Nie chcę być mistrzem świata!

Kim jest mistrz? Najlepszym. Niezależnie od tego czy chodzi o wyścigi psich zaprzęgów, Formułę 1, czy o olimpiadę informatyczną. Mistrzem zostaje ten, kto uczciwie pokona wszystkich pozostałych, czyli ten, który jest najlepszy.

Żeby jednak być najlepszym, trzeba dawać z siebie najwięcej. Podporządkować każdy aspekt życia dążeniu do mistrzostwa. Wspomina o tym choćby Niki Lauda w filmie Wyścig z 2013 roku (bez obaw, nie będę go streszczał). Ten niezwykły kierowca Formuły 1, trzykrotny mistrz świata, a w zasadzie jego postać tłumaczyła, że do osiągnięcia mistrzostwa potrzebne jest skupienie się wyłącznie na nim, odpuszczenie sobie imprez, gwiazdorzenia i tak dalej. James Hunt, jego rywal, się z nim nie zgadzał. Hulał, bawił się ile wlezie i… Też został mistrzem świata. Raz, wykorzystując nieobecność Laudy w kilku wyścigach po ciężkim wypadku i wygrywając o 1 punkt. Może tytuł tytułowi nierówny? Nie jest to w żadnym wypadku deprecjonowanie triumfu Hunta, ale zwykłe pytanie.

Kluczowym zagadnieniem jest to, ile jest się gotowym oddać za sukces. To zależy od tego, co i jak bardzo chce się osiągnąć. Czy chcesz zostać mistrzem? Ja nie chcę. Bycie najlepszym musi mieć niemal tyle samo wad co zalet. Mi wystarczy bycie dobrym w tym, co robię. We wszystkim, co robię. To oczywiście też wymaga poświęceń. W końcu wysiłek musi być adekwatny do pożądanych rezultatów.

medal (2)
Ile jesteś w stanie oddać za medal?
I czy w ogóle cokolwiek?

Może to głupie, ale moim zdaniem pasują tu doskonale słowa Arnolda Schwarzeneggera z pewnego filmu motywacyjnego. W dość swobodnym tłumaczeniu brzmią one:

Kiedy Ty imprezujesz, wygłupiasz się, ktoś gdzieś indziej, w tym samym momencie ciężko pracuje. Ktoś staje się mądrzejszy, ktoś wygrywa. Po prostu o tym pamiętaj.

To bardzo trafiające do mnie słowa. Jeżeli chcesz być najlepszy, nie możesz odpuścić nawet na chwilę, bo jeśli to zrobisz, ktoś inny wykorzysta ten czas. Jeśli jednak wcale nie zależy Ci na byciu mistrzem, możesz trochę wyluzować. James Hunt w odpowiedzi na wywody Laudy pytał o to, jaki jest sens zdobywania tytułów mistrzowskich, jeśli nie czerpie się z życia przyjemności. Przynajmniej tak przedstawili to scenarzyści. Tu przypomina mi się Laska z filmu Chłopaki nie płaczą i jego nieśmiertelne:

(…) wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście, ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić.

Jeśli więc chcesz być najlepszy, osiągnąć mistrzostwo, rób wszystko, żeby je wywalczyć. Jeśli jednak radość sprawia Ci co innego, skup się właśnie na tym. Nie wszyscy muszą wygrywać. Co więcej, nie wszyscy mogą. Wygrywa jeden. Nie musisz nim być, jeśli nie chcesz.

Wspomniany film motywacyjny (napędzający mnie przed każdym ważnym testem czy próbą):



Aha, akcent muzyczny (niezwiązany z tematem, ale jakże piękny):



P S Obejrzyjcie koniecznie Wyścig!

P S Fantastycznie jest wrócić po dwóch tygodniach!

Relatywizm.

Sam jestem zdziwiony, że dzisiaj pojawia się jakiś tekst. Cóż jednak robić, skoro pojawił się pomysł? Trzeba pisać! Dziś będzie więc o względności naszych opinii.

Tekst ten można by w zasadzie streścić zdaniem: „wszystkie nasze opinie są względne”. Kropka. Nie chodzi mi tu o to, że ktoś inny może mieć inne zdanie, ale o to, że my sami możemy bardzo szybko przestać się zgadzać z sobą samymi sprzed niedawna. Adekwatne jest tu powiedzenie „tylko krowa nie zmienia poglądów”.

Rzućmy się w objęcia przykładom, choćby banalnym!

Zapytajcie człowieka w spokojnym okresie, czy jest zadowolony ze swojej pracy, a przy odrobinie szczęścia odpowie, że tak, że pewnie, że co to w ogóle za pytanie. Powtórzcie je po dwóch tygodniach jego wyjątkowej harówy, a odpowiedź będzie już zupełnie inna, w dodatku wzbogacona o kontrpytanie, czy nie słyszeliście przypadkiem o jakiejś ofercie dla niego.

