Co ja robię tu?!

Siedzę. Trwa wykład pierwszy, potem drugi, trzeci. Sobota. Próbuję notować. Czasem zdążę, czasem nie. Nigdy nie umiałem szybko tworzyć zapisków. Teraz piszę na laptopie, więc jest odrobinę lepiej, ale nie różowo. Zwłaszcza, gdy pojawi się jakiś schemat, tabela itd.

Próbuję słuchać, ale zazwyczaj funkcjonuje to wybiórczo. Nie potrafię zachować pełnego skupienia przez wiele godzin na kimś, kto po prostu mówi. Słucham więc przez kilka minut, a potem się wyłączam, na dłużej lub krócej. Po takiej przerwie znów przez chwilę przyswajam wiedzę, a następie ponownie na jakiś czas tracę koncentrację.

Zastanawiam się, co mi z tego przyjdzie. Będę miał jakieś tam notatki, pewnie, a to lepsze niż nie mieć ich wcale, ale, prawdę powiedziawszy, nie jestem zachwycony ich jakością. Są luki wynikające z nienadążania, skróty i skojarzenia, których potem, przed egzaminami, być może nie będę już w stanie rozszyfrować.

selfiewykład

 

Przynajmniej w przerwie można trzasnąć zmęczone selfie…

Jak bym nad tym nie rozmyślał, dochodzę do wniosku, że zupełnie nie opłaca mi się być na sporej części z tych wykładów. Zyskałbym tak wiele czasu, gdybym sobie odpuścił! Inni się na nich nie pojawiają i potem przecież jakoś sobie radzą.

Ja niestety tak nie potrafię. Tym razem już naprawdę mnie kusiło, żeby wrócić do domu. Posiedzieć, może się zdrzemnąć, odpocząć trochę, niewykluczone, że pouczyć się porządnie na kolokwium zaplanowane na następny dzień. Nie byłem jednak w stanie zmusić się do wyjścia. Miałem wrażenie, że doświadczyłbym zbyt dużej straty. Że z każdego wykładu coś jednak zostaje mi w głowie i coś zapamiętuję, nawet jeśli nie słucham zbyt uważnie. Potem przynajmniej rozumiem mniej więcej kontekst zagadnienia i jakoś wszystko zdaję. Tak w każdym razie wyglądało to do tej pory. Teraz to nowe studia, zupełnie inne, więc ten mechanizm może przestać działać.

Czuję się więc rozdarty. Efekt będzie pewnie taki, że jeszcze przez najbliższe półtora roku (mniej więcej) będę się pojawiał na niemal wszystkich zajęciach (w miarę możliwości), a w czasie ich trwania zastanawiał się, po co w ogóle tam przyszedłem. Trudno. Chyba po prostu muszę się pogodzić z tym, że już tak mam. Godzę się więc.

Muzyka na dziś to, chyba bez zaskoczenia, klasyk:

P S A jak z Wami? Brniecie w coś, zastanawiając się, po co właściwie to robicie, a jednocześnie nie potraficie odpuścić? Dajcie znać!

Chcę zabawkę!

Napisałem wczoraj list do św. Mikołaja. Do Mikołaja? Przecież na Śląsku prezenty w Boże Narodzenie przynosi Dzieciątko. Niby tak, ale tu właśnie wkrada się moje mieszane pochodzenie. Napisałem więc do św. Mikołaja, a o Dzieciątku wspomniałem.

Nie napisałem, że w tym roku byłem grzeczny. Napisałem, że się starałem, ale różnie bywa. To prawda.

Poprosiłem o różne płyty, o Cywilizację VI, o coś, co mogłoby mnie ewentualnie zaskoczyć i o pewną zabawkę. Jaką? Nie zdradzę. W każdym razie: list do św. Mikołaja, a w nim między innymi gra komputerowa i zabawka. Jak bardzo jestem dziecinny?

list

Pismo też jakby dziecięce…

Wcale. Dobra, to z pewnością nieprawda, ale wniosku, iż jestem dziecinny na pewno nie można wyciągać na podstawie przesłanek podanych powyżej.

