Będzie źle!

Na pewno ich znacie. Wiecznie rzucają hasłami jak to tytułowe lub podobnymi. Zawsze negatywnie nastawieni. Ciągle niezadowoleni. Mogą mieć podsunięte pod nos gotowe projekty, dopracowane w każdym calu plany, rozwiązania przetestowane na wszystkie możliwe sposoby, ale i tak będą twierdzili, że cały pomysł to jakaś porażka. Zawsze.

Dlaczego o tym wspominam? Bo przechodziłem ostatnio przez katowicki rynek, z którego niedawno zniknęły ostatnie płoty wygradzające teren budowy. Ta część miasta jest już ukończona. „Wreszcie”, mógłby ktoś powiedzieć i z tym nawet bym się nie spierał, bo przebudowa rzeczywiście trwała dość długo. Na koniec powstał budynek przeznaczony na gastronomię i toalety publiczne. Ostatnio to właśnie on najbardziej burzył ludziom krew. „Jak to tak, na środku?!”, „zaburzy perspektywę!” i tak dalej, i tak dalej.

Tymczasem już od początku było widać, że zarzuty te, choć może nie całkiem bezpodstawne, były stawiane zdecydowanie na wyrost. Wygląda to mniej więcej tak:

rynek

Zdjęcie oczywiście nie oddaje całokształtu, jednak istotne jest to, że przez widoczne przejście roztacza się widok na aleję Korfantego. Także na prawo od budynku pozostał spory prześwit, przez który można dostrzec Spodek. Cały budynek jest prosty i całkiem estetyczny. Przy okazji niejako oddziela tę część rynku, na której często odbywają się różne imprezy (zloty foodtracków, jarmarki, czasem jakieś koncerty czy zawody) od tej spokojnej, z zielenią, ławeczkami, pomnikiem, sztuczną Rawą, namiastką placu zabaw i mam nadzieję, że niebawem znów z palmami.

W tym miejscu chcę podkreślić, że nie mam problemu z tym, że komuś ten budynek może się nie podobać. Ależ skąd, są gusta i guściki, każdy ma prawo do własnego zdania. Zresztą może rzeczywiście z architektonicznego punktu widzenia ta przestrzeń publiczna nie zachwyca. Nie wiem, nie znam się.

Wiem, że moim zdaniem jest całkiem ładnie, a na pewno schludnie. Wiem też, że nie ma żadnych powodów do pieniactwa w stylu „CO ONI ROBIO, SZALET STAWIAJO, O MATKO”. Nie ma i nigdy nie było. Tyle tylko, że nie sądzę, by ktokolwiek z tych, którzy wcześniej robili larmo, przyznał otwarcie, że przesadzał choć odrobinę.

To po prostu taki typ człowieka, któremu nic nie pasuje, który o wszystkim wie, że będzie źle i już. Kiedy potem okazuje się, że jednak jest w porządku, wtedy albo milczy, albo idzie w zaparte, wbrew rzeczywistości twierdząc, że jest paskudnie, ohydnie, obrzydliwie i on (tudzież ona) stanowczo protestuje przeciwko takiej sytuacji.

Nie chodzi tylko o ten jeden budynek, ale każdą dziedzinę życia. Ktoś wkłada w coś sporo pracy, inni w to wierzą, aż tu nagle przychodzą tacy jeden z drugim i mówią że będzie źle. Co prawda nie ma żadnych przesłanek, żeby tak twierdzić, ale ONI WIEDZĄ. I już. Nie przekonasz, nie przegadasz, nic. To jak granie w ping-ponga ze ścianą. Najpierw może trochę bawi, ale potem robi się powtarzalne, a i tak w żaden sposób nie da się wygrać.

To chyba tyle. Nie będę silił się na żadne wielkie morały. Po prostu chciałem się podzielić tym, co mnie męczy. Jeśli blisko Ci do opisanego przeze mnie typu człowieka (liczę na to, że tak nie jest), po prostu to przemyśl. Nic więcej.

Akcentem muzycznym na dziś niech będzie… Coś spokojnego:

P S Standardowo zapraszam do zostawiania reakcji, komentowania, zaglądania na mojego Facebooka i Snapchata (@cgdenys).

Śmieci.

Spotkałem ostatnio człowieka, którego znam już kilkanaście lat, którego zawsze ceniłem. Nie było czasu na pogawędki, więc tylko się przywitaliśmy, ale jeszcze przez chwilę miałem sposobność go obserwować. Właśnie wtedy mi się przypomniało. Co takiego?