Zaproponujcie mi miesiąc imprezowania w Warszawie po kilku tygodniach wyłącznej pracy i nauki, a zamiast zwyczajnie odpowiedzieć wręcz wykrzyczę „Tak!„, ale złóżcie mi taką propozycję na przykład dziś, dzień po urodzinach kumpla, a tylko krzywo na Was spojrzę.

To oczywiście przykłady dotyczące spraw może nie najwyższej wagi, ale mechanizm pozostaje niezmienny. Potrzeba tylko silniejszych doświadczeń, by zmienić czyjeś zdanie w sprawach istotniejszych. To jak z dynamiką. Każdy obiekt można przesunąć, niezależnie od jego ciężaru, ale po prostu czasem trzeba włożyć w to odpowiednio dużo siły.

 opinia
Tak to mniej więcej wygląda.

Podobnie jest z opiniami. Sądzę, że zdanie dowolnego człowieka w dowolnej sprawie może ulec zmianie, jeśli przeżyje on wystarczająco dużo. Niby oczywistość, a jednak warto zdawać sobie z tego sprawę.

Dlatego jeśli zapytacie o cokolwiek mnie lub dowolnego innego człowieka i otrzymacie odpowiedź, oprócz przyjęcia jej do wiadomości zastanówcie się jeszcze, dlaczego była właśnie taka. Bo w końcu wyrażona opinia to wynik zdobytych wcześniej doświadczeń. Kontekst jest wszystkim. Co dany człowiek przeżył, że teraz uważa tak, a nie inaczej? Oto pytanie pomocnicze, które warto zawsze sobie zadawać. Może w ten sposób będzie żyło się lepiej. Wszystkim.

Akcent muzyczny? Coś, co towarzyszy mi przez cały weekend. O, proszę:

Dobrego dnia/wieczoru/nocy (w zależności od tego, kiedy to czytacie). Bo ja dobrze życzę ludziom. Wszystkim. Zawsze.

„O czym mam z nim rozmawiać?”

Spotkałem wczoraj wieczorem kumpla z dzieciństwa. Niby nic w tym dziwnego, bo wciąż mieszkamy w tym samym mieście, w dodatku niedaleko od siebie. Tym razem jednak zamiast ograniczyć się do zwięzłego „cześć” i ewentualnej wymiany dwóch krótkich zdań, pogadaliśmy ciut dłużej. Po raz pierwszy od ładnych paru lat. Potem pożegnaliśmy się, ale jeszcze tego samego dnia wpadł do mnie (po raz pierwszy od czasów podstawówki) i przegadaliśmy przeszło trzy godziny.

Rozmawialiśmy o wielu rzeczach – choćby o studiach, pracy, doświadczeniach, podróżach, relacjach z innymi nacjami, biznesie, pieniądzach czy imprezach. Znamienne jest jednak to, że w ogóle nie pojawiły się wspomnienia z lat szkolnych. Ledwie poruszyliśmy temat wspólnych znajomych i okazało się, że obaj prawie w ogóle nie mamy kontaktu z kimkolwiek z dawnej klasy. W moim przypadku może można by wskazać kilka osób, ale to raczej bardzo sporadyczne wymiany zdań (choć szkoda czasem!). U niego wygląda to podobnie. Wspomniał o jednym koledze, z którym niby miał lepszy kontakt, ale podobno jest z tym coraz gorzej. „O czym mam z nim rozmawiać?”, zapytał. Różne wybory życiowe, inne upodobania, odmienne priorytety. Tryby życia nie mające ze sobą niemal nic wspólnego. Rzeczywiście, o czym tu rozmawiać?

Dopóki spędza się z kimś dużo czasu, w szkole czy na podwórku, tematy są. Potem jednak, z upływem lat, kontakt się pogarsza. Pojawiają się nowi ludzie, z którymi łączy nas więcej niż tylko miejsce pochodzenia lub to, że rodzice wybrali nam taką, a nie inną szkołę. Mamy wspólne pasje i nigdy się z nimi nie nudzimy. A co z dawnymi znajomościami? Wiesz, co słychać u dawniej bliskiej Ci osoby, ale to nie Twój świat. Wymieniacie się więc bieżącymi informacjami i tematy się kończą. Przykre, ale prawdziwe.

To oczywiście nie reguła. Zdarzają się przyjaźnie od dziecka aż po grób, niektóre mimo zupełnie odmiennych upodobań, a inne dlatego, że bliskim sobie ludziom (dziecko też człowiek!) udało się znaleźć wspólne pasje. Tyle tylko, że mam wrażenie, że to rzadkość. A może tylko mi się wydaje?

kinderblog

Pod pewnymi względami dzieciństwo było wybitnie super!