Gra komputerowa? Przede wszystkim uważam, iż pogląd, że ten rodzaj rozrywki jest przeznaczony wyłącznie dla dzieci, możemy uznać za od dawna niebyły. Nawet jeśli jednak nie, to pamiętajmy, że mowa tu o Cywilizacji, grze strategicznej, zajmującej i wymagającej odpowiedniego myślenia, która dorosłym może dostarczyć nawet więcej satysfakcji niż dzieciakom. Poza tym, nie oszukujmy się, jeśli nawet dorwę ją w swoje ręce, to i tak grał będę jedynie sporadycznie, nie mając czasu na więcej.

Tajemnicza zabawka? Trudno mi tego bronić, skoro nie wiecie, o co dokładnie chodzi, ale trudno. W każdym razie rzecz ta marzy mi się od dawna. Z pewnością byłaby świetnym narzędziem do odreagowywania. W końcu każdy lubi chyba czasem postrzelać do ludzi (i już możecie zgadywać).

Wreszcie list. To już z całą pewnością nie jest przejaw dziecinności. Dlaczego go piszę? Myślę, że przede wszystkim dla podtrzymania tradycji. Zawsze go pisałem i nagle miałbym przestać? W życiu! Ponadto to całkiem niezła okazja do krótkiej refleksji. Zadane sobie pytanie „Czy byłem grzeczny w tym roku?” może brzmieć komicznie, ale jest całkiem poważne. Jaki byłem dla ludzi w minionym roku? Czy poprawiłem się od ostatniego razu? Czy staram się być lepszym człowiekiem? Spadając z tych górnolotnych pytań do bardziej przyziemnych kwestii warto zaznaczyć, że taki list jest też bardzo elegancką formą przekazania informacji o tym, co chciałoby się otrzymać. Przecież skoro i tak mamy coś dostać, może to być coś, co na pewno nas usatysfakcjonuje. Mówienie o tym wprost byłoby jednak mało magiczne.

O samym dawaniu prezentów w święta być może pojawi się osobny tekst. Tymczasem jeśli nie przekonałem Was o tym, że wymienione na początku elementy wcale nie świadczą o moim byciu dziecinnym, trudno. Może zresztą w święta każdy powinien poczuć się trochę jak dziecko. Bierzcie się lepiej za przygotowanie prezentów, bo do Wigilii zostały już tylko trzy tygodnie i dwa dni!

Na koniec zostawiam Wam niszową piosenkę zupełnie niezwiązaną ze świętami:

P S Zaczął się grudzień. W związku z tym zmiany. Zmiany, Moi Drodzy! Teksty niedzielne w żaden sposób nie znikają. Za to czwartkowe… W sumie też nie znikają, ale… Stają się tekstami Schrödingera. Dopóki taki tekst się nie pojawi lub dzień się nie skończy, nie wiadomo, czy tekst zaistnieje. Czwartki będą więc pełne niespodzianek. Poza tym takie teksty mogą być nieco inne i przyjmować na przykład formę pakietu dobrych rzeczy z internetu. Przykład składnika takiego pakietu? Poniedziałkowy tekst Dominika. Naprawdę dobra rzecz. Sprawdźcie!

Tonąc w dysonansie.

Dowiedziałem się ostatnio, że będę musiał iść do pracy w Sylwestra. Słabo. Co prawda nie powinno to zająć całego dnia i na wielkie, absolutnie bezpodstawne (co zupełnie mi nie przeszkadza!) świętowanie niemal na pewno zdążę, ale i tak słabo.

No dobrze, ale co z tym tytułowym dysonansem? Już tłumaczę. Otóż z jednej strony ta sylwestrowa sprawa powinna mi przeszkadzać i tak rzeczywiście jest. To po prostu irytujące. Podobnie jest z inną sobotą, którą jako jedyną w długiej perspektywie mam wolną od uczelni. Wtedy także muszę iść do pracy. Jak każdy normalny człowiek, nie mogąc w pełni wykorzystać skrawków wolnych dni, na jakie liczyłem, powinienem się więc solidnie wkurzyć. Tyle tylko, że… No właśnie, co?

