United We Stand, Divided We Fall

Hasło to, choć całkiem popularne w historii i kulturze, usłyszałem po raz pierwszy całkiem niedawno. W dodatku w dość niepoważnych okolicznościach,. bo przy okazji reklamy ostatniego filmu o Kapitanie Ameryce (dlatego właśnie przytaczam je w wersji anglojęzycznej – w takiej utkwiło mi w pamięci). Przypuszczam, że wszyscy doskonale je rozumiecie, ale na wszelki wypadek pokuszę się o tłumaczenie. Znaczy to mniej więcej: zjednoczeni stoimy (trwamy), podzieleni upadamy.

Dlaczego dzisiaj o tym wspominam? Bo właśnie dzisiaj ma miejsce 25. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie będę tu nikogo przekonywał do słuszności wspierania tego wydarzenia. Przypuszczam, że wszyscy czytelnicy doskonale zdają sobie z niej sprawę. Niech wystarczy cytat z oświadczenia dyrektora Caritas Polska w sprawie WOŚP:

Apelujemy o szacunek, wsparcie i przestrzeń do działania dla wszystkich ludzi i organizacji dobrej woli oraz o zaprzestanie podziałów i konfrontacji.

Skoro nie chcę więc namawiać do wrzucania pieniążków do puszek i w inny sposób wspierania Orkiestry, to o co chodzi mi w tym tekście? Właśnie o te nieszczęsne podziały z cytatu, a raczej o działanie ponad nimi.

Przemyślałem to. Doszedłem do wniosku, iż w ciągu 25 lat WOŚP stała się symbolem, który chyba łączy Polaków jak nic innego. Może jedynie sukcesy sportowców reprezentujących nasz naród potrafią jeszcze wprowadzić jakąś ogólnopolską zgodność, przynajmniej na jakiś czas (trudno o tym nie wspomnieć, biorąc pod uwagę dzisiejsze, kolejne już zwycięstwo Kamila Stocha w Wiśle w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich).

Wiem, daję tu spore pole do polemiki, bowiem ostatnie wydarzenia mogą świadczyć o tym, iż WOŚP rzeszy ludzi jest solą w oku. Myślę jednak, że to nieprawda. To nie tłum, tylko pojedyncze jednostki, które niestety chwilowo podejmują decyzje w pewnych sprawach. Większość ludzi, ideowo nawet zbliżonych do tamtych, mimo wszystko wspiera WOŚP. Byłem dzisiaj w kościele. Widziałem wiernych z serduszkami. Jedyni wolontariusze, jakich dzisiaj minąłem, stali właśnie po mszy wejściu z tego kościoła. Nie ma tu konfliktu.

WOŚP
Zjednoczeni pod serduszkiem?

Mimo to jestem nieco zaniepokojony. Obawiam się, a może nawet boję. Czego? Tego, że to stracimy. Niby z roku na rok pieniędzy zbieranych jest coraz więcej, a mi się jednak wydaje, że serduszek na mieście widać coraz mniej. Mam jednak nadzieję, że to tylko moje kłopoty ze wzrokiem. Byłoby szkoda, bo symbol WOŚP to jednocześnie idealny symbol pojednania dla naszego narodu. Dlaczego?

Przede wszystkim jego sensem jest szczytny cel. Ponadto barwy, biała i czerwona, odpowiadająca kolorom Polski. Wreszcie kształt. Serce. Serce, które powinniśmy sobie nawzajem okazywać. Niezależnie od poglądów, strony, ideologii, sortu, regionu, zawodu, religii i czego tam jeszcze się da. Chociaż te wszystkie rzeczy mogą nas dzielić, to łączy nas kraj, język, historia (choć różni ludzie sięgają do różnych jej momentów). Wspólnie cieszą nas też wspomniane wcześniej sukcesy rodzimych sportowców. Łączyć może nas też (i kruszyć animozje) chęć pomocy bliźnim. Zjednoczmy się więc pod serduszkiem!

Jako akcent muzyczny chciałem umieścić tu dzisiaj coś innego, ale zostawię to sobie na inną okazję, a dziś wośpowa piosenka Play:

Słyszeliście już? I jak? Moim zdaniem tu treść przeważa nad formą. Czasem tak trzeba. Trzymajcie się!

