Lepsze życie?

The better life? [English version below.]

Koniec kolejnego roku. Znowu. Czas podsumowań znowu. Ten rok był rekordowy. Od kilku lat mogę uznawać kolejne ciągi 12 miesięcy za coraz lepsze. Każdy kolejny rok to nie tylko wzrost, ale też coraz większy wzrost. Przykładowe wyrażenie tego w procentach?

2015 – wzrost o 4%, 2016 – wzrost o 6%, 2017 – rekordowy wzrost o 9%. Ta passa się skończy. Na 2018 także przewiduję wzrost, ale mniejszy, mniej więcej znów na poziomie 4, może 5%.

Zacząłem pisać o procentach, ale co one właściwie miałyby oznaczać? Jak wyrazić liczbą poprawę życia? Nie da się. To tylko przykład, który miał pokazać, że przez ostatnie lata nie tylko stale mi się poprawiało, ale też, że ta poprawa była coraz większa.

Dodam jeszcze, że oczywiście można próbować wyrazić liczbami taką osobistą, dobrą (hehe) zmianę. Można za miarę przyjąć zwiększenie się zarobków, liczby znajomych na Facebooku czy cokolwiek innego, co da się wyrazić liczbami, nie jest subiektywne lub zero-jedynkowe (to byłaby niewygodna miara). To wszystko byłyby jednak bzdury, nieudolne karykatury. W jakości życia chodzi o to, co i jak się przeżywa. Chodzi właśnie o subiektywne odczucia. Liczby tego nie oddadzą, mogą jedynie numerować kolejne wspaniałe rzeczy.

Co więc takiego nastąpiło, że mówię o wzroście? Dlaczego kończący się rok był taki rekordowy i dlaczego 2018 raczej nie ma na to szans? Co w praktyce oznacza ta poprawa życia? Czym się przejawia? Przeanalizujmy te dwa lata!

Zacznijmy od tego pierwszego roku. Mamy w nim między innymi:
1) podjęcie pierwszej pełnoetatowej pracy, w dodatku całkiem niezłej,
2) zakończenie 1 roku studiów magisterskich z niezłym wynikiem i zdobycie stypendium,
3) najbardziej szalone wakacje w życiu, czyli nieco (ale tylko nieco) spartańską wyprawę trwającą 12 dni i ciągnącą się przez prawie 6 000 km i 5 krajów, zawierającą w sobie perłę w koronie, czyli zdobycie Języka Trolla rankiem, po całonocnej wspinaczce,
4) zmianę statusu związku z „Jest fajnie” na „Przygotowujemy się i będzie jeszcze fajniej”,
5) przekroczenie 200 polubień strony „Co gryzie Denysa?” na Facebooku, w dodatku znaczne (jeśli ktoś chciałby się jeszcze podpiąć pod ten trend to śmiało),
6) całą masę mniejszych spraw, jak choćby rewelacyjną zabawę na weselach (w tym przyszłego szwagra), pierwszy w życiu udział w studenckim korowodzie (naprawdę polecam!) czy zaliczenie jednego z lepszych Woodstocków.

Można by jeszcze wymieniać, szukać, ale po co? Jeśli nie wypisałem powyżej czegoś, co ktoś z Was uważa za brakujące, napiszcie śmiało w komentarzu. Ten rok był naprawdę intensywny i coś po prostu mogło mi umknąć. Bezsprzecznie był to dobry czas.

A 2018? Nie mam wobec niego szczególnie wielkich wymagań. Chciałbym zostać magistrem, to fakt. Coś poza tym? Chętnie zmieniłbym kilka rzeczy, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie nie planuję konkretnie. Zapewne będę musiał wreszcie zrobić to, co chciałem od dawna – przenieść się z tym blogiem na własną witrynę. Nie żeby było tu źle. Po prostu ten portal za miesiąc przestanie istnieć. Także all hands on deck – trzeba pomóc mi postawić witrynę (a w zasadzie zrobić to za mnie – oczywiście zapłacę).

IMG_2507
Niech Nowy Rok będzie dla Was kolorowy jak ten festiwal.
I niech nie robią się Wam zakola!

To tyle. Trzymajcie się cieplutko. Życzenia macie powyżej. Bawcie się dzisiaj dobrze i…

Jeszcze kącik muzyczny! W nim coś zupełnie niesylwestrowego, ale posłuchajcie. Warto:

ENG:

Yet another end of the year. Time of summaries again. This year was record-breaking. For several years, I have been able to recognize the successive 12 months as better and better. Each subsequent year is not only growth, but also more and more growth. An example of this in percentages?

2015 – increase by 4%, 2016 – increase by 6%, 2017 – record growth by 9%. This streak will end. For 2018, I also anticipate growth, but smaller, more or less again at the level of 4, maybe 5%.

I started to write about percentages, but what would they actually mean? How to express the life improvements in numbers? It’s not possible. This is just an example that was supposed to show that over the last few years not only I was constantly improving, but also that this improvement was getting bigger.

Well, of course, you can try to express with numbers such a personal, good (hehe) change. You can accept as a measure an increase in earnings or in the number of friends on Facebook or anything else that can be expressed in numbers and at the same time is not subjective or zero-one (this would be an uncomfortable measure). However, that all would be bullshit, inept caricatures. Quality of life is about what and how you experience. It’s all about subjective feelings. Numbers can’t show it. They can only enumerate more greate things.

So what actually happened that I’m talking about growth? Why this year was such a record and why 2018 is unlikely to be? What does this improvement in life mean in practice? How is it manifesting? Let’s analyze these two years!

Let’s start with the first one. We have in it, among others:
1) taking the first full-time job, in addition quite good,
2) the end of first year of Master’s studies with a good result and a scholarship,
3) the craziest vacation in my life, which was a bit (but only slightly) Spartan trip lasting 12 days and stretching for almost 6,000 km and 5 countries, containing a pearl in the crown (reaching the Troll’s language in the morning after an all-night climb),
4) changing the relationship status from „It’s cool” to „We’re getting ready and it will be even better”,
5) exceeding 200 likes of my website on Facebook with quite considerable amount (if someone would like to join this trend, then do so boldly),
6) a whole lot of smaller matters, such as the awesome fun at weddings (including future brother-in-law’s wedding), the first in life participation in a student’s parade (I really recommend!) or experiencing one of the best Woodstocks.

I could still list the things, look for something else, but what for? If you think something is missing above, write it in a comment. This year was really intense and I could just forget about something. It was unquestionably a good time.

What about 2018? I do not have particularly big requirements for it. I would like to become a master, it’s a fact. Something else? I’d love to change a few things, but we’ll see what comes out of it. I do not plan specifically yet. I will probably have to do what I wanted to do for a long time – move with this blog to my own site. It’s not like it is bad here. Simply this portal will cease to exist in a month. So „all hands on deck” – someone has to help me set up a website (and basically do it instead of me – of course I will pay).

I wish you the New Year to be so colourful as the Woodstock Music Festival (you can see it in the picture above).

That’s it. Hold on warmly. Have fun today and…

Oh, and the weekly piece of music! You can find it above. It may not exactly fit the New Year’s Eve and all those parties, but it’s simply beautiful.

Wątpiąc w Wigilię?

Doubting the Christmas Eve? [English version below].