A to, że trudno mi się oburzać, kiedy doskonale rozumiem, dlaczego tak jest. Nie potrafię się należycie bulwersować, gdy rozumiem, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest chęć podzielenia pracy do wykonania w miarę sprawiedliwie. Mimochodem rozmawiałem ostatnio z pewnym managerem na ten temat i tak właśnie jest. Poza tym specjalnie zajrzałem do grafiku. Wytrąca mi z ręki wszelkie argumenty.

Praca musi być podzielona uczciwie. To, że ja mam jeszcze na głowie studia, a ktoś już nie, to niestety wyłącznie mój problem. Mogłem nie brać się za jedno i drugie na raz. Teraz trzeba ponieść konsekwencje.

dysonans

Z jednej strony tak, z drugiej strony nie…

To właśnie ten dysonans. Rozbieżność między perspektywą osobistą, a szerszą, rozsądną. Staram się do życia podchodzić obiektywnie. Problem pojawia się właśnie wtedy, gdy wiem, że najbardziej uzasadniony z punktu widzenia całej społeczności jest ten wariant, na którym tracę ja. Tak jak chociażby w sytuacji przedstawionej na początku.

I co tu zrobić? Dbać o własny interes czy starać się myśleć szerzej? Bliższa jest mi chyba ta druga opcja, ale czasem tego żałuję. Nie po drodze mi z altruizmem, jednakże często nie umiem inaczej. Nie widzę szansy na to, że w przyszłości się to zmienił. Będę więc do końca życia miał poczucie, że postępuję słusznie, okupione jednak utratą osobistych korzyści. Świetlana perspektywa, nie ma co…

A jako optymistyczny finał piosenka, której niektórzy mogą zarzucić bycie niezbyt ambitną, ale pierwszy raz usłyszałem ją w tym roku na Woodstocku „na żywo” i zrobiła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Oto ona:



A jak z Wami? Czujecie czasem taki dysonans? Piszcie!

Magia dzieciństwa!

Wczoraj postanowiłem wykorzystać to, że ten tydzień jest z mojego punktu widzenia nieco spokojniejszy niż inne (co sprawdza się do tego, iż wstaję odrobinę później niż bladym świtem i niekoniecznie każdego wieczoru przesiaduję do późna nadrabiając rozmaite zaległości). Co więc zrobiłem? Powróciłem do świata dzieciństwa!

mugol

Klasyczny napis z okładki!

„Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, Moi Drodzy! Sporo ludzi krytykowało ten film, twierdząc, że to już absolutne wyciskanie pieniędzy z czego tylko się da. Sam miałem mieszane uczucia, no bo jak to tak, robić film fabularny na podstawie encyklopedii stworzeń? Tak w ogóle się da?

Okazuje się, że jak najbardziej i to w doskonałym stylu! Nawet jeśli film ten został stworzony dla pieniędzy (a został, bo przecież przede wszystkim po to produkuje się wszystkie blockbustery), nie dbam o to. Ta produkcja dostarczyła mi wszystkiego, czego mogłem od niej oczekiwać, a nawet więcej. Naprawdę niezły humor to co najmniej połowa filmu. Nie brakuje nawiązań do znanych już elementów świata magii. Poruszone zostają poważne kwestie. Efekty wizualne dzielnie trzymają poziom. Pojawia się sporo nowości, bo przecież to Ameryka! Najważniejsze jest jednak to, że film przyciąga tą samą magią, jaką przyciągała seria o Harrym Potterze. Na świat przedstawiony w produkcji można tylko patrzeć z zachwytem i wierzyć, że gdzieś tam, poza zasięgiem naszych oczu, wszystko to rzeczywiście jest możliwe.

Przyznaję, że na początku filmu nie byłem aż tak entuzjastyczny. Owszem, „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” to uczta dla oczu każdego i serca fana, ale w każdym filmie coś powinno się dziać. Tymczasem tutaj akcja rozkręca się powoli, a fabuła jest raczej nieskomplikowana. Trzeba jednak przyznać, że potem potrafi zaskoczyć. Gdyby tylko już na początku działo się więcej (a przynajmniej bardziej w powiązaniu z głównym wątkiem fabularnym), rzecz byłaby absolutnie doskonała!