Informacja na jego temat, którą usłyszałem już jakiś czas temu. Tak naprawdę nie jestem nawet pewien, czy rzecz ta zasługuje na miano informacji. To raczej paskudna, niczym nie potwierdzona plotka, która dotarła do mnie jako wiadomość z co najmniej drugiej ręki. W dodatku sama w sobie nie byłaby okropna, ale staje się taką w kontekście tego człowieka i profesji, jaką wykonuje.

Nie będę się zagłębiał w dalsze szczegóły. To nie jest istotne. Ważne jest to, że powątpiewam w prawdziwość omawianej wieści. Nie podejrzewam przekazującego mi ją o złe intencje, ale sądzę, że mógł powtórzyć coś bezwiednie.

Mimo braku wiarygodności wspomniana informacja utkwiła mi gdzieś z tyłu głowy i wypłynęła stamtąd przy spotkaniu z osobą, której dotyczy. Nie mogę się jej pozbyć. Nie chce zniknąć. Przyczepiła się jak, za przeproszeniem, psie gówno do podeszwy buta.

Sposoby, żeby się z nią uporać? Sprawę rozwiązałoby chyba tylko absolutne i nieodwołalne zaprzeczenie informacji za pomocą konkretnych dowodów. Do tego jednak nie dojdzie. Sprawa jest zbyt delikatna, bym zajmował się nią w jakikolwiek sposób, a poza tym tak naprawdę mnie nie dotyczy.

Mi zostały jedynie myśli-śmieci, których nie potrafię się pozbyć z mojej głowy. Nie mam odpowiedniego odkurzacza ani nawet zmiotki. Zresztą nawet gdybym je posiadł, zawsze coś ukryje się w jakimś kącie i nie zostanie wysprzątane. Będzie się z niego wyłaniać wyłącznie przy spotkaniach z tym człowiekiem. Zawsze.

image_mniejsze
Zawartość mojego umysłu – mniej więcej…

Wolałbym chyba nigdy nie usłyszeć tego, co usłyszałem. Cóż jednak mogę zrobić? Czasu nie cofnę, a zresztą nie mam wpływu na to,  co przekazują mi inni ludzie. Chyba po prostu spróbuję zepchnąć posiadaną „wiedzę” w jeszcze głębszą otchłań mojego umysłu i w ten sposób uporać się z całą sprawą. Chyba, że ktoś ma lepszy pomysł.  Propozycje?

A jako akcent muzyczny całkiem świeża produkcja zdolnych i znajomych młodzieńców ze Śląska. O proszę:

P S Przypominam o mediach społecznościowych: fb.com/cogryziedenysa, Snapchat – @cgdenys.

Pochwała optymizmu.

Ten wpis miał być zatytułowany nieco inaczej i poruszać nieco inny temat, ale na szczęście trochę się dokształciłem i w dodatku w tym samym czasie doznałem olśnienia. Na czym ono polega? Otóż na tym, że chyba odkryłem jak w 3 prostych krokach wypracować sobie zdrowe podejście do życia. Brzmi głupio i coachowato? Trudno. Przejdźmy do szczegółów i zapoznajmy się z koncepcją.

Szkic punktu wyjścia: żyjesz sobie, jest Ci dobrze lub nie. Masz cele, które chcesz osiągnąć, a jeśli nawet nie, to bardzo możliwe, że obawiasz się tego, co przyniesie przyszłość. Jeśli nie, (w sensie, że nie jest to prawdą nawet w jakiejś niewielkiej części), może lepiej przewiń ten tekst do końca. Tam powinno się znaleźć przynajmniej coś miłego dla ucha.

IMG_1206

Graficzka musi być!

Wracając do wątku głównego: wychodzimy od sytuacji, w której zatroskany umysł przepełniają obawy o przyszłość lub chęć realizacji celów/spełnienia marzeń. Czas na krok pierwszy, który brzmi:

1. Bądź dobrej myśli!

To może brzmieć trywialnie, ale pozytywne nastawianie jest naprawdę ważne. Wiara w sukces sama w sobie cudów nie sprawi, ale spowoduje, że samemu będzie się działać chętniej, kreatywniej, a co za tym idzie, wydajniej. Człowiek sądzący, że realizowany przez niego projekt ma szanse powodzenia osiągnie więcej niż ten, który jest przekonany o nieuchronnej porażce.

