywiście byłyby lepsze.

A zatem nawet jeśli czujecie się nieswojo, uważacie, że to nie Wasz czas, pamiętajcie: to najlepszy czas. Lepszy niż każdy, który był do tej pory i pewniejszy niż każdy, który nadejdzie. Poza tym w XXI w. piękne jest też to, że nawet jeśli wyglądacie, jakbyście się urwali z innej epoki (bo chcecie, bo tak Wam wygodnie, cokolwiek), raczej nic złego nie spotka Was z tego powodu. Oby.

A na odstresowanie zupełnie beztroski hit:

P S To tyle. Zapraszam na kolejne 84 lata XXI wieku.

Zgodnie niezgodni!

Dlaczego we wszystkich relacjach międzyludzkich pojawiają się tarcia? Niezależnie od tego, czy to związek, przyjaźń, znajomość służbowa, czy jeszcze coś innego, problemy się zdarzają. Jaka jest tego przyczyna? Bardzo prosta: różnica zdań!

Nawet jeśli zgadzacie się z kimś w wielu sprawach, na pewno są też takie, w których Wasze opinie są diametralnie różne. Nie wierzę, żeby było inaczej. Jeśli dwie osoby są zgodne zawsze i we wszystkim, to najprawdopodobniej jedna z nich jest nieszczera, być może zresztą w dobrych intencjach. Pełna zgodność jest po prostu niemożliwa. A dlaczego? Bo każdy człowiek jest inny! I to jest absolutnie normalne.

rece
Żeby móc podać sobie ręce,
trzeba najpierw dojść do porozumienia.

Rozbieżność opinii jest w porządku, ale mimo wszystko trzeba jakoś funkcjonować w otaczającej nas rzeczywistości. Czasem konieczne jest stworzenie wspólnego stanowiska, ustalenie jednej metody działania czy dokonanie wspólnego wyboru. I tu pojawia się jeden sposób, magiczne słowo-klucz: kompromis. Brrr, nie lubię tego słowa i przypuszczam, że nikt nie jest jego fanem. To naturalne, że każdy chce, żeby „wyszło na jego”. Ja też, pewnie nawet bardziej niż większość populacji. Tyle tylko, że nie zawsze się tak da.

Czasem trzeba pójść na ustępstwa. Zgodzić się na „coś za coś”. Jeśli jednego dnia obejrzę z dziewczyną fantastyczne Gwiezdne wojny, które jednak to ja chcę obejrzeć, to dzień później przyjdzie pora na zbyt poważny, przytłaczający film, który z kolei podoba się jej. Jeśli chcesz, żeby to Twój współpracownik pojechał na spotkanie z gburowatym klientem, to musisz w zamian na przykład sam dokończyć wspólny projekt. Tak już jest.

Naprawdę trzeba iść na ustępstwa. Wiem, że to trudne, sam bardzo tego nie lubię, ale nie ma innego wyjścia. Kompromis polega na tym, że nikt nie jest w pełni zadowolony, ale każdy coś zyskuje. Jeżeli jedna strona będzie bezustannie forsowała tylko swoje wizje, druga najprawdopodobniej w końcu straci cierpliwość i odejdzie, da upust swej frustracji lub będzie się mścić. Nie można do tego dopuścić.

Z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę, że nie zawsze można iść na kompromis. Bywa tak, że nasza moralność lub czyste wyrachowanie nie pozwalają nam pójść na żadne ustępstwa. Może się też zdarzyć tak, iż będziemy wiedzieć, że propozycja drugiej strony jest niekorzystna dla wszystkich, a nawet może mieć opłakane skutki. I co wtedy?

Trzeba stworzyć sobie solidną argumentację i spokojnie ją przedstawić. Dlaczego nasze podejście jest lepsze? Dlaczego pomysły drugiej osoby są niebezpieczne? Co powoduje, że nie możemy zaakceptować jego czy też jej idei? Musimy to powiedzieć, dokładnie wyjaśnić tak, żeby druga strona miała szansę nas zrozumieć. Suche „nie” na pewno nie wystarczy.

A co jeśli ktoś, mimo rzetelnego wyjaśnienia mu, dlaczego akurat tym razem Wy nie możecie ustąpić, nadal się upiera? Cóż, chyba też należy się uprzeć i po prostu robić swoje. Może będzie krzywo patrzył, może się zbulwersuje, ale, jeżeli gra jest warta świeczki, nie ma się co wahać. To kwestia priorytetów.

A w kąciku muzycznym odkurzam dziś piękno sprzed paru lat:

Czyli w skrócie: zawierajcie kompromisy, bo bez tego nie da się funkcjonować we współczesnym świecie. Z drugiej strony nie musicie tego robić zawsze. Czasem wręcz nie można iść na żadne ustępstwa. Pamiętajcie o tym!

Nadaj życiu kolorów!

W życiu każdego twórcy przychodzi taki czas, kiedy krucho jest z weną, pomysłami itd. Teraz to ja jestem tego ofiarą. Niestety mój żelazny, samemu sobie narzucony reżim każe mi coś dzisiaj opublikować. Na szczęście wrodzona inteligencja pomogła mi wymyślić sposób na wydostanie się z tej pułapki.

Znam innych blogerów. Zamiast więc samemu się wysilać i wymyślać na siłę coś, co pewnie byłoby bardzo słabe, po prostu nawiążę do twórczości kogoś z nich. Ha, taki ze mnie spryciarz! Tym razem padło na Stellę.

Stella napisała ostatnio taki oto tekst. Zanim więc ruszycie dalej z moim wpisem, najpierw przeczytajcie jej. Inaczej to nie ma sensu.

transform
Tytułowy proces. O, proszę!