Szczury do kanału!

Uwaga, o tym na pewno jeszcze nie słyszeliście: ostatnio zakończył się Turniej Czterech Skoczni! <tryb sarkazmu dezaktywowany> Entuzjazm, szał, radość. Wielki sukces Polaków. Stoch – zwycięzca, triumfator, dominator, Żyła – z życiowym osiągnięciem, Kot – bardzo dobrze, pozostali reprezentanci naszego kraju – całkiem nieźle. Cieszmy się! Nie zdążył jednak opaść jeszcze kurz, tfu!, śnieg, a już pojawiły się w sieci wątpliwej jakości teksty w stylu „Ile zarabiają skoczkowie?”. Trudno, najwyraźniej dla niektórych atrakcyjny jest ten rodzaj sensacji. Zresztą może dla kogoś jest to informacja rzeczywiście do czegoś potrzebna. W każdym razie to jeszcze jestem w stanie przełknąć. Krew się jednak we mnie zagotowała, gdy pod tego rodzaju tekstem przeczytałem następujący komentarz:

Czyli my im sponsorujemy wyjazdy, sprzęt, trenerów, psychologów, żarcie, obozy kondycyjne a oni tylko zarabiają? Może by tak się podzielili…

Nosz, ku***! Aj, chwila, przecież na blogu nie przeklinam! No dobrze, przeanalizujmy tę wypowiedź na spokojnie, uwzględniając fakt, iż człowiek, który pokusił się o tę najwyraźniej bardzo przemyślaną wypowiedź, podpisał się jako „szczur_z_kanalu”. To może wiele tłumaczyć. jazdahajs

Ręce precz od wyjeżdżonych czy raczej wyskakanych pieniędzy!

„(…) my im sponsorujemy wyjazdy, sprzęt, trenerów, psychologów, żarcie, obozy kondycyjne” – zakładam, że chodzi o podatki. Nie wdawajmy się już w rozważania na temat tego, czy ów jegomość je płaci. Można założyć, że tak. Wszak frustratom też zdarza się pracować legalnie. W każdym razie rzeczywiście, reprezentacja w skokach, jak wiele innych, jest dotowana z pieniędzy publicznych. Tyle tylko, że:

-nie od razu trenuje się na szczeblu centralnym. Trzeba włożyć mnóstwo wysiłku i także własnych pieniędzy w to, żeby dołączyć do reprezentacji.
-Całkiem możliwe, że osiągający sukcesy skoczkowie więcej pieniędzy przynoszą PZN czyli jednostce finansowanej „przez nas” niż stamtąd zabierają. Wszak za sukcesami idą pewnie jakieś pieniądze od międzynarodowej federacji, a niewykluczone, że także pewien procent wpływów z kontraktów reklamowych.
-państwo musi wspierać sportowców. Ich sukcesy, choć związane z pewnymi kosztami, są mu jak najbardziej na rękę. Dlaczego? Po pierwsze to prestiż. Kraj z wynikami sportowymi to kraj rozpoznawalny, mogący być partnerem, wyglądający wiarygodniej. Jasne, nie zastępuje to stabilnej, silnej gospodarki itd., ale zawsze jest plusem. Ten argument to za mało? Jest jeszcze jeden, ważniejszy. Państwo musi ponosić koszty związane z sukcesami narodowych sportowców, bo ich triumfy inspirują. Motywują. Zachęcają dzieciaki do sportu. Społeczeństwo wysportowane to przecież społeczeństwo zdrowe. Jako takie generuje ono znacznie mniej kosztów związanych z opieką medyczną itd. To czysty biznes.

Jasne, że to nie do końca tak się przekłada na rzeczywistość jak to opisałem. Praktyka jest ciut inna, ale nie jakoś drastycznie. Dotowanie sportowców przez państwo związane jest z konkretnymi korzyściami także dla tego pierwszego. Myślę, że z pierwszą częścią udało się mi więc już rozprawić. Gotowi na ciąg dalszy?