Oczywiście mimo pozytywnego nastawienia nie należy wpadać w hurraoptymizm. Nie warto ślepo wierzyć, że ziszczą się mało prawdopodobne scenariusze i stawiać wszystko na jedną kartę tylko dlatego, iż sądzi się, że będzie dobrze. Trzeba jednak brać pod uwagę rzeczywistość i chłodną analizę. To najwyższa pora, żeby przejść do punktu drugiego.

2. W przypadku niekorzystnych prognoz zrób wszystko, żeby je poprawić.

Łatwo powiedzieć, prawda? Oczywiście, że to nie jest proste. Trzeba podejść do sprawy rzetelnie. Zastanowić się, co może pójść (i najprawdopodobniej pójdzie) źle. Następnie konieczna jest uczciwa analiza tego, jaki mamy wpływ na tę sytuację. Jakimi zasobami dysponujemy, jakie możemy pozyskać, do kogo się zwrócić? Jeśli na czymś nam zależy, trzeba dobrze to prześledzić, a potem wykorzystać wszystkie możliwości, oczywiście odpowiednio je koordynując.

Sukces? Super! A co, jeśli żadne działania nie przynoszą efektu i po prostu nie da się pokonać rzeczywistości? Cóż, wówczas czas na punkt trzeci! Co zrobić?

3. Wzrusz ramionami i zajmij się czymś innym.

Czasem okoliczności nie pozwalają na osiągnięcie założonych celów. Nie da się przeskoczyć realiów. Nie z każdym ograniczeniem można wygrać. Trzeba próbować, pewnie, ale czasem po prostu najlepiej odpuścić. Nie ma sensu pakować energii w coś, co jest skazane na niepowodzenie. Zastrzegam jednak, że rezygnację dopuszczam jedynie w przypadku upewnienia się, że punkt 2 nie zadziałał.

Wtedy trzeba się zupełnie przeorganizować, przełknąć dumę, ukradkiem otrzeć łzę i zająć czymś nowym. Pojawią się wyzwania i trudności. Na pewno, ale… Patrz punkt pierwszy!

A jako akcent muzyczny niech będzie dzisiaj pewien cover. O, proszę:

P S Powyższa koncepcja 3 punktów jest oczywiście nieprzetestowana. Niemniej jednak sądzę, że warto ją wypróbować. Po prostu.

Życie w rytmie…

Pierwszy tydzień – krok podstawowy do jednego i do drugiego. Szybko poszło. Aż szkoda, że już koniec.

Drugi tydzień – powtórki z poprzedniego tygodnia i trochę nowych rzeczy. Nie jest źle.

Trzeci tydzień – sporo powtórek i mnóstwo nowych rzeczy. Zaczyna być ciężko.

Czwarty tydzień – jasne, że dużo powtórek, ale poza tym poziom nowości zbliża się do czarnej magii tak bardzo, że niebawem wszyscy, chcąc nie chcąc, zostaną wciągnięci do grona śmierciożerców.

W dodatku co tydzień pojawiają się nowi, którzy z różną skutecznością próbują nadrabiać zaległości.

O czym mowa? O kursie tańca, na który zapisaliśmy się wraz Lubą Mą (z jej inicjatywy i przy mojej milczącej akceptacji). Nie idzie nam źle, ale też nie sądzę, żebyśmy byli najlepsi. Rzecz w tym, że nie bardzo mamy kiedy ćwiczyć pomiędzy zajęciami (choć Ona bardzo by chciała). I kluczowy problem: przez kolejne 3 tygodnie nie będzie nas na zajęciach – to oznacza potężne braki. Nie bardzo wiem jak to przełożyć na metaforę, którą zaraz wprowadzę, ale coś wymyślę. A cóż to za metafora?

Taka, że na kursie tańca jest jak w życiu. W ogóle niemal każde porządne szkolenie może być niezłym, choć mocno uproszczonym modelem naszej egzystencji. Dlaczego? Spójrzmy na elementy wspólne (w punktach, a co!):

1. Trzeba być uważnym już od samego początku.

2. Ewentualne zaległości wynikające z niezastosowania się do punktu pierwszego można nadrabiać talentem lub ciężką pracą, ale wówczas efekty najprawdopodobniej i tak będą niewystarczające.

3. Trudno się pozbyć wrażenia, że cały czas jest się co najmniej o krok do tyłu w stosunku do miejsca, w którym powinno się być.