Jeśli byłeś (albo jesteś, bo z tego raczej się nie wyrasta) fanem małoletniego czarodzieja w okularach i z blizną na czole, musisz koniecznie zobaczyć ten film. Magia wróci! Nie martw się, przez to, że od czasu przygód tamtego Brytyjczyka zdążyłeś dorosnąć, ten film może spodobać Ci się jeszcze bardziej. W końcu teraz bohaterem jest dorosły Brytyjczyk (i rzesza Amerykanów). Jeśli natomiast Harry Potter to nie Twoje klimaty, to… Jesteś dziwny, ale mniejsza z tym. Po prostu daj szansę magii i zobacz o co tyle krzyku.

Na zachętę fragment soundtracku (który oczywiście także trzyma wysoki poziom):

P S Twórcy filmu najwyraźniej doskonale zdają sobie sprawę z tego, jakimi prawami rządzi się ten świat. Zrozumieli, że wszędzie jest jakiś Kowalski. A o co chodzi? Po prostu zobaczcie film!

Dzieciak w garniaku!

Czasami zadaję sobie pytanie: co mały chłopiec, którym niewątpliwie jestem, robi w korporacji, na studiach zaocznych i w różnych innych nieadekwatnych dla niego sytuacjach? Przecież najchętniej spędzałbym całe dnie jeżdżąc na karuzelach, bawiąc się klockami Lego czy kolejkami elektrycznymi. Nie czuję się gotowy, na rzeczy którymi się zajmuję. Nie czuję się gotowy na dorosłość. Nie bez powodu jednym z moich ulubionych bohaterów jest Piotruś Pan.

Przypomina mi się też pytanie z Dnia Świra. Istny klasyk: „Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”. Nie żeby bardzo bolała mnie ta konieczność podejmowania decyzji. Nie. Jeśli muszę, zadecyduję. Po prostu po fakcie będę miał poważne wątpliwości co do słuszności wybranej możliwości. To właśnie z tego prostego powodu, że nie czuję się kompetentny w zwykłych, życiowych sprawach.

iceman

Z jakiej to bajki?

Może jednak właśnie na tym polega życie? Na rzucaniu się w nieznane, będąc nieprzygotowanym. Przecież dopóki się nie spróbuje, nigdy nie wiadomo jak to naprawdę będzie. Można na podstawie przeżytych doświadczeń budować oczekiwania, dzięki czemu wątpliwości będą mniejsze, ale to nie wszystko. Żadna pewność siebie nie załatwi sprawy w stu procentach.

Niewykluczone, że po prostu muszę się pogodzić z uczuciem bycia dzieckiem w za dużym ciele i ze zbyt poważnym życiem. Całkiem możliwe, że nie będzie ono ustępować, a jedynie narastać. Nie pogardzę opinią kogoś bardziej doświadczonego.

Muzyka na dziś (choć w koncertowej wersji brzmi zdecydowanie najlepiej):

P S A może tylko ja tak mam? Czujecie się odpowiednio dorośli do swojej sytuacji życiowej? Dajcie znać!

Weź więcej na głowę!

Układałem dzisiaj krzyżówkę do nowego numeru Suplementu. Nie tak dawno pisałem artykuł do nowego numeru. Cały czas publikuję na blogu, choć z różnymi efektami. To wszystko mimo sporej ilości rzeczy do zrobienia związanych z pracą lub studiami. Co więcej, zamierzam dalej publikować, mimo iż te dwa obszary (zarobkowy i edukacyjny) w najbliższym czasie będą tylko bardziej absorbujące.

Dlaczego?

Cóż, chyba po prostu nie potrafię inaczej. Nie wyobrażam sobie życia składającego się niemal wyłącznie z pracy i studiów. Musi być coś jeszcze, jakaś odskocznia, płaszczyzna nadająca sens temu wszystkiemu. Wydaje mi się, że zawsze robiłem coś dodatkowo. Albo w coś się angażowałem, albo miałem na głowie rozmaite zajęcia. Zawsze było coś. Nie chciałbym, żeby było inaczej. Poza tym pisanie, choć bywa bardzo frustrujące, w szerszej perspektywie po prostu sprawia mi przyjemność.