„(…) oni tylko zarabiają” – przepraszam, co?! Mam wrażenie, że niektórzy myślą, iż życie takiego sportowca (w szczególności tego skoczka narciarskiego) to tylko cud, miód i orzeszki. No kurde! Ciekawe, ilu ludzi byłoby na tyle zdeterminowanych, żeby w zasadzie każdy aspekt swojego życia podporządkować pasji? Dieta ściśle określona, harówa całymi dniami na treningach, życie w trasie, stres. Wielkie oczekiwania, presja. Pomijam już to, że to jeden z najbardziej ekstremalnych sportów na świecie. Zawodnicy każdym skokiem ryzykują skręcenie karku i trupów nie ma tylko dzięki ich profesjonalizmowi. Przy tym wszystkim dostarczają kibicom naprawdę niezwykłego widowiska. To nie jest „tylko zarabianie”. To ciężka praca na każdą złotówkę czy też franka szwajcarskiego. Tych powinno być jeszcze więcej. To ambicja, która ciągnie ich w górę, sprawiając, że dokonują rzeczy niewyobrażalnych, przechodzą do historii i wlewają dumę w serca rodaków. Coś pięknego! Swoją drogą o ambicji więcej w sekcji muzycznej.

Wreszcie grande finale! „Może by tak się podzielili…” – HA HA HA! Czym, przepraszam bardzo? Tymi niewielkimi, w porównaniu z nakładem włożonej pracy i zarobkami innych sportowców, pieniędzmi? Może jeszcze ze wszystkimi podatnikami proporcjonalnie do ich „wkładu” w ten sukces?! Panie „szczur_z_kanału”, jak Panu tak zależy, to dam Panu te kilkanaście groszy, bo to pewnie tyle by wyszło. Cóż to w ogóle jest za chore podejście? Dlaczego ktoś miałby się dzielić swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi? Zresztą robią to – w podatkach, zapewne podobnie jak komentujący „szczur”, jednak odprowadzając je w wyższej kwocie.

To, co Stoch, Kot, Żyła i inni dostali z naszych wspólnych pieniędzy, spłacają z nawiązką. Rozsławiając Polskę, promując sport i wprowadzając odrobinę uśmiechu w tym smutnym jak ***** (wiecie, o co chodzi, oglądaliście Chłopaki nie płaczą) świecie i kraju. Po prostu. Niech wiedzie im się jak najlepiej, a szczury niech wracają do kanału. Najlepiej natychmiast.

Sekcja muzyczna! Miało być o ambicji, tak? Bardzo proszę:

Taco w absolutnie mistrzowskiej formie. Im więcej razy słucham Marmuru, tym więcej geniuszu w nim wyłapuję. Ta piosenka jest świetna, ale jeszcze lepiej słuchać jej w kontekście całego albumu. Przekonajcie się!

P S Snapchat: @cgdenys, Facebook: fb.com/cogryziedenysa. Zapraszam!

Trzeba korzystać!

Jakiś czas temu, zdaje się, że przy okazji festiwalu Tauron Nowa Muzyka, na jednym z modnych, awangardowych portali, których nie odwiedzam, pojawił się tekst będący zestawieniem pięciu intrygujących miejsc, które warto odwiedzić przyjeżdżając do Katowic na wspomniany festiwal. Przejrzałem tę listę, skorzystałem z Google Maps, żeby się upewnić i co się okazało? Że wszystkie leżą w promieniu 800 metrów od mojego domu.

To nic, tym bardziej, że były to chyba wyłącznie knajpy i kluby, ale dołóżmy do tego fakt, iż od Strefy Kultury, która co roku gości ów festiwal, a także inne wydarzenia, choćby Męskie Granie w minione wakacje, dzieli mnie jedynie jedna ulica, co prawda ruchliwa, za to okiełznana wygodną kładką. Poza tym do Teatru Śląskiego mam niespełna 10 minut piechotą. Do innych instytucji, w których można się odchamić, także mam blisko. I co z tego wynika?