4. Poza nielicznymi wyjątkami ludzi wokół tak naprawdę ledwie się kojarzy.

awangardaPo punkcie 4 zdjęcie, tak mówi zaklęcie!

5. Osoby będące w pobliżu niby robią to samo, ale jakoś inaczej. Ciężko stwierdzić, czy to one robią coś źle, czy samemu popełnia się błąd. A może obie te odpowiedzi są prawidłowe?

6. Końca nie widać ( nie chodzi o to, że teraz; po prostu w czasie kursu, przynajmniej naszego i w życiu nie widać metaforycznej mety).

7. Mimo wszystko zdarzają się dobre momenty.

8. I na koniec, wplatając tę wspomnianą wcześniej nieobecność – naraża ona człowieka na ogromne zaległości. Co prawda nieobecność w życiu (co w ogóle brzmi nieco absurdalnie) musi być spowodowana jakimś powodem ciężkiego kalibru (np. śpiączką), ale widać tu podobieństwa. I kurs, i życie pędzą do przodu z szaloną prędkością, nie dając chwili oddechu i nie bardzo też pozwalając na jakąkolwiek refleksję.

I wiecie co? Mam tego trochę dość. Tej prędkości. Z kursu raczej nie zrezygnuję, bo nie mam ochoty na starcie z Lubą Mą, a zresztą te raptem 45 minut ruchu tygodniowo mi nie zaszkodzi, ale nad szybkością życia popracuję. O tym jednak dopiero za jakiś czas.

Akcent muzyczny? Coś czego najprawdopodobniej jeszcze nie słyszeliście, a jest piękne. Za kilka lat będę śpiewał ten refren non-stop. O, proszę:

Cóż, to by było na tyle. Koniec luźnego gdybania. Wróćcie jeszcze, jeśli zechcecie.

Ważne i ważniejsze.

Nie poszedłem dzisiaj na pierwszy wykład. To zupełnie nie przystaje do mojego charakteru przykładnego studenta. Wrażenie to potęguje jeszcze przyczyna, dla której na uczelni pojawiłem się później niż powinienem.

Otóż zrezygnowałem z pierwszych zajęć, ponieważ dopiero o 4 nad ranem wróciłem z imprezy. Kpiny, zaskoczone spojrzenia, okrzyki niedowierzania – właśnie teraz nadeszła pora na to wszystko. Ktoś mógłby z przekąsem zapytać:

I gdzież to się podział ów przykładny, chodzący na niemal wszystkie zajęcia student? Zniknął?

Nie. Grzecznie siedzi za biurkiem i pisze ten tekst. Stara się być na wszystkich możliwych zajęciach. Te są ważne. Zdarzają się jednak sprawy jeszcze ważniejsze.

Impreza ważniejsza? Oczywiście, jeśli zna się kontekst. Była to bowiem urodzinowa niespodzianka dla bardzo dobrego kumpla. Takiego, który ostatnią imprezę urodzinową miał 5 lat temu. Takiego, z którym widzimy się naprawdę rzadko. Za rzadko.

To nie tort z tych urodzin. Ale powiązany!

Najpierw miało to wyglądać zupełnie inaczej. Plan był prosty: przyjść, pobawić się trochę, wyjść stosunkowo wcześnie i rano wstać na wszystkie zajęcia. Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała tę koncepcję. Jak bowiem uciekać przedwcześnie, jeśli to urodziny rzadko widywanego kumpla? Przykro byłoby na pewno obu stronom. Zresztą, jak powszechnie wiadomo, impreza na dobre rozkręca się dopiero po północy. Tak było i tam razem. Mieszane towarzystwo zaczęło się integrować, ludzie poszli w tany i wszystko było pięknie. Po prostu nie chciało się wychodzić.

Wykład to ostatecznie tylko wykład. Pewnie, jest ważny i w zwykłych warunkach na pewno bym na niego poszedł. Czasem jednak warto wybrać coś, co pozornie jest mniej istotne. Widzę to tak: impreza < wykład < ta impreza.

Morał? Puenta? Nie sadzę, żeby jakieś były. Po prostu przy ocenie każdej sprawy trzeba brać pod uwagę kontekst. Impreza imprezie nierówna. Wykład wykładowi też nie. Ot co!

Akcent muzyczny? Jest taki (bez szczególnego powodu):

P S Przypominam o moich mediach społecznościowych – Snapchat: @cgdenys, Facebook widoczny po prawej stronie.

Wolność.