Zaraz Święta. Zaraz, jeszcze nie teraz, więc nie ma co się śpieszyć z życzeniami. Nie będę pisał o magii świąt, o ich rodzinności i o innych rzeczach, o których możecie przeczytać wszędzie i co roku. Nie. Dziś, jeszcze zanim zasiądziecie do stołów albo gdy już od nich wstaniecie, możecie dowiedzieć o moich dwóch wątpliwościach związanych z Bożym Narodzeniem. Zapraszam.

1. Prezent propagandowy?

W naszej cywilizacji Święta są niemal nierozerwalnie związane z prezentami. Rzadko zdarza się, żeby ktoś wyrwał się z tego schematu. Ok, niech tak będzie, w końcu niemal wszyscy lubią coś dostawać, a i dawanie prezentów jest fajne. Jaką jednak funkcję powinny spełniać podarki? Mogą oczywiście nieść za sobą jakąś treść, ideę, być symbolem, zmuszać do refleksji. To swoista wartość dodana. Moim zdaniem jednak powinny przede wszystkim sprawiać radość obdarowanemu, zwłaszcza te wręczane w Święta i przy okazji urodzin. Kupując je więc lub przygotowując samemu, trzeba zwracać uwagę przede wszystkim na to, co ucieszy beneficjenta, a nie na to, co samemu by się chciało, żeby miał.

Tymczasem moja ukochana mamusia od wielu lat przygotowywała prezenty dla mnie raczej według tego drugiego klucza. Owszem, najczęściej dostawałem też coś, co mnie cieszyło, ale książki, za pomocą których chciała zaszczepić we mnie jakieś poglądy, otrzymywałem niemal zawsze. Skutek? Mizerny. Nie można nikogo zmusić do lektury, a ja cenię sobie swobodny wybór pozycji do czytania, więc kolejne prezenty lądowały na półce, często otwierane najwyżej raz.

Niemal dokładnie rok temu stwierdziłem: dość. Postanowiłem zacząć postępować analogicznie i przy każdej okazji dawać jej w prezencie kolejną część pewnej sagi fantasy, doskonale wiedząc, że moja mama nie czyta takiego gatunku. Efekty? Ciężko stwierdzić, bo z 8 książek dopiero druga jest w drodze, ale zamierzam być konsekwentny. Czy to zemsta? Nie, raczej możliwie najdobitniejsze zilustrowanie mojej mamie jej wcześniejszego postępowania. Zawsze zresztą dostaje dodatkowo coś bliższego jej gustowi.

IMG_0754Zanim zapakujecie prezenty zastanówcie się, czy są one przygotowane z myślą o obdarowanych, czy o Was – choć to już raczej rada na następne święta!

Zostawiam Was z tą historią. Możecie ją przemyśleć między karpiem a makowcem. Przejdźmy do drugiej z moich wątpliwości, którą jest…

2. Trwonienie tradycji?

Wiecie, że nie jestem szczególnym entuzjastą zwyczajów, a zwłaszcza robienia czegoś, „bo tak się zawsze robiło”. Uważam, że powinno się planować rzeczy i wydarzenia, zwłaszcza takie jak święta, tak, żeby po prostu czerpać z nich przyjemność. Nowoczesne aranżacje, dekoracje, potrawy? Dla mnie bomba. Z prawdziwą radością zjadłbym burgery na kolację wigilijną. Ktoś obok mógłby jeść jarmuż czy cokolwiek innego, o ile oczywiście nie zmuszałby mnie do kosztowania. Naprawdę mam dużą dozę tolerancji dla innowacji w tradycji, a może nawet spory entuzjazm. Nawet dla mnie jednak są pewne granice.

Dzisiaj zwróciłem uwagę na choinkę pod moją byłą uczelnią.

IMG_0752 (1)
Oto ona…

Oczywiście, po zmroku wygląda lepiej. Świeci i w ogóle. Nie jest brzydka ani nic, nadawałaby się na jakąś instalację. Tyle tylko, że zdałem sobie sprawę z tego, że to choinka, dopiero gdy zauważyłem, że zawsze w tym miejscu stało tradycyjne drzewko. Wystarczyłoby, żeby postawiono ją kilka metrów dalej i w życiu bym się nie domyślił.

Mimo wszystko wolę klasyczne drzewko. Jeśli już zamiast niego musi być świetlna instalacja, to wolałbym taką, która ma z tradycyjnym modelem więcej wspólnego niż (mniej więcej) kształt ostrosłupa/stożka. Po prostu.

A dla Was gdzie leży granica między tradycją a jej unowocześnianiem? Taka choinka jest jeszcze okej? Czy może nawet musi być 12 tradycyjnych potraw i nie ma z tym żadnej dyskusji? Dajcie znać, jeśli chcecie.

Akcent muzyczny? Coś zupełnie niezwiązanego ze Świętami. Dla odmiany:

Cóż, to by było na tyle. Ciao!

ENG:

Christmas soon. Wait, not yet, so there is no need to hurry with wishes. I will not write about the magic of Christmas, their familism and other things that you can read about everywhere and every year. No. Today, before you go to the tables or when you get up from them, you can learn about my two doubts about Christmas. Have a nice reading!

1. A propaganda gift?

In our civilization, Christmas is almost inseparably connected with presents. It is rare for someone to break free of this pattern. Ok, let it be, in the end almost everyone likes to get something and giving gifts is also a fun. However, what function should gifts fulfill? Of course, they can carry some content, an idea, be a symbol, make you reflect. This is a specific added value. In my opinion, however, they should primarily please the recipient. That applies especially to those given on Christmas or birthday. Buying them or preparing on your own, you need to pay attention primarily to what will please the beneficiary, and not what you would like him or her to have.

Meanwhile, my beloved mom for many years prepared presents for me rather according to this second pattern. Of course, most often I received also something that pleased me, but, almost always I’ve beeb receiving the books, through which she wanted to instill in me some views. Effect? Haggard. You can’t force anyone to read and I appreciate the free choice of books, so most of gifts landed on the shelf, often opened only once.

Almost exactly a year ago I said: enough. I decided to proceed in the same way and at every opportunity give her another part of a fantasy saga, knowing well that my mother does not read such a genre. Effects? It’s hard to tell, because out of 8 books only 2nd is on the way, but I intend to be consistent. Is this revenge? No, rather possibly the best way to illustrate to my mother her previous actions. After all, she always gets something additional, closer to her taste.

I leave you with this story. You can think about it between carp and poppy seed cake. Let’s move on to the second of my doubts, which is …

2. Wasting the traditions?

You know that I am not a special enthusiast of customs and especially doing anything, „because it was always done”. I think that things and events, especially such as Christmas, should be planned in a way enabling getting the pleasure from them. Modern arrangements, decorations, food? That’s fine with me. I would eat burgers for Christmas Eve supper with a real joy. Someone else could eat kale or whatever else, unless of course he or she would force me to try that. I really have a lot of tolerance for innovation in tradition, and maybe even a lot of enthusiasm. Even for me, however, there are limits.

Today I paid attention to the Christmas tree under my former university (you can see it above).

Of course, it looks better after dark. It shines and so on. It is not ugly or anything, it would be nice as some kind of art installation. Only that I realized that it was a Christmas tree, only when I noticed that there was always a traditional tree in this place. It would be enough to put her a few meters away and I would not guess in my life.