Fascynujące są w tym wszystkim jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że bywa, iż po latach natrafia się właśnie na kogoś znajomego przypadkiem i tak po prostu rozmawia się z nim tak samo dobrze albo nawet lepiej niż kiedyś. Druga, że losy ludzi z tego samego osiedla czy tej samej klasy mogą być naprawdę bardzo różne. Ktoś na emigracji, większość w kraju. Część (już prawie) inżynierów. Niektórzy pracują umysłowo, inni fizycznie. Ba, jest nawet piłkarz ekstraklasy! Nie wierzę więc, że pochodzenie determinuje przyszłość. Losy ludzi pochodzących z tego samego osiedla czy klasy (albo nawet braci!), mających podobną sytuację startową, toczą się zupełnie inaczej. A będzie jeszcze bardziej różnorodnie.

Jasne, że ktoś pochodzący ze zdegenerowanego środowiska, żeby coś osiągnąć, musi pokonać o wiele więcej trudności niż człowiek, który od urodzenia miał wszystko podawane na tacy. Ostatecznie jednak wszystko zależy od determinacji, a akurat jej więcej może mieć pierwszy z tych dwóch.

Akcent muzyczny? Coś, czegoś na 99% nie słyszeliście. Teraz poznacie. O, proszę:

A jak z Wami? Macie dobry kontakt z przyjaciółmi z dzieciństwa? Wypowiedzcie się!

Zestresuj się i do przodu!

Zbliża się sesja. Jako nieco doświadczony już student mogę więc tradycyjnie skorzystać z przywileju pisania o niej i to właśnie uczynię. Moje „mądrości” zawarte poniżej można jednak odnieść nie tylko do przerażającej kumulacji egzaminów i zaliczeń. Zapraszam więc do lektury!

Pytanie wstępne: co jest najtrudniejsze podczas sesji, ale też na przykład działalności zawodowej itp.? Ogrom pracy do wykonania? Niedostatek czasu? Trudność w pozyskaniu stosownych materiałów? Pewnie, to poważne problemy. Dla mnie jednak (i myślę, że dla wielu innych osób też) najgorsze zawsze było coś innego. Co takiego?

STRES.

Obawy związane z ewentualnymi konsekwencjami niezdania jakiegoś przedmiotu zawsze były silne. Bałem się tego, że będę musiał gonić za wykładowcami, pojawiać się na poprawkach w dziwnych terminach, walczyć i w razie ostatecznej przegranej spisać na straty miesiące czy lata, który już poświęciłem na studia oraz, co najgorsze, cenny czas przeznaczony na odpoczynek poświęcać na naukę. Nie chodziło nawet o ambicję, bo ta bez oporów ustępowała miejsca lepszym motywatorom. Właśnie, motywatorom. Słowo-klucz.

A co, jeśli powiedziałbym Wam, że stres przed sesją jest dobry?

Okej, to stwierdzenie to przesada. Na pewno jednak ów stres może taki być. Wszystko zależy od tego, do czego prowadzi. Są dwie możliwości.

Po pierwsze można lamentować, biadolić, zamartwiać się, opowiadać wszystkim jak bardzo jest źle i… W zasadzie tyle. Po prostu się stresować i nic z tym nie robić. Cóż… Możecie się domyślić, jakie będą efekty. Może jakoś uda się prześlizgnąć raz, drugi, trzeci, ale w końcu się to skończy. Uważam, że nie można przez całe życie „lecieć na farcie”. Radosne patatajanie przez tęczę na jednorożcu kiedyś musi się skończyć. Takie jest życie. Poza tym jeśli takiemu radzeniu sobie z egzaminami i innymi wyzwaniami towarzyszy stres, to wcale nie jest ono aż tak radosne. Kiedyś całość po prostu musi się sypnąć i spieprzyć. Tak uważam.

Na szczęście jest też drugi rodzaj stresu, a może bardziej po prostu sposób radzenia sobie z tym gagatkiem. Harówa. Ciężka praca. Wytężona nauka. Solidne przygotowanie. Jeśli mam poczucie, że może być źle, czuję strach przed negatywnym rezultatem, to robię wszystko, żeby tak nie było . Przeciwdziałam. Poświęcam czas, siły i wszystkie inne niezbędne środki, by zminimalizować prawdopodobieństwo porażki.

session

Wszystkie ręce (albo raczej materiały) na pokład!

Gdybym się jej nie obawiał, niepowodzenie nie napawałoby mnie lękiem, na pewno starałbym się znacznie mniej. Brak stresu mógłby sprawić, że byłbym znacznie gorzej przygotowany. Właśnie w tym sensie stres jest dobry. To motywator, w dodatku szalenie skuteczny.

Jeszcze jedno: pewnie, że znacznie zdrowsza dla człowieka jest motywacja pozytywna. Chęć osiągnięcia jak najlepszego rezultatu. Wspomniana wcześniej ambicja. Tyle tylko, że po prostu stres bardzo często jest skuteczniejszy. Ta para przypomina mi dobrego i złego glinę. Jeśli dobry coś wskóra – super, w trudnych przypadkach jednak sukces zazwyczaj należy do tego złego.