Spotkałem się wczoraj z kumplem. Bardzo dobrym, dodajmy dla jasności. Posiedzieliśmy i pogadaliśmy, a potem… Włóczyliśmy się po mieście bez celu. Co następnie? Jeździliśmy po okolicy, na przemian mając jasno sprecyzowany plan i zupełnie go tracąc.

Niewiele brakowało, a spontanicznie wybralibyśmy się do Łodzi (bo nigdy tam nie byłem). Powstrzymała nas tylko konieczność pójścia przeze mnie na uczelnię dziś rano. Ech, proza życia, ot co!

Potrzebowałem tego. Nie wyjazdu do Łodzi, ale owego przeżytego wczoraj krążenia bez jasno sprecyzowanego celu. Dlaczego? Bo podróże to wolność. Nawet takie na krótkie dystanse. Swoboda przemieszczania się to widomy znak tego, że jest się wolnym. Jeden z najważniejszych, jeśli nie najistotniejszy.

BILD00932Jedno pytanie: dokąd tym razem?

I właśnie tu pojawia się zgryz. Jak to jest z tą swobodą w tym zakresie? Wszyscy wiemy. Do Łodzi dojechalibyśmy, podejmując decyzję spontanicznie. Do Berlina, Paryża, Sztokholmu czy Rzymu też. Co jednak z innymi celami? Moskwa? Antananarywa? Waszyngton? Tu już nie wystarczy po prostu stwierdzić, że chce się tam jechać i ot tak pokonać odpowiedni dystans.

Chciałem powiedzieć, że kiedyś pod tym względem było lepiej. Brak sztywnych granic, szczegółowej kontroli itd. Oczywiście, coś za coś. Podróżowanie było znacznie gorsze pod względem technicznym, czasowym, nie wspominając o kwestiach bezpieczeństwa. Chyba jednak była większa wolność w tym zakresie.

Uczciwie muszę jednak przyznać, że i teraz nie jest tak źle w tym zakresie. Przeglądając na stronie MSZ listę państw, do których obywatele RP nie potrzebują wizy, mocno się zdziwiłem. Zestawienie to jest bowiem całkiem długie. Cóż jednak z tego, skoro istnieją też miejsca niemal całkiem niedostępne. Zresztą w dobie Internetu, globalizacji i braku białych plam na mapach podróżowanie straciło nieco ze swego uroku. Co więc jeszcze je ratuje?

Właśnie spontaniczność. Nie chodzi o to, żeby udać się gdzieś w celu zobaczenia czegoś konkretnego (przynajmniej nie zawsze), ale o to, żeby móc wybrać się tam, gdzie się zechce.To właśnie wolność. Celebrując tę piękną wizję przymknijmy oko na to, że w podróżowaniu jesteśmy jeszcze ograniczeni powierzchnią planety, na której mieszkamy, a i nawet ona nie jest dla nas dostępna w całości. Po co w ten sposób psuć pociągającą koncepcję?

A w ramach akcentu muzycznego klasyk w nowej aranżacji. Jest szansa, że się Wam nie spodoba. Mogę na to odpowiedzieć tylko jedno: „trudno”. Zapraszam:

P S Jeśli chcecie mieć choć cień szansy (niezbyt duży, ale istniejący), żeby dotarły do Was wieści z moich sporadycznych i spontanicznych wojaży, możecie do obserwowanych na Snapchacie dodać jegomościa o nicku @cgdenys. To oczywiście realne wyłącznie pod warunkiem posiadania Snapchata. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że dysponujecie kontem na Facebooku. Tam znajdziecie mnie, wpisując Co gryzie Denysa? lub klikając tutaj w odpowiedni link. W ten sposób dotrzecie do trochę innych treści, ale niewykluczone (przynajmniej nie całkiem), że one także przypadną Wam do gustu.

P S Komentarze, opinie, polubienia i inne wszelkiej kliknięcia mile widziane – jak zawsze. Dobrego wieczoru (nocy, dnia – do wyboru adekwatna opcja) życzę. Wszystkim.

Tworzymy historie(ę).

Jakiś czas temu wyobraziłem sobie taką oto sytuację: jako sędziwy mężczyzna, piastując zaszczytną funkcję cool dziadka (bo w swojej megalomanii nie wyobrażam sobie innego scenariusza niż bycie najfajniejszym z przodków), będę siedział sobie w niezwykle wygodnym, być może nawet lewitującym fotelu (a co, puśćmy wodze fantazji!) i opowiadał historie.