Niewiele. Niemalże nic. W siedzibie NOSPR, którą widzę z okna jedyny raz byłem prawie dwa lata temu. Muzeum Śląskie odwiedziłem kilkakrotnie, ale bodajże półtora roku temu, a ekspozycje przecież się zmieniają, przynajmniej częściowo. Przeszło rok minął także od mojej ostatniej wizyty w teatrze. Wiecie, co to jest? Marnowanie możliwości. Wszak można by niemal na okrągło obcować z kulturą, rozwijać się, poszerzać horyzonty! Cóż stoi na przeszkodzie? Pieniądze? Bzdura! Naprawdę często wystarczyłby naprawdę niewielki nakład środków. Co więc jest problemem? Czas? Nie przesadzajmy! Wygospodarowanie kilku godzin w tygodniu albo przynajmniej, już trudno, w miesiącu, to nie jest nic niewyobrażalnego.

Rzecz w tym, że mam aż za blisko. Wy, którzy to czytacie, najprawdopodobniej w większości jesteście w podobnej sytuacji. Może w waszym przypadku nie jest to aż tak mała odległość lub nie są to dokładnie te same obiekty kultury, ale jestem przekonany, że mechanizm działa na tej samej zasadzie. Po prostu to za łatwe. Przecież na spektakl, koncert czy wystawę można się wybrać w każdej chwili. Skoro w każdej, to i później. Skoro więc później, to w efekcie niemalże nigdy. Gdyby było dalej, trudniej, to może i chęci byłyby większe. Tyle tylko, że cóż tego, skoro równoważyłyby je gorsze możliwości? I tak źle, i tak nie dobrze.

 nosprzdala
Tak blisko, tak daleko…

Trzeba to jakoś przełamać. Dzisiaj wybieram się na koncert do NOSPR! Sala kameralna, bilety po 10 zł. Wystarczyło kupić je przez internet i wydrukować. Tak proste. Aż za proste. Trzeba to częściej powtarzać. Właśnie tego sobie życzę. Wam zresztą też.

Tymczasem w warstwie muzycznej coś zupełnie innego niż to, co spodziewam się usłyszeć niebawem w pobliskiej sali koncertowej. Będę zupełnie przewidywalny wrzucając nową perełkę od tych panów, ale nie dbam o to. O, proszę:

To teraz marsz po odrobinę kultury!

Reklamuję opony!

Wiele osób narzeka na kończący się rok. Pojawiają się memy w stylu „Postanowienie na 2017? Nie wspominać o 2016″. Cóż, zmiany w globalnej polityce, śmierć wielu znanych osób, które zrobiły dużo dobrego dla kultury, a także konflikty zbrojne, zamachy terrorystyczne i tak dalej rzeczywiście niekoniecznie budzą pozytywne skojarzenia. To w sumie mało powiedziane. Dlatego wcale się nie dziwię, że sporo osób chce zapomnieć o tym roku.

A jednak… Nie mogę się do nich przyłączyć. Co z tego, że na świecie działo się być może nie najlepiej, skoro mi 2016 w przyszłości raczej będzie się kojarzył dobrze albo wręcz wspaniale? Pomyślmy…

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zdążyłem skończyć jedne studia z bardzo dobrym wynikiem i podjąć kolejne, z którymi, mam nadzieję, też poradzę sobie przyzwoicie. Przeżyłem sporo przygód, odbywając podróże małe i duże. Wiele się nauczyłem, także po prostu dla siebie. Poznałem mnóstwo fenomenalnych ludzi, z którymi mam nadzieję utrzymać kontakt. Podjąłem pracę i to całkiem niezłą jak na kogoś, kto dopiero rozpoczyna karierę zawodową. Wpadłem na kilka ciekawych pomysłów, z których część udało się zrealizować. Dotyczyły przede wszystkim bloga i Suplementu. Naprawdę powstało w minionym roku kilka moich tekstów, z których jestem bardzo dumny.

Czy o czymś zapomniałem? Z całą pewnością! Ten rok obfitował we wrażenia, więc coś musiało mi umknąć. Ale to dobrze. Lepiej w tę stronę.

kola2016

To tylko wycinek tego roku!