In spite of everything, I prefer a classic tree. If there must be a light, electric installation instead, I would prefer one that has more in common with the traditional model than (more or less) the shape of a pyramid / cone.

And for you where is the boundary between tradition and its modernization? Is this Christmas tree still okay? Does it has to be 12 traditional dishes on the table and there is no discussion? Let me know, what’s your opinion.

As always, you can find weekly piece of music above. That’s absolutely not related to the Christmas, but it’s quite cool.

That’s all for now. Ciao!

Błahy błąd?

A trivial mistake? [English version below].

Zabiegany dzień. Uczelnia, kościół, IKEA i znowu uczelnia. Ciekawy zestaw, co? Konserwatywno-konsumpcyjny. Może nie idealna niedziela, ale konieczna.

W tym zamieszaniu przydałoby się cokolwiek zjeść. Najlepiej gdzieś w połowie tego maratonu. Pierwszym wyborem był hot-dog z Żabki. I co? Oczywiście jak na złość w Żabce, którą wybrałem, żadnych nie było. Chyba. Przynajmniej żadnych nie widziałem. Nie dopytywałem, bo nie lubię robić z siebie debila. Uciekłem się więc do odwiecznego ratunku, czyli do McDonalds’.

Wszedłem. Sporo ludzi, czasu do autobusu niewiele, ale nic to. Wybrałem maleńkie zamówienie (Cheese i małe frytki) poprzez panel samoobsługowy, zapłaciłem, pobrałem paragon z numerkiem, obróciłem się do punktu wydawania i…

Znacie to uczucie, gdy zrobicie coś i natychmiast uświadamiacie sobie, że to był błąd? Po prostu wiecie. Od razu. Nawet nie trzeba się zastanawiać. To błyskawiczna myśl pod hasłem: „ku*wa, zje*ałem”. Dobrze, jeśli przynajmniej nie wypowie się jej na głos.

Właśnie tak miałem w tym momencie. Zobaczyłem przed sobą morze głów. Mój wspaniały numerek 010 miał się nijak do pierwszego na liście realizowanych 072. Przede mną było potencjalnie ponad 30 osób, których jedzenie miało być przygotowane wcześniej niż moje. Ponad 1/3 całego fastfoodowego zakresu numerków. Do odjazdu mojego autobusu zostało kilkanaście minut. Jedno wielkie faaaaaaaaaak – tylko tyle tłukło się w mojej głowie.

Właśnie w ten sposób minęły kolejne minuty. Denerwowałem się niemiłosiernie, także na siebie. Zastanawiałem, po co w ogóle zdecydowałem się na to jedzenie i czemu bardziej nie przemyślałem tematu. I co?

InkedIMG_E0722_LI
Od jedzenia do wkurzenia!

I nic. Numerki jakoś przesuwały się do przodu i w końcu dopadłem swój „obiad/lunch”. Spakowałem kanapkę do kieszeni i popędziłem na przystanek, po drodze jedząc frytki. Po drodze oczywiście musiałem czekać na światłach, ale w końcu dotarłem. Dojadłem frytki do końca i zabrałem się za kanapkę. Mogłem, bo nie wiadomo jakim cudem dotarłem na miejsce jeszcze przed godziną odjazdu. Mogłem tym bardziej, że autobus i tak się spóźnił… Kolejny błąd, nie trzeba było się spieszyć.

Następny przystanek: IKEA. Tragedia. Kolejny błąd. Może nie była nim zgoda na przyjazd tutaj, ale wybrany moment już raczej tak. W niedzielę, przed godziną 15, tydzień przed świętami? 2/10, nie polecam. Przeciskając się przez tłum ludzi, nie wykazując najmniejszego entuzjazmu zaskakująco szybko znalazłem pożądaną rzecz. Tak… Tak naprawdę trafiłęm tylko na egzemplarz wystawowy, takich do zakupu nie potrafiłem zlokalizować. Co najmniej dwa razy biegałem od wystawy do magazynu i z powrotem. Długo bezskutecznie rozglądałem się za jakimś pracownikiem, bo wszyscy nagle jakby zapadli się pod ziemię. Kombinowałem i kombinowałem.

W końcu udało mi się dowiedzieć, że to ostatnia sztuka i mogę ją zabrać. Zacząłem więc znów wędrówkę przez dziki tłum, myśląc już o tym, ile czasu zmarnuję w ogromnej kolejce do kasy. Okazało się, że…

Malutko. Przede mną znalazły się 3 osoby, z czego dwie razem, więc ten etap udało się pokonać zadziwiająco szybko. Gorzej, że zaraz po płatności zorientowałem się, że zakupiona rzecz jest uszkodzona. Może nie w sposób uniemożliwiający jej wykorzystanie, ale mimo wszystko… KOLEJNY FAIL!

Oczywiście na autobus powrotny musiałem trochę poczekać i oczywiście nie zatrzymywał się na najdogodniejszym dla mnie przystanku. Trudno. Tego się nie przeskoczy. Dotarłem na uczelnię, usiadłem na wygodnej kanapie i, mając jeszcze pół godziny do kolejnego wykładu, zabrałem się za jakieś sprawy. Ponieważ jeden telefon mi umarł (czyt. rozładował się), a drugi był bardzo bliski tego stanu, raczej do nich nie zaglądałem. Miałem co robić.

Tuż przed rozpoczęciem wykładu dziarsko pomaszerowałem pod salę. Osób nie było wiele, ale zdarza się. Zająłem się swoimi sprawami i cierpliwie czekałem… Do czasu aż nie usłyszałem jak ci pozostali mówią, że podobno wykład zaczął się przed czasem, jakieś czterdzieści pięć minut wcześniej. Prawie mnie szlag trafił. Wszedłem z tymi ludźmi do sali, usiadłem sobie z boku i zacząłem słuchać, jednocześnie zajmując się też innymi sprawami (ochłonąłem trochę, gdy okazało się, że i tak prowadzony jest w oparciu o materiały, które już dostaliśmy). Skończyliśmy wcześniej, więc profit, ale czego nie usłyszałem to moja strata.

Znów mój błąd? Może trochę tak. Mogłem zadbać wcześniej o lepsze naładowanie telefonów, a wtedy na pewno śledziłbym to, co dzieje się w sieci (wiem, to smutne). Z drugiej strony nie mam obowiązku wyczekiwania informacji, czy przypadkiem wykład zaplanowany na 16:15 nie zacznie się o 15:30. Bez przesady!

Jakaś puenta? A może po prostu chciałem Wam streścić swój dzień? Bez obaw, jest pewien wniosek z tego wszystkiego. W tym zabieganym dniu nie wszystko poszło tak jak powinno. Ba, sporo rzeczy nie zadziałało prawidłowo. Gdybym dłużej się zastanowił nad pewnymi sprawami, lepiej je zaplanował, mógłbym sobie oszczędzić przynajmniej części nerwów.