Komu? Swoim wnukom. O czym? O najróżniejszych rzeczach. Choćby o mojej niewielkiej, ale istniejącej pomocy w budowie domu, który dzieciaki te być może będą doskonale znały. O koncertach i festiwalach, na których byłem. O spaniu pod gołym niebem i o rozmaitych przygodach. O wydarzeniach i ludziach. O podróżach. Wierzę, że spotkam się z zainteresowaniem, a jednocześnie historie te będą niosły z sobą jakiś pouczający przekaz.

DIGITAL CAMERAHistoria to nie tylko muzea,
ale przede wszystkim ludzie!

I dokąd zmierzam z tą pisaną gadaniną (pisaniną)? Do tego, że może czasem warto spojrzeć na swoje życie właśnie pod kątem tego, jakie historie będzie można opowiedzieć swoim wnukom. Takie anegdoty powinny być jednocześnie ciekawe i niedemoralizujące. Wykluczając więc blef i mataczenie (nie godzi się wobec własnych wnuków!), cechy te powinno posiadać także życie, z którego będą pochodzić opowiastki. Może więc przed swymi czynami warto się zastanawiać, czy kiedyś będzie się chciało opowiadać o tym swym potomkom. Ot, szybka refleksja, która może sprawić, że nasz żywot zyska wymienione wcześniej przymioty.

Wieść interesujące i dobre życie? Brzmi jak plan. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wspomniał o przynajmniej jednym „ale”. Chodzi o to, by w tym wszystkim uważać i nie podporządkowywać swojego życia temu, czy kiedyś będzie o czym opowiadać. Żyjemy dla siebie i dla naszych bliskich, nie dla historii. To, czy coś się przyszłości, za kilkadziesiąt lat, nada na anegdotę, może być wskazówką przy podejmowaniu decyzji, ale nie kryterium rozstrzygającym. Po prostu.

Akcent muzyczny? Coś, czego chyba byście się po mnie nie spodziewali (choć po prawdzie było już tu niemal wszystko):

P S Komentarze, kliknięcia, opinie, polemika – zawsze mile widziane.

Piękno kaprysu!

Scenka z wczoraj: pędzę ulicą 3 Maja na uczelnię. Z naprzeciwka maszeruje grupka chłopców w wieku ok. 10 lat. Przechodzą obok pączkarni. Nagle jeden z nich zagaduje swych towarzyszy słowami:

Ale bym zjadł pączka. Idziemy?

Pozostali niemal natychmiast zwalniają, a jeden nawet niemalże w miejscu zawraca. Co było dalej? Nie wiem, nie chciałem poznania ciągu dalszego okupić spóźnieniem się na pierwsze zajęcia. Jestem jednak przekonany, że pomaszerowali dziarsko do tej pączkarni, zakupili po pączku i zjedli je ze smakiem. I cóż z tego?

Otóż z całej tej sytuacji wyciągam piękno mechanizmu, który zadziałał. Nabrali ochoty na pączki, więc poszli na pączki. Proste. Gdyby tak częściej i w wielu dziedzinach życia postępować w podobny sposób!

To postępowanie według kaprysu, ale to przecież nic złego. Dopóki nikogo się nie krzywdzi, chyba można sobie na to pozwolić. Biorąc pod uwagę powyższy przykład, krzywdą mogłoby być to, gdyby pieniądze wydane na pączki przeznaczone były na chleb dla całej rodziny. Komiczne? Być może, ale realne. Z drugiej strony to mało prawdopodobne. Chłopcy zapewne kręcili się po centrum Katowic z powodu IEMu, a nie maszerowali do piekarni. Nie, żeby to miało znaczenie dla całej opowiastki. Po prostu uściślam.

 IMG_0338 (2)
Bańki nie kojarzą się Wam z kaprysami? Trudno!