W związku ze zbliżającą się więc wielkimi krokami fiestą związaną ze zwykłą zmianą cyferki w kalendarzach (i niemal niczym więcej) życzę więc sobie, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy. Po prostu. Tego samego życzę i Wam. Jeśli dla Was ten nie był dobry, to przyszły niech będzie znacznie lepszy. Zrealizujcie w nim wszystkie swoje plany (nie postanowienia – konkretne plany!). Niech Was nie spotka nic złego. Trzymajcie się!

Optymistyczny akcent muzyczny na dziś to coś, co być może już znacie, ale ja poznałem raptem kilka dni temu, więc dzielę się. O, proszę:

P S I pięknego pokazu fajerwerków Wam życzę!

P S 2 A o co chodzi z tym tytułowym reklamowaniem opon? Mógłbym powiedzieć, że to był dobry rok. Po angielsku: It was a good year. GOOD YEAR. GOODYEAR, czaicie? Jak ta firma produkująca opony. Wiem, suche. Na szczęście impreza sylwestrowa już niebawem i wtedy popijecie. Na zdrowie!

I tak to właśnie jest…

Powiem wprost: to nie są najwspanialsze święta w moim życiu. Nie żeby było tragicznie. Po prostu szału nie ma. Z drugiej jednak strony jest całkiem nieźle. Kameralne towarzystwo sprawia, że można uniknąć (na ogół) męczących pytań, zamieszania, gwaru i tak dalej. Potrawy wigilijne jak zwykle mnie nie urzekły, ale na szczęście ich ograniczona ilość sprawia, że nie trzeba ich jeść za wszelką cenę, wbrew sobie. Zdążyłem też już spotkać się ze znajomymi, pograć z nimi w coś i poobrażać się nawzajem. Tak jak lubimy. Plany na kolejne dni też są niezłe. Trochę odpoczynku, gier czy filmów w rodzinnym gronie, do tego może jakiś szybki wypad. Żyć, nie umierać. ochoinka

Wydaje Wam się, że jest ponuro? Doceńcie blask Świąt! Dobrze, tylko co z tego wszystkiego wynika? Moje życzenia świąteczne. Jestem przekonany, że przeważająca większość z Was, czytających ten tekst, ma się w życiu naprawdę nieźle. Najprawdopodobniej macie po dwie ręce i dwie nogi, kochające, choć może czasem strasznie wkurzające rodziny, wiernych przyjaciół, pracę lub inny sposób na życie, szkołę lub studia, co dla wielu ludzi w innych zakątkach globu byłoby przywilejem. Zatem… Może warto to wszystko docenić? Tego Wam życzę. Tak jak wspomniałem, najprawdopodobniej wszyscy macie wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. A jednak mało jest uśmiechu, radości. Takiej prostej. Więcej ponurych min, narzekania i smutku. Słabo i niepotrzebnie. Naprawdę cieszcie się tym, co macie. Jeśli to jednak dla Was za mało, to walczcie o więcej. Siły, pomysły, wiara, entuzjazm – tego potrzeba w tym celu i tego właśnie Wam życzę. Kształtujcie swoje życie tak, jak tylko sobie wymyślicie. Codziennie wykuwajcie się na nowo. Poza tym <masa innych coachowskich pierdół, z których może choć jedna Was zainspiruje>. Czy czegoś jeszcze mogę Wam życzyć? Na pewno mogę, ale chyba więcej nie trzeba. Po prostu odpocznijcie, zbierzcie siły, niech Moc będzie z Wami itd. Jak zawsze dobrze życzący wszystkim ludziom, Denys Już tradycyjnie w okresie świątecznym moja ulubiona bożonarodzeniowa produkcja muzyczna: https://youtu.be/YGLQXb6wn0Y P S Prezenty proszę przesyłać mi pocztą. Czekam.

Nowa, świecka tradycja!

Idą święta, idą święta, każda buzia uśmiechnięta! Znów będą te wszystkie wspaniałości! Opłatki, życzenia, kolędy, choinka, prezenty, jedzenie i… Zaraz, zaraz, jedzenie?! Ale ja przecież wcale nie przepadam za bożonarodzeniowymi potrawami… No i właśnie z takiej błahostki wziął się pomysł na ten wpis.