Tyle tylko, że… To wszystko błahostki, a część tych „błędów” w sumie wyszła mi na dobre. Postałem w kolejce w McDonalds’ zamiast stać na zimnym przystanku. Zmęczyłem się tłumem w IKEI i kupiłem niedoskonały produkt, ale kupiłem. Skoro to był ostatni egzemplarz, to ktoś mógłby mi go zgarnąć sprzed nosa. Straciłem część wykładu, ale nadrobię to sam, a przynajmniej zrobiłem rzeczy, na które brakowało mi czasu i wróciłem szybciej do domu. Ze wszystkiego, nawet z błędów, można wyprowadzić jakąś korzyść. Nie musi nią być tylko nauka. Ot, naiwny morał na dziś.

Akcent muzyczny? Boski utwór ku pamięci HEY, skoro nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zespół wróci:

P S Dobrego tygodnia!

P S 2 Zdaje się, że kończy się blogowanie na blog.pl. Smuteczek i jeszcze nie wiem, co dalej. Na pewno będę tu pisał o jakimś nowym adresie, ale dla pewności zaglądajcie też na >>Facebooka<<. On zapewni ciągłość.

ENG:

A busy day. University, church, IKEA and again the university. That’s the interesting set, isn’t it? Conservative consumption. Maybe not the perfect Sunday, but necessary.

In this confusion, it would be nice to eat something. It’s best somewhere in the middle of this marathon. The first choice was the hot dog from Żabka. And what? Of course, unluckily at the shop, which I chose, there were none. I guess. At least I have not seen any. I did not ask, because I do not like to make a moron of myself. So I resorted to an eternal rescue, which is McDonalds’.

I went in. A lot of people, not much time for the bus, but it was OK. I chose a small order (cheeseburger and small fries) through a self-service panel, I paid, I received a receipt with a number, I turned to the point of issue and …

Do you know this feeling when you do something and immediately realize that it was a mistake? You just know. Instantly. You do not even have to think about it. It’s a quick thought under the slogan: „sh*t, I fu*ked up”. Well, it’s good if at least it isn’t spoken out loud.

That’s what happened at the moment. I saw a sea of heads in front of me. My wonderful number 010 was nothing in comparison with 072, which was the first on the list of being realized. In front of me there were potentially more than 30 people, whose food was to be prepared before mine. Over 1/3 of the whole fast-food range of numbers. There have been several minutes to departure of my bus left. One big swearword – that’s all that I had in my mind.

This is how the next minutes have passed. I was angry, even at myself, I wondered why I had decided to eat at all and why I hadn’t thought about it any more. And you know what?

And nothing. The numbers somehow moved forward and I finally got my „dinner / lunch”. I packed the sandwich in my pocket and rushed to the bus stop, eating French fries along the way. On the way, of course, I had to wait at the traffic lights, but finally I arrived. I ate the fries to the end and started a sandwich. I could, because it is not known how, but I had got to the place before the departure time. I could even more, because the bus was late anyway … Another mistake, there was no need to hurry.

Next stop: IKEA. Tragedy. Another mistake. Maybe not the consent to come there, but the chosen moment was really bad. On Sunday, before 3pm, the week before Christmas? 2/10, I do not recommend. Squeezing through the crowd of people, without showing the slightest enthusiasm, I found the desired thing surprisingly quickly. Yes … In fact, I only came across a exhibited copy, but I could not locate such items for purchase. I ran at least twice from the exhibition to the warehouse and back. I unsuccessfully looked around for any employee for a long time, because everyone suddenly fell under the ground. So I thought and contrived.

In the end, I managed to find out that this is the last item and I can take it. So I started walking through the wild crowd again, thinking about how much time I would waste in a huge queue to the cash register. It turned out that…

It was really short. There were 3 people in front of me, two of them together, so this stage was overcome amazingly fast. Worse, that immediately after the payment I realized that the purchased item is damaged. Maybe not in a way that makes it impossible to use it, but still … ANOTHER FAIL!

Of course, I had to wait a bit for the return bus and of course it didn’t stop at the most convenient stop for me. Whatever. That’s beyond my range. I got to the university, sat on a comfortable couch and, having another half hour to the next lecture, I took on some matters. Because one of my phones died (read: it discharged) and the other one was very close to this state, I almost did not look at them. I had another things to do.

Just before the beginning of the lecture, I walked briskly near the classroom. There were not many people, but it happens. I took care of my affairs and waited patiently … Until I heard the rest of students saying that the lecture was said to have begun before the time, about forty-five minutes earlier. I almost got furious. I entered the classroom with these people, sat down at the side and started listening, while also dealing with other matters (I cooled down a bit when it turned out that the lecture was still run on the basis of the materials we already received). We finished earlier and that’s cool, but that, what I did not hear, is my loss.

My mistake again? Maybe a bit like that. I could take care of better phones charging earlier, and then I would definitely follow what is happening on the net (I know it’s sad). On the other hand, I have no obligation to wait for information, whether by accident the lecture scheduled for 16:15 will not start at 15:30. That would be too much!

Any moral? Or maybe I just wanted to summarize my day? No worries, there is a certain conclusion from all of this. On this busy day, not everything went as it should. Well, a lot of things did not work properly. If I had thought about some matters for a little bit longer time, planned them better, I could save at least some of the nerves.

It’s just that … It’s all trivialities, and some of these „mistakes” in total came out for good. I stood in the queue at McDonalds’ instead of standing at the cold bus stop. I got tired of the crowd at IKEA and bought an imperfect product, but I bought it. It was the last copy and someone could take it away from my nose. I’ve lost part of the lecture, but I’ll fill the gaps myself, but at least I did things that I did not have enough time to and I got back home earlier. You can derive some benefit from everything, even from mistakes. It does not have to be just learning. Well, that’s the naive moral for today.

As always you can find weekly piece of music above. That’s a cool polish rock. Unfortunately that band just took a break and no one knows for how long. 

P S Have a nice week!

P S 2 It seems that blogging on blog.pl ends. That’s sad and for now I do not know what to do next. I will definitely write here about some new address, but to be sure you’ll get it, check out  my >> Facebook << page. It will provide continuity.

Szara rutyna.

Grey routine [English version below].

Praca i studia, studia i praca. Tak w kółko, więc, choć żadna z tych rzeczy nie jest nudna, rutyna skutecznie mnie dopada. Zwariować można. Jest szaro (a przynajmniej bywa), zimno  i smutno (całkiem często). Zmęczenie atakuje. Mimo ciągłej aktywności lista rzeczy do zrobienia wcale się nie skraca. Wręcz przeciwnie. Chciałoby się zawołać: jak żyć?

Na dłuższą metę tak się nie da. Trzeba coś zrobić, żeby nie oszaleć. Wznieść się ponad tę wszechobecną szarość, choć na chwilę. Jakieś pomysły?

IMG_0701
Ponad szarością codzienności błękit nieba…

Wiadomo, są urlopy, rzadkie wolne dni, które dają chwilę oddechu, ale chodzi mi o coś innego. O wybranie się gdzieś, zrobienie czegoś, do czego będzie można potem wracać myślami i mówić „To było coś!”. To nie musi być nic wielkiego w obiektywnych kategoriach. Ważne, żeby pozwoliło Wam odciążyć mózg, oderwać się od bieżących służbowych czy naukowych problemów i po prostu dało możliwość cieszenia się chwilą. Włóczenie się po mieście z kumplem, rozmawiając o wszystkim i o niczym? Super! Wizyta u koleżanki i zajadanie się lodami czekoladowymi? Fantastycznie! Dalekie wojaże, dobrze zaplanowane i te improwizowane też oczywiście się liczą, ale wiadomo, że one trafiają się rzadziej. Trzeba więc posiłkować się małymi rzeczami.