Jeśli więc obawiacie się nadchodzących egzaminów, zaliczeń na studiach, projektów w pracy czy czegokolwiek innego, to nic złego. To świetnie. Po prostu bierzcie się do roboty!

Jako akcent muzyczny utwór, który pozwalał mi przetrwać pierwsze sesje:

Nie dziękujcie. Powodzenia życzę. Wszystkim. We wszystkim. Zawsze.

Kino klasy A-

To nie jest pełnoprawny tekst. Takich zresztą nie spodziewałbym się w najbliższym czasie w czwartki, bo praca przytłacza, a ponadto zbliża się sesja z wielkim entuzjazmem z jej i zerowym z mojej strony. Może będzie lepiej, gdy skończy się ten smutny dla studentów czas.

O czymś postanowiłem jednak wspomnieć. Słyszeliście o Pasażerach? Prawdopodobnie tak, bo współcześnie o filmie z Jennifer Lawrence i Chrisem Prattem po prostu musi być głośno. Statek kosmiczny przez 120 lat lecący na nową planetę-kolonię. 5000 zahibernowanych pasażerów. Dwoje budzi się o 90 lat za wcześnie i… Żeby wiedzieć, co dzieje się dalej, należy obejrzeć film. Ja wybrałem się do kina wczoraj.

Zwiastun wzbudził we mnie wielką ekscytację. Spodziewałem się czegoś rewelacyjnego. Potem usłyszałem z drugiej ręki opinię, że to film mocno przeciętny. Na salę kinową wkraczałem więc pełen nadziei i niepokoju jednocześnie. Po niemal dwugodzinnym seansie wyrobiłem sobie własną opinię i…

avalon

Kadr z filmu „Pasażerowie”.

W pewnych kwestiach nie można zarzucić filmowi absolutnie nic. Wizualnie to po prostu fantastyczna bombonierka. Nawet kadry, w których statek po prostu płynie przez przestrzeń są gratką, choć niby nic się nie dzieje. Również pod kątem dźwięku i oprawy muzycznej film zasługuje jedynie na laurki.

Co do rzeczy najważniejszych, czyli w mojej opinii fabuły i gry aktorskiej, to mam jednak delikatne uczucie niedosytu, gdy patrzę na przedstawioną historię jako całość. To pewnie przez dość sztampowe zakończenie. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że to chyba nie tego rodzaju film, który powinien jeszcze całkiem zaskoczyć na koniec.

Na szczęście poza tą jedną kwestią trudno mi się do czegoś przyczepić, a nawet wręcz przeciwnie. Nie zabrakło szczypty humoru, dozowanej jednak rozsądnie. To o tyle ważne, że wbrew pozorom film poruszał całkiem poważne kwestie. Może nie roztrząsał ich bardzo szczegółowo, ale na pewno zaznaczał ich obecność, a nawet więcej. Motywacja człowieka do zostawienia za sobą wszystkiego, samotność, analiza tego, do czego można się posunąć, by ją przełamać – to tylko część zagadnień poruszonych w filmie.

Wreszcie gra aktorska, zwłaszcza Chrisa Pratta. Aktor od początku filmu zachwyca i porusza. Ma spore pole do popisu, przynajmniej aż do… Ci, którzy już widzieli film, wiedzą o jaki moment mi chodzi, a tym, którzy seans mają dopiero przed sobą, nie będę psuł niespodzianki. W każdym razie umiejętności tego pana naprawdę robią wrażenie. Jennifer Lawrence? Trzyma poziom, ale w mojej opinii nie popisała się aż tak jak Pratt. Trzeba jednak przyznać, że ze względu na scenariusz miała też znacznie mniejsze możliwości.

Ostateczny werdykt? Na pewno film warto zobaczyć. Może nie jest wybitny, ma swoje drobne niedociągnięcia, ale z pewnością jest lepszy niż dobry. Po prostu. Zapraszam na seans!

Piosenka z filmu (a co!):

P S Po obejrzeniu filmu koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia!

United We Stand, Divided We Fall

Hasło to, choć całkiem popularne w historii i kulturze, usłyszałem po raz pierwszy całkiem niedawno. W dodatku w dość niepoważnych okolicznościach,. bo przy okazji reklamy ostatniego filmu o Kapitanie Ameryce (dlatego właśnie przytaczam je w wersji anglojęzycznej – w takiej utkwiło mi w pamięci). Przypuszczam, że wszyscy doskonale je rozumiecie, ale na wszelki wypadek pokuszę się o tłumaczenie. Znaczy to mniej więcej: zjednoczeni stoimy (trwamy), podzieleni upadamy.