Choćby więc było bardzo ciężko, będę próbował trzymać się moich dodatkowych aktywności. Być może za jakiś czas już na mniejszą skalę niż obecnie, bo doba ma, jak wszyscy wiemy, ledwie 24 godziny, ale to zawsze będzie coś!

krzyżówka

 Mała rzecz a cieszy. A przynajmniej będzie cieszyć innych!

Wcale nie twierdzę, że wszyscy muszą mieć takie podejście jak ja. Nie namawiam nikogo do szukania sobie dodatkowych aktywności na siłę. Zachęcam jednak do rozważenia tego pomysłu. Być może znajdziecie coś, co dostarczy Wam dużo radości i satysfakcji. Trzymajcie się!

Muzyka na dziś to po długim namyśle świeża, ale już pretendująca do hitu rzecz od chłopaków ze Śląska:

P S A tak poza tym to obejrzyjcie Doctora Strange’a. Koniecznie. Nie będę się teraz rozwodził nad filmem, bo inni robią to lepiej, ale zaufajcie mi. Warto.

Zrób im wszystkim dzień!

Wczoraj. Moja (ciągle jeszcze nie mogę się do tego przyzwyczaić) nowa uczelnia. Ja jak to ja, przed wyjściem nie zjadłem niemal nic (i to takie skrajne „niemal nic”!), w związku z tym w ciągu dnia dwa razy wędrowałem na parter do bufetu. Za drugim razem zaobserwowałem pewne zjawisko: otóż Pan Sprzedawca na koniec transakcji ze szczerym uśmiechem na ustach życzył każdemu miłego dnia.

No dobra, mi nie. To jednak dlatego, że potem jeszcze wracałem po odbiór zamówienia i podobnie było z innymi. W każdym razie bardzo mnie ujął ten drobny gest życzliwości. Ktoś zapyta: dlaczego? Cóż, może dlatego, że to coraz rzadsze. Nie mówimy przecież o żadnym heroizmie, ale o zwykłym życzeniu innym dobrze i okazaniu tego kilkoma prostymi słowami lub chociaż najzwyklejszym uśmiechem. Nie wymaga to wielkiego wysiłku i wydaje się, że powinno być częste, a jednak takie nie jest.

smiling

Moje uśmiechy nie są niestety najpiękniejsze…

Trzeba coś z tym zrobić. Nie widzę jednak zbyt wielu możliwości, bo przecież nikogo nie można do niczego zmusić. Może trzeba naprawdę powołać do życia grupę ESD. Aha, większość z Was nie czytała zapewne książek Małgorzaty Musierowicz, więc wyjaśniam: to nieformalna grupa przyjaciół, której trzon powstał, gdy założyciele chodzili jeszcze do liceum. Akronim będący nazwą to po rozwinięciu Eksperymentalny Sygnał Dobra. Wszystko zaczęło się właśnie od owych sygnałów, którymi były po prostu uśmiechy posyłane obcym na ulicach Poznania.

To jest po prostu piękne! Sam uśmiech to już coś, ale jeśli dołożyć do tego kilka miłych słów, choćby najprostszych, można uczynić dzień znacznie lepszym. Życzymy dobrze innym przy okazji urodzin i świąt. Dlaczego? Czy nie lepiej byłoby po prostu zawsze im dobrze życzyć?

Możecie sobie myśleć, że cały ten wpis to truizmy i czcza gadanina. Macie prawo do takiej opinii. Ja jednak uważam, że najczęstszą reakcją na uśmiech otrzymany jest uśmiechnięcie się samemu, a kiedy człowiek już raz uniesie kąciki ust, to jakoś lepiej znosi potem szarą codzienność. Przy kilku życzliwych słowach efekt jest tylko większy. Spróbujcie więc sami zainicjować łańcuch dobra. To nic nie kosztuje, a wierzę, że życzliwość wróci do Was właśnie wtedy, gdy będziecie jej potrzebowali. Trzymajcie się ciepło!