Obecnie jest o nie jeszcze łatwiej, ponieważ w okresie przedświątecznym mamy do dyspozycji mnóstwo świątecznych jarmarków o urzekającym klimacie. Zebranie dobrego towarzystwa i przeglądanie ofert kolejnych straganów, wypicie grzańca, zrobienie drobnych zakupów i strzelenie miliona klimatycznych zdjęć też sprawią, że choć na chwilę uda się wyrwać przytłaczającej rutynie. Chyba warto spróbować, prawda? To tyle refleksji w to niedzielne popołudnie. Bierzcie się do dzieła!

Piosenka do tego tekstu? Wybór był oczywisty:

P S W całej tej rutynie czasem coś ciekawego pojawia się na moim Snapchacie (@cgdenys), zatem możecie tam zaglądać. Zapraszam.

ENG:

Work and studies, studies and work. So over and over again, so, although none of these things is boring, routine is catching me up. You can go crazy. It is grey (at least sometimes), cold and depressing (quite often). Fatigue attacks. Despite the continuous activity, the to-do list isn’t getting any shorter. It only extends. One would like to exclaim: how to live?!

In the long run, this is not possible. You have to do something not to go crazy. To rise above this ubiquitous gray, though for a moment. Any ideas?

Well, there are holidays, rare free days that give a moment of breath, but I mean something else. I talk about going somewhere or doing something to what you can come back later with your thoughts and say, „That was something!” It does not have to be anything big in objective terms. It is important to let you relieve the brain, break away from current business or scientific problems and simply enjoy the moment. Wandering around the city with a friend, talking about everything and nothing? Cool! A visit to a friend and eating chocolate ice cream? Fantastic! Long journeys, both planned and improvised, of course, count, but it is obvious that they happen less often. So you have to focus on small things.

Currently, it is even easier, because in the pre-Christmas period we have plenty of Christmas markets with a charming atmosphere. Gathering good company and browsing the offers of all the stalls, drinking mulled wine, making small purchases and shooting a million climatic photos will also make it possible for you to snatch away the overwhelming routine. It’s worth a try, right? That’s all the reflection on this Sunday afternoon. Go, do something about that! 

Weekly piece of music? You can find it above. It’s quite good and related to this text, but unless you know the Polish, you have to believe my words.

In all this routine something interesting sometimes appears on my Snapchat (@cgdenys), so you can look there. I invite you.

Półtorej miesiąca wcześniej!

One and a half month earlier! [English version below.]

Tak się szczęśliwie złożyło, że dziś po raz pierwszy od kilku tygodni mam prawdziwie wolny dzień. Nie musiałem iść do pracy ani na uczelnię, ani nawet nadrabiać pilnych zaległości z pracy. To coś pięknego!

W miarę się wyspałem, zjadłem śniadanko, poszedłem do kościoła. Troszkę się poobijałem, owszem, ale porobiłem też jakieś odrobinę bardziej pożyteczne rzeczy. Pewnie dzień dalej mijałby mi na umiarkowanym lenistwie, przerwanym jeszcze na napisanie tekstu jak ten, tylko nudniejszego, ale…

Olśniło mnie! Przypomniałem sobie, że doskonale wiem, że w najbliższym czasie zrobi się znacznie gorzej. W pracy i na studiach będzie mnóstwo rzeczy do zrobienia (zwłaszcza po Nowym Roku) i może warto już teraz odjąć sobie choć część z nich?

Poruszyłem więc na forum temat prezentacji będących częścią zaliczenia z pewnego przedmiotu i czekam na odzew. W międzyczasie natomiast zabrałem się za pisemną pracę, która będzie podstawą zaliczenia innego. Oddać ją należy dopiero za jakieś półtorej miesiąca, więc czasu jest mnóstwo. Postanowiłem więc dzisiaj przynajmniej sprecyzować swój temat i coś zacząć, żeby w przyszłości, gdy będzie ciężko, mieć już punkt zaczepienia.

IMG_E0676
Ruszyłem!

Gdy jednak przebijałem się przez dzikie zakamarki merytorycznego internetu, a także przez kolejne akty prawne, zaczęła mi się krystalizować koncepcja, którą uważam za całkiem sensowną. Zabrałem się zapisanie i… Cóż, wpadłem w ciąg. Nie wyobrażam sobie, że dzisiaj nie skończę. W zasadzie został mi do dopisania już tylko jeden, podsumowujący akapit. W styczniu będę miał o jedną rzecz do zrobienia mniej!

Czy do czegoś namawiam tym wpisem? Tak. Macie wreszcie trochę wolnego, upragnionego czasu? Zastanówcie się, czy nie warto go spożytkować na coś, co będzie Wam wisiało nad głową za miesiąc, półtorej, dwa. Wiadomo, przy nawale roboty, jeśli tylko można, chce się odpocząć. Rozumiem to, bo najczęściej też tak mam. Poświęcenie się jednak czemuś innemu niż sprawy bieżące, nawet jeśli wymaga to wysiłku, też może być odpoczynkiem, bo mózg odrywa się od monotonii i zaczyna pracować nad czymś innym.

Zysk w czasie jest nieoceniony. Jeśli z wyprzedzeniem ruszycie cokolwiek z przyszłych wyzwań, niebawem sami sobie podziękujecie. Po prostu.

Co dziś w kąciku muzycznym? Coś pięknego i raczej nie powiązanego z tekstem:

Ciao!

ENG:

It happened so happily that today for the first time in a few weeks I have a truly free day. I did not have to go to work or university, or even deal with urgent work arrears. It’s wonderful!

I slept almost long enough, ate breakfast, went to church. I lazed a little bit, but I also did some useful things. I would probably spend a day on moderate laziness, interrupted only to write a text like this, only even more boring, but …

I got enlighted! I remembered that I know very well that things will get much worse in the near future. At work and during studies there will be plenty of things to do (especially after the New Year) so maybe it’s worth dealing with some of them now?

So I wrote on the forum about the presentations being part of the passing one subject and I wait for a responses. In the meantime, I started to write a paper, which will be the basis for passing another. It will be needed only in about a month and a half, so there is plenty of time. So I decided at least to choose precisely my topic and start some work today, so in the future, when it will be plenty of work to do, I will have a starting point.

However, when I was breaking through the wild recesses of the substantive internet, as well as through successive legal acts, I started to crystallize the concept, which I consider to be quite sensible. I started to write and … Well, I fell into a creative sequence. I can not imagine that I will not finish it today. In fact, there is only one more, summarizing paragraph to be written. I will have one less thing to do in January!

Do I urge something with this entry? Yes. Have you finally got some free time? Consider utilizing it for something that will be hanging over your head in a month or two. It is obvious that when you have the mass of work, you want to rest whenever you can. I understand this because I usually have the same feelings. However, dealing with something other than current affairs, even if it requires effort, can also be a rest, because the brain breaks away from monotony and begins to work on something else.

Profit in time is invaluable. If you start facing any of the future challenges ahead of time, you will thank yourself soon. It’s so simple.