Dlaczego dzisiaj o tym wspominam? Bo właśnie dzisiaj ma miejsce 25. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie będę tu nikogo przekonywał do słuszności wspierania tego wydarzenia. Przypuszczam, że wszyscy czytelnicy doskonale zdają sobie z niej sprawę. Niech wystarczy cytat z oświadczenia dyrektora Caritas Polska w sprawie WOŚP:

Apelujemy o szacunek, wsparcie i przestrzeń do działania dla wszystkich ludzi i organizacji dobrej woli oraz o zaprzestanie podziałów i konfrontacji.

Skoro nie chcę więc namawiać do wrzucania pieniążków do puszek i w inny sposób wspierania Orkiestry, to o co chodzi mi w tym tekście? Właśnie o te nieszczęsne podziały z cytatu, a raczej o działanie ponad nimi.

Przemyślałem to. Doszedłem do wniosku, iż w ciągu 25 lat WOŚP stała się symbolem, który chyba łączy Polaków jak nic innego. Może jedynie sukcesy sportowców reprezentujących nasz naród potrafią jeszcze wprowadzić jakąś ogólnopolską zgodność, przynajmniej na jakiś czas (trudno o tym nie wspomnieć, biorąc pod uwagę dzisiejsze, kolejne już zwycięstwo Kamila Stocha w Wiśle w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich).

Wiem, daję tu spore pole do polemiki, bowiem ostatnie wydarzenia mogą świadczyć o tym, iż WOŚP rzeszy ludzi jest solą w oku. Myślę jednak, że to nieprawda. To nie tłum, tylko pojedyncze jednostki, które niestety chwilowo podejmują decyzje w pewnych sprawach. Większość ludzi, ideowo nawet zbliżonych do tamtych, mimo wszystko wspiera WOŚP. Byłem dzisiaj w kościele. Widziałem wiernych z serduszkami. Jedyni wolontariusze, jakich dzisiaj minąłem, stali właśnie po mszy wejściu z tego kościoła. Nie ma tu konfliktu.

WOŚP
Zjednoczeni pod serduszkiem?

Mimo to jestem nieco zaniepokojony. Obawiam się, a może nawet boję. Czego? Tego, że to stracimy. Niby z roku na rok pieniędzy zbieranych jest coraz więcej, a mi się jednak wydaje, że serduszek na mieście widać coraz mniej. Mam jednak nadzieję, że to tylko moje kłopoty ze wzrokiem. Byłoby szkoda, bo symbol WOŚP to jednocześnie idealny symbol pojednania dla naszego narodu. Dlaczego?

Przede wszystkim jego sensem jest szczytny cel. Ponadto barwy, biała i czerwona, odpowiadająca kolorom Polski. Wreszcie kształt. Serce. Serce, które powinniśmy sobie nawzajem okazywać. Niezależnie od poglądów, strony, ideologii, sortu, regionu, zawodu, religii i czego tam jeszcze się da. Chociaż te wszystkie rzeczy mogą nas dzielić, to łączy nas kraj, język, historia (choć różni ludzie sięgają do różnych jej momentów). Wspólnie cieszą nas też wspomniane wcześniej sukcesy rodzimych sportowców. Łączyć może nas też (i kruszyć animozje) chęć pomocy bliźnim. Zjednoczmy się więc pod serduszkiem!

Jako akcent muzyczny chciałem umieścić tu dzisiaj coś innego, ale zostawię to sobie na inną okazję, a dziś wośpowa piosenka Play:

Słyszeliście już? I jak? Moim zdaniem tu treść przeważa nad formą. Czasem tak trzeba. Trzymajcie się!

Szczury do kanału!

Uwaga, o tym na pewno jeszcze nie słyszeliście: ostatnio zakończył się Turniej Czterech Skoczni! <tryb sarkazmu dezaktywowany> Entuzjazm, szał, radość. Wielki sukces Polaków. Stoch – zwycięzca, triumfator, dominator, Żyła – z życiowym osiągnięciem, Kot – bardzo dobrze, pozostali reprezentanci naszego kraju – całkiem nieźle. Cieszmy się! Nie zdążył jednak opaść jeszcze kurz, tfu!, śnieg, a już pojawiły się w sieci wątpliwej jakości teksty w stylu „Ile zarabiają skoczkowie?”. Trudno, najwyraźniej dla niektórych atrakcyjny jest ten rodzaj sensacji. Zresztą może dla kogoś jest to informacja rzeczywiście do czegoś potrzebna. W każdym razie to jeszcze jestem w stanie przełknąć. Krew się jednak we mnie zagotowała, gdy pod tego rodzaju tekstem przeczytałem następujący komentarz:

Czyli my im sponsorujemy wyjazdy, sprzęt, trenerów, psychologów, żarcie, obozy kondycyjne a oni tylko zarabiają? Może by tak się podzielili…

Nosz, ku***! Aj, chwila, przecież na blogu nie przeklinam! No dobrze, przeanalizujmy tę wypowiedź na spokojnie, uwzględniając fakt, iż człowiek, który pokusił się o tę najwyraźniej bardzo przemyślaną wypowiedź, podpisał się jako „szczur_z_kanalu”. To może wiele tłumaczyć. jazdahajs

Ręce precz od wyjeżdżonych czy raczej wyskakanych pieniędzy!