Przeczytaliście? Świetnie. Jeśli jednak oszukujecie i wcale tam nie zajrzeliście, to: po pierwsze, jesteście bezczelni. Po drugie, jak sama Stella pisze, jej wpis ”ma na celu szkalowanie osób, które w wolnym czasie dostarczają sobie powodów do zmartwień, o których później będą mogli opowiedzieć rzeszy podobnych sobie – dotkniętych depresją, niezrozumianych przez los, obciążonych współczesną wersją fatum, załamanych, nieszczęśliwych, przegranych, smutnych, a dzięki temu wszystkiemu – jakże oryginalnych i wyjątkowych”.

Z powodu wrodzonego lenistwa (a tak naprawdę z zupełnie innych przyczyn) nie będę się odnosił do całości, a jedynie do końcówki, na którą składają się „3 powody przez które (prawdopodobnie) wpadłeś w „depresję”". Wg Stelli brzmią one następująco:
1) nie wiesz, czego chcesz od życia,
2) boisz się,
3) jest Ci wygodnie.

Oczywiście każdy punkt został rozwinięty w jej tekście (Widzicie?! Dlatego powinniście go przeczytać. Kto jeszcze tego nie zrobił, wracać tam!). Te rozwinięcia nie do końca mi odpowiadają, ale warto się z nimi zapoznać. Poza tym jeszcze w kwestii formalnej: przypuszczam, że Stella, podając te powody, chciała, żeby zadziałał mechanizm „już wiem czemu męczą mnie wielki smutek i przygnębienie, w związku z tym teraz przestaną mnie dręczyć”. Otóż to nie do końca tak działa. Znajomość przyczyn to jeszcze nie ich eliminacja.

Jak poradzić sobie z tymi powodami? Zakładając, że wszystkie trzy są prawdziwe, a moim zdaniem można przyjąć takie założenie, rzecz wcale nie jest prosta. Wszystkie siedzą w głowie, podobnie jak ten silnie eksponowany smutek. W związku z tym trzeba je pokonać właśnie na poziomie mentalnym. Należy zmienić własne podejście. Jak? Popatrzmy…

Nie wiesz, czego chcesz od życia? I to Cię smuci? Serio? Przecież to fantastyczna sytuacja! Skoro nie wiesz, czego chcesz, możesz próbować wszystkiego. Możliwości są nieskończone. Testuj, smakuj, eksperymentuj i po prostu po każdej próbie zastanów się przez moment, czy to było dobre dla Ciebie, podobało Ci się i czy chciałbyś iść dalej w tym kierunku. Jeśli tak, to rozwijaj się w tę stronę. Po prostu co jakiś czas dawaj sobie chwilę do namysłu, czy to nadal Cię pociąga. Znów, jeśli tak – super, jeśli nie – pomyśl, co się zmieniło, dlaczego nie jest już tak dobrze jak na początku, a potem albo coś z tym zrób, albo przerzuć się na inną dziedzinę. Nikt Ci nie zabroni. Stella w swoim rozwinięciu idzie bardziej w stronę konsekwencji czy też jej braku. I ponownie użyteczna jest chłodna refleksja. Może nie przykładasz się, bo tak naprawdę wcale Ci nie zależy? Jeżeli tak – porzuć temat czym prędzej, nie strzęp języka po próżnicy i pomyśl o czymś nowym. Jeżeli jednak nadal dana sprawa jest Twoim celem, to wbij sobie wreszcie do głowy, że bez ciągłej pracy nad nią nie osiągniesz wiele. No nie da się i już!

Boisz się? Cóż, to rzeczywiście przykre… Tyle tylko, że są dwie opcje: tkwisz w Twojej dotychczasowej, niezbyt ciekawej pozycji albo podejmujesz ryzyko i godzisz się, że przyjdą porażki. Mniejsze lub większe, ale przyjdą. Na pewno, bo bez nich nie ma sukcesu. Musisz więc zdecydować między bezczynnością a widmem klęski. Ale z tego, co zrozumiałem, to to pierwsze do tej pory wpędzało Cię w Twój opłakany stan.

Jest Ci wygodnie? No to fantastycznie! Wygoda to cenna rzecz. Są przecież nawet całe nurty filozoficzne, dla których wygoda jest jedną z podstawowych wartości. W czym więc problem? A, bo Tobie pewnie chodzi o to, że z tego „wygodnie” ciężko się przechodzi do robienia czegoś twórczego, realizacji pasji i tak dalej? No cóż, tu rozumowanie jest podobne jak przed chwilą. Masz do wyboru tkwienie w tej wygodzie lub podjęcie pewnych działań. Tyle tylko, że do tego momentu to pierwsze z nich wpędzało Cię w chroniczny smutek. Wybór wydaje się wiec oczywisty.

Te może nieco nieskładne rozwinięcia prowadzą do jednej konkluzji: tkwienie w pseudodepresji (nie mylić z prawdziwą!) doprowadzi Cię jedynie do dalszego w niej tkwienia. Do niczego innego. Z tego stanu trzeba wyjść samemu. Jeśli więc naprawdę chce się coś osiągnąć, należy wyjść ze strefy swojego komfortu, podjąć ryzyko i działać (a nie siedzieć i biadolić, że nic się nie osiągnęło). Trochę o tym piszę w moim poprzednim wpisie >>o, tutaj<<.

Na koniec podrzucam piosenkę zespołu, na którego koncercie byłem całkiem niedawno. O, proszę:

I to by było na tyle.