Weekly piece of music? You can find it above. It’s rather not related to this post, but it’s so beuatiful! Enjoy!

Zmęczenie.

Tiredness [English version below].

Dziś będzie krótko. Miałem naprawdę ciężki, wyczerpujący tydzień. Nieco trudniejszy okres w pracy, a do tego (lub przez to) drobne kłopoty zdrowotne sprawiły, że mam dość. Co gorsza, to wcale nie skończyło się w piątek, a trwa niemalże do teraz. Słabo.

Nie mam nawet siły za bardzo się tu rozpisywać. Najchętniej bym spał, ale na to też brakuje czasu. Słucham więc wykładu i jednocześnie piszę.

IMG_0668
Oto dowód.

Ale wiecie co? Jest w tym jedna pozytywna rzecz. Przy tym przytłoczeniu naprawdę doceniam drobiazgi. Kilka minut oglądania śmiesznych treści na YT stało się czymś wyczekiwanym, a możliwość obejrzenia kolejnego odcinka serialu – prawdziwą gratką. Nawet zwykła herbata zaczęła smakować lepiej.

Dochodzę do wniosku, że to właśnie takie małe rzeczy nadają życiu smak. Trzeba skupić się na nich.

Energiczny akcent muzyczny, by zebrać siły na kolejny tydzień zmagań:

Trzymajcie się!

ENG:

It will be short today. I had a really tough week. It was mostly because of a harder period at work. In addition (or as a result), I had a minor health problems. I’ve simply been feeling exhausted. Worse yet, it did not end on Friday, but lasts until now. That’s bad.

I don’t even have enough strength to write a lot here. I would like to sleep, but I have no time for that. So I listen to a lecture and write this text at the same time.

But you know what? There is one positive thing about this. With this overwhelming I started to really appreciate the trifles. A few minutes of watching funny content on YT has become something to be awaited and the opportunity to watch the next episode of the series – a real treasure. Even ordinary tea began to taste better.

I come to the conclusion that these little things are what give your life a taste. You have to focus on them.

Weekly piece of music? You can find it above. It’s classic cover of a classic. It may not be fully adequate to this text, but it should give us all the energy for the next week.

Take care!

Przekonaj się sam!

See for yourself! [English version below.]

Recenzje, opinie, oceny. W gąszczu popkultury są nieodzowne, bo przy obecnej jej obfitości po prostu nie da się obejrzeć/przeczytać/przesłuchać wszystkiego. Przed zaplanowaniem wizyty w kinie wizyta na Filmwebie lub jego zagranicznych odpowiednikach wydaje się konieczna. Tyle tylko, że to może być bardzo mylące. Wszak wszystkie te oceny to tylko subiektywne opinie (thank you, Captain Obvious!). Prawda, gdy mnóstwo ludzi twierdzi, że coś jest szmirą, to prawdopodobnie nią jest. Może jednak się okazać, że akurat Tobie to coś się spodoba.

Ja przed każdym seansem sprawdzam tylko średnią ocenę filmu. Tak na wszelki wypadek. Recenzje czytam bardzo rzadko i jedynie z bezpiecznych źródeł. W końcu żyjemy w czasach nieustannego ryzyka trafienia na spoiler. Poza tym nie chcę się za bardzo sugerować.

Zdradzę Wam mroczny sekret. Mimo, że wiele osób uważa filmy DC za gnioty, ja je całkiem lubię. Tak, nawet „Zieloną Latarnię”. Zgadzam się, że Marvel robi lepsze kino superbohaterskie, ale ma w tym w końcu więcej doświadczenia. Produkcje DC stają się coraz lepsze, co zresztą widać. W każdym razie postanowiłem podtrzymać moją tradycję chodzenia do kina na co drugi film tego uniwersum (byłem na MoS i BvS, oba uważam za całkiem ok, choć ten drugi rzeczywiście był chaotyczny) i zaraz wychodzę do kina na „Ligę Sprawiedliwości”. Tym bardziej, że katowickie Multikino ma obecnie naprawdę atrakcyjne ceny  (o tym >>tutaj<<). Większość opinii jest taka, że nie jest źle, ale szału też nie ma. Jaka będzie moja? Zaraz się przekonacie, bowiem dokończę ten tekst zaraz po powrocie.

3…

2…

1…

IMG_0665
Selfie z superbohaterami?

Wróciłem. Podobało mi się. Bardzo. Jedyne, na co mogę narzekać, to kolejka do kasy i marudząca w niej starsza pani. A film?

Świat mroczniejszy niż marvelowski, co zostało doskonale pokazane (film wygląda bardzo dobrze). W miastach widać brud, biedę, problemy. Tym razem jednak DC nie wpada w niepotrzebny patos. Jest poważnie, czasem wzruszająco, ale zawsze znajdzie się miejsce na odrobinę humoru. Cieszą też ciekawie zarysowani bohaterowie: intrygujący Cyborg i nieradzący sobie z otaczającą go rzeczywistością Flash. Aquaman? Ok, ale liczyłem na coś lepszego. Najsłabszym punktem filmu jest chyba sama fabuła, nieskomplikowana i niezbyt oryginalna. Z drugiej strony ani przez chwilę się nie nudziłem. Nie czułem pokusy spojrzenia na zegarek, co zdarzało mi się podczas filmów Marvela. Gdy widać było, że to już prawie koniec, byłem zawiedziony, że tak szybko. 6,6 na Filmwebie to stanowczo za mało.

Oczywiście, że tylko według mnie. W końcu o tym jest ten wpis. Nie warto się kierować cudzymi opiniami, bo każdy ma inny gust. Najlepiej przekonać się samemu. Jak to jednak zrobić, skoro filmów do obejrzenia jest cała masa? Nie mam pojęcia. Może trzeba losować.

Akcent muzyczny? Żeby było tematycznie, utwór wykorzystany w „Lidze Sprawiedliwości”:

To by było na tyle. Dobrego tygodnia.

ENG:

Reviews, opinions, ratings. They are necessary in modern pop culture, because it’s so plentiful now, no one is able to see/read/listen to everything. Visting the Filmweb or some of its foreign equivalents seems to be obligatory before going to the cinema. However, it can be very confusing. After all, these ratings are only subjective judgements (thank you, Captain Obvious!). Well, when a lot of people claim that something is a shit, it probably is. However, it may turn out that despite all the negative opinions you like that thing.

Before each show I check only the average rating of the film. Just in case. I read reviews very rarely and only from safe sources. Finally, we live in a time of constant risk of hitting the spoiler. Besides, I do not want to suggest myself too much.

I will tell you a dark secret. Although many people consider DC movies a dump, I like them quite well. Yes, even the „Green Lantern”. I agree that Marvel makes better superhero movies, but also has more experience in that. The DC productions are getting better and better, as you can see. Anyway, I decided to uphold my tradition of going to the cinema for every second movie of this universe (I was on MoS and BvS, both of which I consider quite ok, though the latter was chaotic indeed) and in a minute I am going to the cinema to see the „Justice League”. Most of the opinions says that it is not bad, but it is not awesome either. What will I say? You will  know  just now, because I’m going to finish this text right after my return.