Muzyczny wulkan energii na dziś:

P S Miłego dnia!

Podległość czy nie?

Jutro Święto Niepodległości. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości? Skądże. To jedynie data symboliczna, bo takie rzeczy trwają przecież dłużej niż jeden dzień, a 11 listopada nie był ani początkiem ani końcem tego procesu. To jednak nieistotne.

Ważne jest to, że świętujemy niepodległość naszego kraju. Niepodległość – niezależność państwa od formalnego wpływu innych jednostek politycznych, przynajmniej wg Wikipedii. Hurrra, mamy ją!

Właśnie w tym momencie sporo osób mogłoby parsknąć śmiechem. Jaka niezależność?! O czym ja w ogóle mówię?! A Unia i wszystkie inne organizacje? Nakazy, zarządzenia, zakazy… Przecież tu nie ma żadnej niezależności!

Czyżby? Ostatnio się nad tym zastanawiałem i na chwilę obecną uznaję, że to nie tak, bo przecież te wszystkie ograniczenia nie są na nasz kraj nakładane tak po prostu. Każde z nich musi zostać lub zostało już zaakceptowane przez władze państwowe, w dodatku nie dla czyjegoś kaprysu, a w celu osiągnięcia wymiernych korzyści. Dostęp do wspólnego rynku, cztery swobody przepływu, dotacje i tak dalej – to wszystko nie wzięło się z powietrza. Coś za coś. Nie ma nic za darmo. Poza tym zawsze można się wypisać. To jednak wiązałoby się z utratą rozmaitych korzyści, więc jakoś ludziom raczej nie jest śpieszno do takiego rozwiązania (przemilczmy Brytyjczyków).

Podkreślam raz jeszcze: Polska jest niepodległa. Podlega organizacjom międzynarodowym w tych kwestiach, w których sama zdecydowała się podlegać. Tak samo postępuje zdecydowana większość państw na świecie.

20140907_105919

Dla mnie to piękny widok!

Co ciekawe, dokładnie ten sam mechanizm dotyczy ludzi. Już o tym kiedyś pisałem – nikt nic nie musi. Trzeba jednak podporządkować się pewnym rzeczom, jeżeli chce się coś uzyskać. Pracować, żeby otrzymywać wynagrodzenie. Uczyć się, żeby zdobywać wykształcenie. Płacić podatki, żeby korzystać z publicznej infrastruktury i świadczeń, żyć spokojnie. I tak dalej.

Może właśnie na tym polega wolność czy też niepodległość? Na samodzielnym wybieraniu regulacji, którym się będzie podlegać, osiągając w ten sposób konkretne korzyści? Nie na całkowitej niezależności, bo ta obecnie jest niemożliwa. Potrzebujemy innych ludzi czy też państw. Pewnie, można być w konflikcie ze wszystkimi dzieciakami na podwórku i robić wszystko po swojemu, ale po jakimś czasie skończy się to po prostu tym, że nikt już nie będzie się z nami bawił. To chyba nie jest najlepsza perspektywa. Pamiętajmy o tym.

Muzyka musi być oczywiście polska. Żeby jednak nie było zbyt różowo, odrobina przewrotności:

Świętujcie dobrze!

Lepiej się nie da!

Robisz coś, wkładasz w to czas i siły, angażujesz się, wreszcie kończysz, patrzysz na efekt swojej pracy i nagle myślisz sobie mniej więcej „no, idealne to to nie jest”… Znacie to?

Ja znam doskonale. Nie jestem nazbyt krytyczny w stosunku do samego siebie. Trzeba to podkreślić. Po prostu sądzę, że potrafię ocenić, kiedy coś, co jest moim dziełem, mogłoby być zrobione lepiej. Skoro mi to przeszkadza, to czemu rzecz ta nie jest wykonana lepiej?

grafikablog
Wiele zadań naraz utrudnia wykonanie wszystkich idealnie…

Może widzieliście kiedyś krążące po sieci zdjęcie firmy reklamującej się hasłem: „Tanio – Szybko – Dobrze. Wybierz dwa.” Bardzo mi się to podoba i w pewnym sensie jest odpowiedzią na zadane wcześniej pytanie. Wszystko sprowadza się do zasady „coś za coś”. Rzecz może być przecież wykonana lepiej, ale zawsze kosztem czegoś innego. Albo inne dzieło straci na jakości, albo na wykonanie trzeba będzie przeznaczyć większe nakłady. Czego? Być może wszystkiego.