To krótki wpis, więc powoli zbliżamy się do pointy. Głosi ona mniej więcej, że często można (a czasem nawet warto) ulegać kaprysom. To w końcu szczęście, może w małych, za to istotnych dawkach. Widzę jedynie dwa potencjalne powody rezygnacji z realizacji własnego kaprysu. Pierwszy to już wspomniana sytuacja, w której takie działanie wiązałoby się z krzywdą drugiego człowieka. Myślę, że nie ma potrzeby rozwijania tego wątku. Z drugą przyczyną mamy natomiast do czynienia. gdy rezygnacja z kaprysu ma służyć osiągnięciu większego celu, wzniosłego lub po prostu skutkującego wielkim szczęściem dla nas. Wielokrotna rezygnacja z kupna pączka, by zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na wyśniony wyjazd lub by przybliżyć się do wymarzonej sylwetki. Odpuszczenie sobie trwonienia czasu na oglądanie przezabawnych filmików w internecie, by poświęcić te chwile na wyćwiczenie umiejętności, która zapewnią nam upragnione mistrzostwo. I tak dalej, i tak dalej. Coś takiego ma sens. Korzyści utracone dla większych korzyści. Innych powodów do rezygnacji nie widzę.

Gdy w Twojej głowie pojawi się więc jakaś zachcianka, zapytaj najpierw siebie, czy nikogo nie skrzywdzisz jej realizacją. Potem zastanów się, czy zasobów potrzebnych do jej spełnienia nie możesz wykorzystać w sposób, który przyniesie Ci więcej korzyści. 2 razy „nie”? W takim razie ulegnij kaprysowi! Śmiało, podaruj sobie odrobinę radości!

Akcent muzyczny? Pozytywny i w myśl zasady, że live’y są najlepsze! O, proszę:

I już. Do zobaczenia najpóźniej za tydzień (mam nadzieję!). W międzyczasie zaglądajcie do mediów społecznościowych (Snapchat: @cgdenys i Facebook - zapraszam!). Pomyślnego tygodnia!

Złe pytania.

Byłem dzisiaj na wykładzie (aplauz!). Pani Doktor gnała z kolejnymi slajdami niczym przeciętny obywatel naszego pięknego kraju po promocje w Lidlu. Studenci próbowali coś przepisać, tudzież przeglądali wiadomości na onecie, fejsa lub Anonimowe. W tym szaleńczym pędzie raczej nie było zbyt wiele czasu na refleksję. Pani Doktor pędziła i tylko co jakiś czas zadawała sakramentalne pytanie:

Można dalej?

Oczywiście niemal zawsze studenci (ci bardziej zainteresowani) odpowiadali zgodnie:

Nie!

To kiepskie pytanie, bo reakcja jest niemal pewna. Nikt rozsądny nie powie przecież, że można dalej, bo nie wie, czy ktoś inny nie sporządza jeszcze notatek. Odpowiedź może być więc jedynie przecząca lub milcząca.

To jednak jeszcze nic! Znacznie bardziej urzeka mnie inny przykład pytania. Chodzi mi o nieśmiertelne i zawsze pełne wyrzutu:

Kto nie zgasił światła?!

Cóż, skoro jest ono niezgaszone, to chyba oczywiste, że NIKT tego nie zrobił. Pytanie jest więc absurdalne i nie ma na nie dobrej odpowiedzi poza tą wymienioną. Jaki jest jednak sens formułowania pytania, skoro reakcja może być tylko jedna?

pytajnick

Kluczowy w każdej rozmowie symbol?

To oczywiście tylko przykłady nietrafionych pytań, najprostsze z możliwych. Zwracają jednak uwagę na pewną kwestię, a mianowicie potencjalną przyczynę wielu problemów w komunikacji (na każdej możliwej linii: studenci – wykładowca, rodzice – dzieci, pracodawca – pracownik, kobieta – mężczyzna i tak dalej, i tak dalej). Jest nią niewłaściwe (nieprecyzyjne) formułowanie pytań. Wszak większość rozmów, dysput, dialogów i dyskusji rozpoczyna się właśnie od pytań. Późniejsze odpowiedzi są tylko reakcjami, więc jeżeli pytanie będzie mylące, to odpowiedź tym bardziej.

Jasne, że w domyśle chodzi o to, kto jako ostatni przebywał w danym pomieszczeniu i nie zgasił światła, wychodząc. Po cholerę jednak zostawiać miejsce na domysły? To niepotrzebne komplikowanie sobie i tak już zawiłego życia. Pytaj wprost, dokładnie o to, o co Ci chodzi, żeby odpowiadający nie musiał się domyślać, co właściwie chcesz wiedzieć. Wszak nasze życie, interakcja ze światem opiera się w dużej mierze na rozmowie. Ta z kolei bardzo często zaczyna się od pytania. To początek. Nie komplikujmy już na starcie.