3…

2…

1…

I’m back. I enjoyed the movie a lot. The only thing i can complain about is the queue to the cash desk and the grumbling old lady in it. Coming back to the movie…

The world is darker than Marvel’s, what was perfectly displayed (the film looks very good). In the cities you see dirt, poverty, problems. This time, however, DC does not fall into unnecessary pathos. The movie is serious, sometimes touching, but there is always room for a bit of humor. I also really like the new characters: intriguing Cyborg and Flash hardly dealing with the surrounding reality. Aquaman? He’s okay, but I was hoping for something better. The weakest point of the film is probably the story itself, uncomplicated and not very original. On the other hand, I was not bored for even a moment. I did not feel the temptation to look at my watch, what sometimes was happening to me during Marvel’s films. When it was almost over, I was disappointed it was so short. 6.6 on the Filmweb is definitely not enough.

Of course, only in my opinion. That is what is this text all about. You shouldn’t bother with others’ opinions, because everyone has a different taste. You should just assess the movie on your own. But how to do it, since there is an enormous number of movies to watch? I have no idea. Maybe you need to pick them by accident.

Weekly piece of music? You can find it above. It is related to the text as it was used in the movie.

That’s all for now. Have a nice week.

Nie ma czego świętować?!

There’s nothing to celebrate, is there? [English version below.]

11 listopada. Dzień Niepodległości. Z tej okazji jeden z moich znajomych znowu udostępnił wypowiedź George’a Carlina o braku zrozumienia dla narodowej dumy. Przecież nie mieliśmy żadnego wpływu na to, w jakim kraju i z jakim obywatelstwem się urodziliśmy. Logicznym wnioskiem z tej wypowiedzi jest to, że nie ma co szaleć z celebrowaniem świąt narodowych.

Od razu coś się we mnie buntuje przeciwko takiemu podejściu. Chciałem zaprotestować, wdać się w polemikę, ale… Zabrakło mi argumentów. To dlatego, że jest sporo racji w tej wypowiedzi. Na szczęście dzisiaj mnie olśniło, że do tematu można podejść inaczej.

Skoro nie ma sensu świętować tego, na co nie ma się wpływu, zacznijmy od pozbycia się Dnia Kobiet i Dnia Mężczyzn. Okej, tu ktoś może mi zarzucić, że w XXI w. ma się wpływ na swoją płeć, ale dajcie spokój, osoby trans to mniejszość, skupmy się na większości.

Jasne, niektórzy może ucieszyliby się z likwidacji tych świąt, ale podejrzewam, że nieliczni. Czy to dlatego, że przy ich okazji dostaje się prezenty (albo przynajmniej dające radość drobiazgi)? Raczej nie. Myślę, że nie chodzi o materializm. Może raczej o symboliczną emanację tego, kim się jest i akceptację takiego stanu.

Idźmy dalej! Nie ma się żadnego wpływu na to, kiedy się urodziło, że w ogóle się urodziło albo jak się ma na imię. Po co więc celebrować urodziny lub imieniny? Podążając dalej tym tropem dojdziemy do sytuacji, w której zostanie nam bardzo niewiele okazji do świętowania. Rocznice ślubu, Dni Matki i Ojca (o ile dzieci były planowane) i może jeszcze święta religijne, bo w końcu wiarę wybiera się samemu. Zderzenie z absurdem staje się niebezpiecznie prawdopodobnie. Przecież większość lubi świętować.

IMG_0652
Biel i czerwień? Czy szarość?

Może więc warto jednak obchodzić uroczystości państwowe i być dumnym ze swojego obywatelstwa? Nie chodzi przecież o to, żeby czuć się lepszym od innych, ale o poczucie wspólnoty, jednej z największych, do jakich możemy należeć. O radość z sukcesów sportowców reprezentujących nasz kraj. O promowanie polskiej muzyki, czyli nie tylko Chopina, ale też Michała Urbaniaka, The Dumplings czy Vadera. O satysfakcję, gdy wreszcie znowu nasz rodak zdobędzie nagrodę Nobla. O dumę z tego, że Maria Skłodowska-Curie była Polką.

Patriotyzm to nie dążenie do supremacji własnego narodu. Spróbujecie?

Akcent muzyczny? W temacie. Zapewne już tu kiedyś publikowany. Cover. Nadal rewelacyjny:

P S Snapchat: @cgdenys. Czasem coś się dzieje, sprawdzajcie.

ENG:

November 11th. The Independence Day (of Poland ofc). Because of that, one of my friends shared George Carlin’s statement again. It’s about lack of understanding for national pride. After all, we had no influence on that, in what country and with what citizenship we were born. Logical conclusion is, there’s no need to care about national holidays.

From the very beginning something inside me started to rebel against such an approach. I wanted to protest, discuss, but… I had no arguments. It’s because there is plenty of sense in that opinion. Fortunately, today i became enlighted. There’s another way to approach this subject.

Since there is no point in celebrating that, what is not dependend on you, let’s start by getting rid of the Day of Women and Men’s Day. Okay, someone here can point out that in the 21st century you can decide about your sex, but come on, trans people are a minority, let’s focus on the majority.

Sure, some may be happy to wind up these holidays, but I suspect there are few. Is it because most of people get gifts (even small)? Probably not. I think it’s not about materialism. Perhaps it is a symbolic emanation of who the person is and her/his acceptance of such a state.

Let’s go further! You had no impact on when you were born, that you were born in the first place or what name you got. Therefore, there’s no point in celebrating a birthday or a name day. Following this way of thinking, we will quickly come to a situation where we will have very few opportunities to celebrate. Anniversary of the wedding, Mother’s Day or Father’s Day (but only if the children were planned) and maybe additionally religious holidays, because finally your faith is chosen by you. Collision with the absurd becomes dangerously probable. After all, most people like to celebrate.

So perhaps celebrating state ceremonies and being proud of your citizenship are good things after all? It is not about feeling better than others, but about the sense of community, one of the greatest we can be part of. About the joy of the successes of athletes representing our country. About promoting Polish music, not only Chopin, but also Michał Urbaniak, The Dumplings and Vader. About the future satisfaction when our compatriot will win the Nobel prize again. About being pride of the fact that Maria Skłodowska-Curie was Polish.

Patriotism is not the pursuit of the supremacy of one’s own nation. Will you try it?

Weekly piece of music? Matching with the subject of this text. A cover. Still sensational. You can find it above.

P S Check out my Snapchat: @cgdenys. Interesting things happen there. Sometimes.

Wolność od tradycji!

Freedom from tradition? [English version below.]

Zwyczaj, tradycja, kultura, dziedzictwo. Ostatni tydzień był tego pełen. 1 listopada, 2 listopada, a wcześniej 31 października. Tak, bo tradycje się mieszają. Zapalanie zniczy, dekorowanie grobów kwiatami, wspominanie zmarłych to polska klasyka, ale nie żyjemy w próżni i w czasach globalizacji zwyczaje migrują.

Wiecie, o czym mówię, prawda? W każdym razie wrócimy do tego później. Ważne jest to, że tradycje mogą być piękne, są świetną sprawą i tak dalej, ale(!) powinny zawsze opierać się na zasadzie dobrowolności. Przecież żaden przepis nie nakazuje bawienia się w znicze.