„(…) my im sponsorujemy wyjazdy, sprzęt, trenerów, psychologów, żarcie, obozy kondycyjne” – zakładam, że chodzi o podatki. Nie wdawajmy się już w rozważania na temat tego, czy ów jegomość je płaci. Można założyć, że tak. Wszak frustratom też zdarza się pracować legalnie. W każdym razie rzeczywiście, reprezentacja w skokach, jak wiele innych, jest dotowana z pieniędzy publicznych. Tyle tylko, że:

-nie od razu trenuje się na szczeblu centralnym. Trzeba włożyć mnóstwo wysiłku i także własnych pieniędzy w to, żeby dołączyć do reprezentacji.
-Całkiem możliwe, że osiągający sukcesy skoczkowie więcej pieniędzy przynoszą PZN czyli jednostce finansowanej „przez nas” niż stamtąd zabierają. Wszak za sukcesami idą pewnie jakieś pieniądze od międzynarodowej federacji, a niewykluczone, że także pewien procent wpływów z kontraktów reklamowych.
-państwo musi wspierać sportowców. Ich sukcesy, choć związane z pewnymi kosztami, są mu jak najbardziej na rękę. Dlaczego? Po pierwsze to prestiż. Kraj z wynikami sportowymi to kraj rozpoznawalny, mogący być partnerem, wyglądający wiarygodniej. Jasne, nie zastępuje to stabilnej, silnej gospodarki itd., ale zawsze jest plusem. Ten argument to za mało? Jest jeszcze jeden, ważniejszy. Państwo musi ponosić koszty związane z sukcesami narodowych sportowców, bo ich triumfy inspirują. Motywują. Zachęcają dzieciaki do sportu. Społeczeństwo wysportowane to przecież społeczeństwo zdrowe. Jako takie generuje ono znacznie mniej kosztów związanych z opieką medyczną itd. To czysty biznes.

Jasne, że to nie do końca tak się przekłada na rzeczywistość jak to opisałem. Praktyka jest ciut inna, ale nie jakoś drastycznie. Dotowanie sportowców przez państwo związane jest z konkretnymi korzyściami także dla tego pierwszego. Myślę, że z pierwszą częścią udało się mi więc już rozprawić. Gotowi na ciąg dalszy?

„(…) oni tylko zarabiają” – przepraszam, co?! Mam wrażenie, że niektórzy myślą, iż życie takiego sportowca (w szczególności tego skoczka narciarskiego) to tylko cud, miód i orzeszki. No kurde! Ciekawe, ilu ludzi byłoby na tyle zdeterminowanych, żeby w zasadzie każdy aspekt swojego życia podporządkować pasji? Dieta ściśle określona, harówa całymi dniami na treningach, życie w trasie, stres. Wielkie oczekiwania, presja. Pomijam już to, że to jeden z najbardziej ekstremalnych sportów na świecie. Zawodnicy każdym skokiem ryzykują skręcenie karku i trupów nie ma tylko dzięki ich profesjonalizmowi. Przy tym wszystkim dostarczają kibicom naprawdę niezwykłego widowiska. To nie jest „tylko zarabianie”. To ciężka praca na każdą złotówkę czy też franka szwajcarskiego. Tych powinno być jeszcze więcej. To ambicja, która ciągnie ich w górę, sprawiając, że dokonują rzeczy niewyobrażalnych, przechodzą do historii i wlewają dumę w serca rodaków. Coś pięknego! Swoją drogą o ambicji więcej w sekcji muzycznej.

Wreszcie grande finale! „Może by tak się podzielili…” – HA HA HA! Czym, przepraszam bardzo? Tymi niewielkimi, w porównaniu z nakładem włożonej pracy i zarobkami innych sportowców, pieniędzmi? Może jeszcze ze wszystkimi podatnikami proporcjonalnie do ich „wkładu” w ten sukces?! Panie „szczur_z_kanału”, jak Panu tak zależy, to dam Panu te kilkanaście groszy, bo to pewnie tyle by wyszło. Cóż to w ogóle jest za chore podejście? Dlaczego ktoś miałby się dzielić swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi? Zresztą robią to – w podatkach, zapewne podobnie jak komentujący „szczur”, jednak odprowadzając je w wyższej kwocie.