Dlatego właśnie, zanim o coś zapytamy, zastanówmy się. Raz, drugi, siódmy, jedenasty… Nie ze strachu przed własną niewiedzą czy z jakiegoś innego trywialnego powodu. Po prostu po to, żeby upewnić się, że zostaniemy dobrze zrozumiani, a wtedy odpowiedź, jaką uzyskamy, będzie adekwatna. Zyskają wszyscy.

A po tych pseudomądrościach czas na akcent muzyczny. Świeżynka, którą przy odrobinie szczęścia już słyszeliście i chętnie usłyszycie raz jeszcze. Jeśli jednak to będzie Wasz pierwszy raz, cóż… Bardzo dobrze, że będzie! O, proszę:

P S Facebook – fb.com/cogryziedenysa, Snapchat (na którym sporadycznie coś się pojawia) – @cgdenys. Zapraszam!

Nie chcę być mistrzem świata!

Kim jest mistrz? Najlepszym. Niezależnie od tego czy chodzi o wyścigi psich zaprzęgów, Formułę 1, czy o olimpiadę informatyczną. Mistrzem zostaje ten, kto uczciwie pokona wszystkich pozostałych, czyli ten, który jest najlepszy.

Żeby jednak być najlepszym, trzeba dawać z siebie najwięcej. Podporządkować każdy aspekt życia dążeniu do mistrzostwa. Wspomina o tym choćby Niki Lauda w filmie Wyścig z 2013 roku (bez obaw, nie będę go streszczał). Ten niezwykły kierowca Formuły 1, trzykrotny mistrz świata, a w zasadzie jego postać tłumaczyła, że do osiągnięcia mistrzostwa potrzebne jest skupienie się wyłącznie na nim, odpuszczenie sobie imprez, gwiazdorzenia i tak dalej. James Hunt, jego rywal, się z nim nie zgadzał. Hulał, bawił się ile wlezie i… Też został mistrzem świata. Raz, wykorzystując nieobecność Laudy w kilku wyścigach po ciężkim wypadku i wygrywając o 1 punkt. Może tytuł tytułowi nierówny? Nie jest to w żadnym wypadku deprecjonowanie triumfu Hunta, ale zwykłe pytanie.

Kluczowym zagadnieniem jest to, ile jest się gotowym oddać za sukces. To zależy od tego, co i jak bardzo chce się osiągnąć. Czy chcesz zostać mistrzem? Ja nie chcę. Bycie najlepszym musi mieć niemal tyle samo wad co zalet. Mi wystarczy bycie dobrym w tym, co robię. We wszystkim, co robię. To oczywiście też wymaga poświęceń. W końcu wysiłek musi być adekwatny do pożądanych rezultatów.

medal (2)
Ile jesteś w stanie oddać za medal?
I czy w ogóle cokolwiek?

Może to głupie, ale moim zdaniem pasują tu doskonale słowa Arnolda Schwarzeneggera z pewnego filmu motywacyjnego. W dość swobodnym tłumaczeniu brzmią one:

Kiedy Ty imprezujesz, wygłupiasz się, ktoś gdzieś indziej, w tym samym momencie ciężko pracuje. Ktoś staje się mądrzejszy, ktoś wygrywa. Po prostu o tym pamiętaj.

To bardzo trafiające do mnie słowa. Jeżeli chcesz być najlepszy, nie możesz odpuścić nawet na chwilę, bo jeśli to zrobisz, ktoś inny wykorzysta ten czas. Jeśli jednak wcale nie zależy Ci na byciu mistrzem, możesz trochę wyluzować. James Hunt w odpowiedzi na wywody Laudy pytał o to, jaki jest sens zdobywania tytułów mistrzowskich, jeśli nie czerpie się z życia przyjemności. Przynajmniej tak przedstawili to scenarzyści. Tu przypomina mi się Laska z filmu Chłopaki nie płaczą i jego nieśmiertelne:

(…) wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście, ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić.

Jeśli więc chcesz być najlepszy, osiągnąć mistrzostwo, rób wszystko, żeby je wywalczyć. Jeśli jednak radość sprawia Ci co innego, skup się właśnie na tym. Nie wszyscy muszą wygrywać. Co więcej, nie wszyscy mogą. Wygrywa jeden. Nie musisz nim być, jeśli nie chcesz.

Wspomniany film motywacyjny (napędzający mnie przed każdym ważnym testem czy próbą):



Aha, akcent muzyczny (niezwiązany z tematem, ale jakże piękny):



P S Obejrzyjcie koniecznie Wyścig!

P S Fantastycznie jest wrócić po dwóch tygodniach!