Tradycja? Rzecz święta! Tak przynajmniej twierdzą niektórzy. Ja mam trochę inne podejście. Nie bardzo przekonuje mnie robienie czegoś tylko dlatego, że do tej pory tak postępowano. Jasne, zwyczaje miewają też silniejsze umocowanie. Czasem mają coś konkretnego na celu, zdarza się, że są symbolem, ale, nie oszukujmy się, to pierwotne znaczenie często się zatraca i zostaje jedynie słaba, wymieniona na początku argumentacja.

 mikołaj

Byliście grzeczni w tym roku? On wie!

To nawet jeszcze nie jest takie złe, gdy chodzi o rzeczy nieszkodliwe lub nawet przyjemne. Takie ubieranie choinki na przykład – dzieci i sporo dorosłych uwielbia to robić, więc okej, proszę bardzo. Podobnie ze śpiewaniem kolęd i masą innych rzeczy. Jeśli komuś dostarcza to frajdy, niech korzysta.

Gorzej, jeżeli ktoś robi coś tylko ze względu na tradycję, nie bacząc na względy praktyczne. Chociażby przygotowywanie tradycyjnych dwunastu potraw, jeśli części z nich nikt nawet nie tknie, bo nie lubi. Tworzenie rzeczy, które nikomu nie sprawią frajdy, ani nawet sam proces wytwórczy jej nie dostarczy, tylko po to, żeby były. Słabe to. Drażni mnie. Przy odrobinie zdrowego rozsądku inni sygnalizowali wcześniej, że może warto odpuścić, ale taki uparty człowiek się nie poddaje, „bo to tradycja”, a potem jest zdziwiony, że inni nie jedzą, nie podziwiają, nie doceniają i wcale się nie cieszą. Absurd!

Jeszcze gorzej, jeśli do czegoś zmusza się nie siebie, a kogoś innego, właśnie ze względu na tradycję. „Zjedz karpia”,  ”wcinaj groch z kapustą”, „maszeruj o północy do kościoła” – i tak dalej, i tak dalej. Jeśli ktoś lubi, proszę bardzo. Jeżeli jednak na kogoś wywiera się presję, żeby coś zrobił, bo „taka jest tradycja”, uruchamia się moja wewnętrzna chęć mordu.

Dlatego też, zanim zaczniecie coś robić (w te święta, ale nie tylko – zawsze), zastanówcie się, dlaczego w zasadzie to robicie. W jakimś konkretnym celu? Dla frajdy? A może jednak tylko dlatego, że taki jest zwyczaj, a tak naprawdę nikogo to nie cieszy i nie ma z tego pożytku? Jeżeli odpowiedzią jest ten ostatni wariant, zastanówcie się, czy nie lepiej po prostu odpuścić.

Akcent muzyczny? Już chciałem wrzucić Last christmas (i nie byłoby to tylko ze względu na tradycję, ale też dlatego, że piosenka ta co roku dostarcza mnóstwa frajdy), ale postanowiłem wysilić się nieco bardziej i kompletnie Was zaskoczyć (hejty za trzy, dwa, jeden…):

P S Te wszystkie pytania odnośnie odpuszczania i tak dalej zadawajcie sobie tym bardziej, jeśli to komuś zlecacie coś do zrobienia! I to w zasadzie tyle. Życzenia świąteczne w niedzielę. Do zobaczenia!

Teraz Polska!

Właśnie obejrzałem Na granicy. Wiem, moje tempo powala. Film niby z tego roku, ale z samego początku, a my już jesteśmy przy końcu. Za mniej niż dwa tygodnie wszyscy będą się znów mylić, zapisując daty. Skreślona szóstka, obok niej siódemka, te sprawy. W każdym razie sporo czasu zajęło mi zaznajomienie się z tą polską produkcją. Na szczęście jednak nie będę tu jej recenzował ani nic w tym rodzaju. To po prostu wstęp do szerszego tematu.

Kojarzycie symbol Teraz Polska? Ma on na celu przede wszystkim promowanie polskich firm, odznaczających się wysoką jakością. Kiedyś było o nim znacznie głośniej, a teraz temat chyba nieco ucichł. W każdym razie dalej funkcjonuje. Dlaczego w ogóle o tym wspominam?