To, co Stoch, Kot, Żyła i inni dostali z naszych wspólnych pieniędzy, spłacają z nawiązką. Rozsławiając Polskę, promując sport i wprowadzając odrobinę uśmiechu w tym smutnym jak ***** (wiecie, o co chodzi, oglądaliście Chłopaki nie płaczą) świecie i kraju. Po prostu. Niech wiedzie im się jak najlepiej, a szczury niech wracają do kanału. Najlepiej natychmiast.

Sekcja muzyczna! Miało być o ambicji, tak? Bardzo proszę:

Taco w absolutnie mistrzowskiej formie. Im więcej razy słucham Marmuru, tym więcej geniuszu w nim wyłapuję. Ta piosenka jest świetna, ale jeszcze lepiej słuchać jej w kontekście całego albumu. Przekonajcie się!

P S Snapchat: @cgdenys, Facebook: fb.com/cogryziedenysa. Zapraszam!

Trzeba korzystać!

Jakiś czas temu, zdaje się, że przy okazji festiwalu Tauron Nowa Muzyka, na jednym z modnych, awangardowych portali, których nie odwiedzam, pojawił się tekst będący zestawieniem pięciu intrygujących miejsc, które warto odwiedzić przyjeżdżając do Katowic na wspomniany festiwal. Przejrzałem tę listę, skorzystałem z Google Maps, żeby się upewnić i co się okazało? Że wszystkie leżą w promieniu 800 metrów od mojego domu.

To nic, tym bardziej, że były to chyba wyłącznie knajpy i kluby, ale dołóżmy do tego fakt, iż od Strefy Kultury, która co roku gości ów festiwal, a także inne wydarzenia, choćby Męskie Granie w minione wakacje, dzieli mnie jedynie jedna ulica, co prawda ruchliwa, za to okiełznana wygodną kładką. Poza tym do Teatru Śląskiego mam niespełna 10 minut piechotą. Do innych instytucji, w których można się odchamić, także mam blisko. I co z tego wynika?

Niewiele. Niemalże nic. W siedzibie NOSPR, którą widzę z okna jedyny raz byłem prawie dwa lata temu. Muzeum Śląskie odwiedziłem kilkakrotnie, ale bodajże półtora roku temu, a ekspozycje przecież się zmieniają, przynajmniej częściowo. Przeszło rok minął także od mojej ostatniej wizyty w teatrze. Wiecie, co to jest? Marnowanie możliwości. Wszak można by niemal na okrągło obcować z kulturą, rozwijać się, poszerzać horyzonty! Cóż stoi na przeszkodzie? Pieniądze? Bzdura! Naprawdę często wystarczyłby naprawdę niewielki nakład środków. Co więc jest problemem? Czas? Nie przesadzajmy! Wygospodarowanie kilku godzin w tygodniu albo przynajmniej, już trudno, w miesiącu, to nie jest nic niewyobrażalnego.

Rzecz w tym, że mam aż za blisko. Wy, którzy to czytacie, najprawdopodobniej w większości jesteście w podobnej sytuacji. Może w waszym przypadku nie jest to aż tak mała odległość lub nie są to dokładnie te same obiekty kultury, ale jestem przekonany, że mechanizm działa na tej samej zasadzie. Po prostu to za łatwe. Przecież na spektakl, koncert czy wystawę można się wybrać w każdej chwili. Skoro w każdej, to i później. Skoro więc później, to w efekcie niemalże nigdy. Gdyby było dalej, trudniej, to może i chęci byłyby większe. Tyle tylko, że cóż tego, skoro równoważyłyby je gorsze możliwości? I tak źle, i tak nie dobrze.

 nosprzdala
Tak blisko, tak daleko…

Trzeba to jakoś przełamać. Dzisiaj wybieram się na koncert do NOSPR! Sala kameralna, bilety po 10 zł. Wystarczyło kupić je przez internet i wydrukować. Tak proste. Aż za proste. Trzeba to częściej powtarzać. Właśnie tego sobie życzę. Wam zresztą też.

Tymczasem w warstwie muzycznej coś zupełnie innego niż to, co spodziewam się usłyszeć niebawem w pobliskiej sali koncertowej. Będę zupełnie przewidywalny wrzucając nową perełkę od tych panów, ale nie dbam o to. O, proszę:

To teraz marsz po odrobinę kultury!

Reklamuję opony!

Wiele osób narzeka na kończący się rok. Pojawiają się memy w stylu „Postanowienie na 2017? Nie wspominać o 2016″. Cóż, zmiany w globalnej polityce, śmierć wielu znanych osób, które zrobiły dużo dobrego dla kultury, a także konflikty zbrojne, zamachy terrorystyczne i tak dalej rzeczywiście niekoniecznie budzą pozytywne skojarzenia. To w sumie mało powiedziane. Dlatego wcale się nie dziwię, że sporo osób chce zapomnieć o tym roku.