W środę spotkałem się z rodziną na cmentarzu. Gdy zapalałem światełko przy jednym z grobów, podeszło do niego kilka osób. Ja, z uwagi na moje słabe zdolności interpersonalne, szybko się stamtąd ewakuowałem, natomiast moja ciocia podeszła i zaczęła z nimi rozmawiać. Szybko okazało się, że to faktycznie nasza dalsza rodzina.

Ciocia wróciła do nas, a tamci zapalili swoje znicze, postali chwilę i poszli. Ciocia była w szoku, że spędzili tam tak mało czasu. A ja sobie pomyślałem: kurczę, to ich sprawa. Nie udają, nie stoją przy grobie na siłę, żeby pokazać się ludziom. Mogliby w ogóle nie przychodzić, bo przecież o przodkach pamięta się w głowie, a nie na kamiennej płycie.

Swoją drogą duże groby, jak to u nas, to dyskusyjny pomysł. Cmentarze zajmują mnóstwo miejsca i tak naprawdę nie wiadomo po co. Miejsca pamięci mogłyby być mniejsze, przez to bardziej kameralne (choćby kaplice z pamiątkowymi płytami). Widoczny symbol by był, problemów mniej, a i tak pamięta się w swoim umyśle. Dlatego też nie potępiam kogoś, kto nie dba o groby swoich przodków (nie myje ich i nie stroi regularnie), zwłaszcza jeśli to nie on planował pogrzeb i nie on na przykład wybierał trudną do czyszczenia płytę marmurową czy jakąkolwiek inną.

IMG_0500
Wznieśmy się ponad tradycję!
We can be over the tradition!

I druga strona medalu: wspomniałem o migracji tradycji. Wszyscy wiedzą, że chodzi o Halloween. 31 października. Noc duchów. Zwyczaj pochodzący ze Stanów Zjednoczonych (tak, podobno tak naprawdę z Irlandii, ale dajcie spokój). Przebrania, dynie, parady, strachy i psikusy.

To nie polski zwyczaj, ale nie mam z tym problemu. Niech każdy bawi się jak chce. Oczywiście pod warunkiem wspomnianej na początku dobrowolności. Z nią natomiast może być problem. Ostatnio na jednej ze stron internetowych z memami pojawił się list oburzonego mieszkańca do swoich sąsiadów. Najprościej rzecz ujmując, chodziło o to, że dzieciaki zbierające cukierki w Halloween ubrudziły/pomalowały (nie wiadomo w jakim stopniu) drzwi do mieszkań tym, którzy nie dali im słodyczy.

Forma listu była wątpliwej jakości (zawoalowane groźby wobec dzieciaków, wulgarny język, niepotrzebne wstawki o frankowiczach) i dobrze, że w komentarzach do tego listu zwracano na to uwagę. Przeraziło mnie natomiast to, że mnóstwo ludzi używało argumentacji na poziomie „jakby nie skąpił na cukierki, to by nie miał problemu”.

Słucham?! Co to w ogóle za absurd?! Istnieje chyba poszanowanie cudzej własności? Przynajmniej powinno. Sporo ludzi pisało też, żeby człowiek ten się nie wygłupiał, tylko poświęcił kilka minut na wyczyszczenie drzwi. Pomijam to, że nie wiemy, w jakim stopniu zostały one ubrudzone (być może już zniszczone). Po prostu tak się nie robi. Jak ktoś napisał: co będzie następne? Dawanie przez dzieciaki w pysk tym, którzy nie dadzą im cukierków? Nie dajmy się zwariować.

Rozumiałbym jeszcze szyderstwo z oburzenia tego człowieka, gdyby Halloween było naszym zwyczajem, obchodzonym od dziesiątek, setek lat. Tak jednak nie jest. To zwyczaj, który w naszym kraju pojawił się kilka, najwyżej kilkanaście lat temu. Nie dziwi więc, że mnóstwo ludzi nie chce go obchodzić. Nie musi i nie powinno czuć się przymuszane groźbą głupiego „psikusa”. Szanujmy się nawzajem i swoją wolność osobistą też.

Akcent muzyczny? Nie bardzo związany z tym wpisem, nie musi się podobać, ale ma w sobie to coś:

ENG:

Custom, tradition, culture, heritage. The last week was full of them. November 1st, November 2nd, and earlier October 31st. Yes, the last one also counts, because traditions mix. Lighting candles, decorating graves with flowers, reminiscing dead are polish classics, but we do not live in a vacuum and habits migrate in times of globalization.

You know what I’m talking about, don’t you? Anyway, we will return to this later. The important thing is that traditions can be beautiful, they are great and so on, but (!) they should always be based on the principle of volunteering. After all, no law requires buying a candle.

On Wednesday I met my family in the cemetery. When I was lighting a candle at one of the graves, several people approached it. I, due to my poor interpersonal skills, quickly evacuated from there, while my aunt came up and started talking to them. It turned out that it was actually our further family.

Auntie returned to us and they lit their candles, stood for a moment and went away. Auntie was shocked that they spent so little time there. And I thought, „well, that’s their business”. They do not pretend anything, they do not stand at the grave only to show themselves to the people. They could not come at all, because the ancestors are remembered in the head, not on the stone plate.

By the way big graves, present here, are a doubtful idea. Cemeteries occupy a lot of space and you really do not know why. Memorial places could be smaller, so it would be more intimate (even chapels with memorial plates would be more adequate). Visible symbol would be present, there would be less problems and still the most important thing is to remember the died in your mind. Therefore, I do not condemn anyone who does not care for the graves of his/her ancestors (he/she does not wash them and does not adorn them regularly), especially if he/she was not planning a funeral and he/she did not, for example, choose a hard-to-clean marble plate or any other.

And the other side of the coin: I mentioned the migration of tradition. Everyone knows it’s about Halloween. October 31st. Night of ghosts. The habit coming from the United States (yes, supposedly really from Ireland, but give it up). Disguises, pumpkins, parades, scaring the people and pranks.

It’s not a Polish custom, but I have no problem with it. Let everyone play as they want. Of course, provided that the aforementioned condition of voluntariness is fulfilled. But it may be a problem. Recently, a letter of an indignant resident written to his neighbours appeared on one of the websites with memes. Simply put, the thing was that the Halloween kids painted (the scale is  unknown) the door to the flats of people who haven’t given them any sweets.

The form of the letter was of dubious quality (veiled threats against the kids, vulgar language, unnecessary inserts about people with credits in CHF) and it’s good that it was pointed out in the comments to this letter. However, I was shocked that a lot of people used the arguments like „as if he did not regret the money for the candy, he would have no problem.”

What is this absurd?! Is there any respect for someone else’s property? At least it should be. A lot of people also wrote that the man should spend a few minutes on cleaning the door instead of making himself a fool. I suppose we do not know how much they have been soiled (maybe already destroyed), but that’s not the point. It just shouldn’t work like that. As someone wrote: what will be next? Kids hitting those who do not give them a candy? Let’s not go crazy.

I would have understood the mockery of this man’s indignation if Halloween was our custom, celebrated for decades, hundreds of years. But it is not. It is a custom that in our country appeared a few years ago. No wonder so many people do not want to take part in it. No one has to and no one should feel compelled to do so by the threat of a stupid „prank”. Let’s respect each other and everybody’s personal freedom too.

You can find weekly piece of music above. Today it’s a bit of polish rap. You may not enjoy it, but check it on your own.