Wszystko sprowadza się bowiem do zasobów, którymi dysponujemy. Najczęściej kluczowy jest czas. Oprócz tego to ludzie, najróżniejsze potrzebne nam materiały, warunki do pracy i inne. Rzadko jest tak, że tego wszystkiego mamy pod dostatkiem. Trzeba więc zadać sobie pytanie, czy niedoskonałości w naszej pracy nie wynikają przypadkiem bezpośrednio z narzuconych nam ograniczeń.

Jeśli tak jest, to naprawdę nie ma co się za bardzo przejmować. Pewnie, może trzeba było walczyć o więcej zasobów, ale czasem po prostu się nie da. W zasadzie nie należałoby więc zastanawiać się, czy coś jest doskonałe, ale czy jest najlepsze z możliwych w określonych warunkach. Pamiętajcie o tym, gdy nie będziecie w pełni zadowoleni z efektu swoich wysiłków. Tyle. Kończę tym optymistycznym(?) akcentem.

Utwór na dziś jest bez związku z tematem, ale błąkał mi się ostatnio po głowie, więc jest. Oto on:



P S Poza wszystkim nie można mieć obsesji na punkcie doskonałości! Pamiętajcie o tym.

Pa, pa, przeszłość!

Już po zmroku. Wracasz do domu niemal pustą ulicą swojego ukochanego miasta. Nagle coś Ci się przypomina. Hasło. Tekst. Wpada do głowy i nie chce wyjść. Chcąc nie chcąc zaczynasz się zastanawiać, skąd pochodzi. W końcu sobie przypominasz. Oczyma wyobraźni widzisz ludzi i sytuacje z przeszłości. Zaczynasz się zastanawiać, co by było gdyby wtedy… STOP Jesteś teraz szczęśliwy, więcej niż zadowolony z tego, co masz. Jeśli nie, dąż do takiego stanu. Czas jednak biegnie tylko do przodu i tam też wiedzie jedyna możliwa droga do szczęścia.

Jedyny dobry powód, żeby spoglądać w przeszłość, oczywiście oprócz zwykłego sentymentu, to chęć wyciągnięcia wniosków. Pewnie, że warto czasem powspominać, nie można jednak za bardzo zasiedzieć się w tym, co już było. Potem mogłoby być ciężko z powrotem do teraźniejszości, a przecież żyjemy tu i teraz, a nie tam i wtedy. Dobrze jest oczywiście inspirować się minionymi zdarzeniami, by nie popełniać po raz kolejny tych samych błędów, a rozwiązania, które kiedyś okazały się skuteczne, przenosić na nowe problemy.

Nie ma jednak najmniejszego sensu gdybać nad tym, co mogłoby być. Nie warto się zastanawiać jak wyglądałoby życie, gdyby coś kiedyś się udało.

przeszłośćTo, co było, trzeba wyraźnie oddzielić.

 

Weź pod uwagę ewentualność, że może w przeszłości Ci się nie udało, bo po prostu nie miało się udać. Niewykluczone, że Twój sukces, Twoje szczęście kryły się lub kryją gdzie indziej. Albo już je masz, albo musisz szukać, ale rozgrzebywanie tego, co było, wcale tu nie pomoże. Patrz w przód, planuj i jak najmniej się odwracaj. Kiedyś coś nie wyszło, ale sukces jeszcze przyjdzie. Nie można tylko popełniać błędów. Tyle.

Muzyka na dziś to po pierwsze intrygująca świeżynka:

Do niej dokładam zaskakujący cover:

Trzymajcie się cieplutko (wszak zima coraz bliżej), a w wolnych chwilach możecie zajrzeć na Snapchata (@cgdenys) i Facebooka (fb.com/cogryziedenysa). Zapraszam!