A jednak… Nie mogę się do nich przyłączyć. Co z tego, że na świecie działo się być może nie najlepiej, skoro mi 2016 w przyszłości raczej będzie się kojarzył dobrze albo wręcz wspaniale? Pomyślmy…

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zdążyłem skończyć jedne studia z bardzo dobrym wynikiem i podjąć kolejne, z którymi, mam nadzieję, też poradzę sobie przyzwoicie. Przeżyłem sporo przygód, odbywając podróże małe i duże. Wiele się nauczyłem, także po prostu dla siebie. Poznałem mnóstwo fenomenalnych ludzi, z którymi mam nadzieję utrzymać kontakt. Podjąłem pracę i to całkiem niezłą jak na kogoś, kto dopiero rozpoczyna karierę zawodową. Wpadłem na kilka ciekawych pomysłów, z których część udało się zrealizować. Dotyczyły przede wszystkim bloga i Suplementu. Naprawdę powstało w minionym roku kilka moich tekstów, z których jestem bardzo dumny.

Czy o czymś zapomniałem? Z całą pewnością! Ten rok obfitował we wrażenia, więc coś musiało mi umknąć. Ale to dobrze. Lepiej w tę stronę.

kola2016

To tylko wycinek tego roku!

W związku ze zbliżającą się więc wielkimi krokami fiestą związaną ze zwykłą zmianą cyferki w kalendarzach (i niemal niczym więcej) życzę więc sobie, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy. Po prostu. Tego samego życzę i Wam. Jeśli dla Was ten nie był dobry, to przyszły niech będzie znacznie lepszy. Zrealizujcie w nim wszystkie swoje plany (nie postanowienia – konkretne plany!). Niech Was nie spotka nic złego. Trzymajcie się!

Optymistyczny akcent muzyczny na dziś to coś, co być może już znacie, ale ja poznałem raptem kilka dni temu, więc dzielę się. O, proszę:

P S I pięknego pokazu fajerwerków Wam życzę!

P S 2 A o co chodzi z tym tytułowym reklamowaniem opon? Mógłbym powiedzieć, że to był dobry rok. Po angielsku: It was a good year. GOOD YEAR. GOODYEAR, czaicie? Jak ta firma produkująca opony. Wiem, suche. Na szczęście impreza sylwestrowa już niebawem i wtedy popijecie. Na zdrowie!

I tak to właśnie jest…

Powiem wprost: to nie są najwspanialsze święta w moim życiu. Nie żeby było tragicznie. Po prostu szału nie ma. Z drugiej jednak strony jest całkiem nieźle. Kameralne towarzystwo sprawia, że można uniknąć (na ogół) męczących pytań, zamieszania, gwaru i tak dalej. Potrawy wigilijne jak zwykle mnie nie urzekły, ale na szczęście ich ograniczona ilość sprawia, że nie trzeba ich jeść za wszelką cenę, wbrew sobie. Zdążyłem też już spotkać się ze znajomymi, pograć z nimi w coś i poobrażać się nawzajem. Tak jak lubimy. Plany na kolejne dni też są niezłe. Trochę odpoczynku, gier czy filmów w rodzinnym gronie, do tego może jakiś szybki wypad. Żyć, nie umierać. ochoinka

Wydaje Wam się, że jest ponuro? Doceńcie blask Świąt! Dobrze, tylko co z tego wszystkiego wynika? Moje życzenia świąteczne. Jestem przekonany, że przeważająca większość z Was, czytających ten tekst, ma się w życiu naprawdę nieźle. Najprawdopodobniej macie po dwie ręce i dwie nogi, kochające, choć może czasem strasznie wkurzające rodziny, wiernych przyjaciół, pracę lub inny sposób na życie, szkołę lub studia, co dla wielu ludzi w innych zakątkach globu byłoby przywilejem. Zatem… Może warto to wszystko docenić? Tego Wam życzę. Tak jak wspomniałem, najprawdopodobniej wszyscy macie wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. A jednak mało jest uśmiechu, radości. Takiej prostej. Więcej ponurych min, narzekania i smutku. Słabo i niepotrzebnie. Naprawdę cieszcie się tym, co macie. Jeśli to jednak dla Was za mało, to walczcie o więcej. Siły, pomysły, wiara, entuzjazm – tego potrzeba w tym celu i tego właśnie Wam życzę. Kształtujcie swoje życie tak, jak tylko sobie wymyślicie. Codziennie wykuwajcie się na nowo. Poza tym <masa innych coachowskich pierdół, z których może choć jedna Was zainspiruje>. Czy czegoś jeszcze mogę Wam życzyć? Na pewno mogę, ale chyba więcej nie trzeba. Po prostu odpocznijcie, zbierzcie siły, niech Moc będzie z Wami itd. Jak zawsze dobrze życzący wszystkim ludziom, Denys Już tradycyjnie w okresie świątecznym moja ulubiona bożonarodzeniowa produkcja muzyczna: https://youtu.be/YGLQXb6wn0Y P S Prezenty proszę przesyłać mi pocztą. Czekam.