Bo jedno skojarzyło mi się z drugim. Bo troszeczkę wkurza mnie, że polskie rzeczy (nieważne, czy firmy, czy kulturę) trzeba specjalnie promować właśnie poprzez rozmaite znaki, targi, projekty, pawilony na EXPO czy inne cuda wianki. Cholera, no wkurza mnie. A wiecie dlaczego?

Bo mam wrażenie, że większość moich ulubionych rzeczy jest właśnie z Polski. Przykłady? Przede wszystkim kultura. Filmy i seriale? Okej, może nie mamy rodzimych blockbusterów, bo zwyczajnie nas na to nie stać, ale poza tym? Ostatnio jest naprawdę nieźle. Komedie coraz zabawniejsze i w dodatku nie wszystkie z Karolakiem, filmy obyczajowe, dramaty i im podobne jak zawsze mocne, a kryminały, thrillery i tak dalej? Bywały niezłe, ale od jakiegoś czasu obserwujemy prawdziwy wysyp perełek. Paradoks, Prokurator, Pakt, Wataha, Zbrodnia, Belfer, czy choćby z filmów wspomniane Na granicy, które, choć zdecydowanie nie idealne, mimo wszystko wbija w fotel (chyba, że podczas seansu na przykład się leży, wtedy wcale nie – trafna, acz bezcelowa uwaga). Aha, nie zapominajmy, że to tylko te, które oglądałem, a nie mam zbyt wiele czasu na śledzenie wszystkich nowych produkcji.

Książki? Choćby cykl o wiedźminie, a to tylko pierwszy przykład z brzegu, w dodatku podsycany przez robiącą światową karierę grę, którą także stworzyli Polacy i o której słyszeli już wszyscy. Jest zresztą znacznie więcej pozycji (zarówno książek jak i gier), które mogłyby walczyć albo nawet z powodzeniem walczą o globalne uznanie, ale nie wymienię ich tu ze strachu przed wiedźmińskim mieczem. Trudno.

Wreszcie muzyka! Tu zaczyna się prawdziwa bajka. Niewielu jest zagranicznych wykonawców, których słucham równie często jak polskich. Naprawdę mamy być z czego dumni. Chociażby The Dumplings, Brodka, Jóga, Podsiadło, Leski i tak dalej. Cała klasyka polskiego rocka. Nowy rock. Przekonajcie się, jedźcie choćby na Woodstock. Polski rap. I tak dalej. Po prostu jest cudnie.

Nie będę wspominał o przedsiębiorstwach, bo nie czuję się kompetentny w tym zakresie. Wolę kulturę. Jeżeli jednak ktoś jest zainteresowany, niech zajrzy na stronę terazpolska.pl. Bo w zasadzie czemu nie?

flagsCzy ten znak na produkcie ma znaczenie?

Jasne, w pewnym sensie rozumiem cel takiego promowania. Domyślam się, że w innych krajach też funkcjonują podobne rzeczy. Niemniej jednak wkurza mnie to. Ja wiem, że polskie jest dobre. Nie każde i nie zawsze, ale satysfakcjonująco dużo i często. Tyle tylko, że to nie ma znaczenia, bo całość działa następująco: jeżeli coś jest słabe, to jest słabe niezależnie od pochodzenia i nawet polskość maksymalna nic tu nie pomoże. Jeśli natomiast coś jest dobre, to nikogo nie obchodzi, skąd to jest. Ważne, że jest dobre.

Powinno się więc promować polskie rzeczy. Kulturę, produkty i całą resztę, jednak nie ze względu na pochodzenie, ale ze względu na wysoką jakość i inne zalety. Jasne, to podejście może się rozjeżdżać w szczegółach, ale moim zdaniem tak to powinno działać. Tyle.

Żeby z tą polską kulturą nie być gołosłownym, jako akcent muzyczny dziś odgrzewany klasyk (mógłbym załączyć mnóstwo świeższych, nowatorskich rzeczy także prosto z Polski, ale to macie na co dzień):

P S A może nie chodzi o promowanie wysokiej jakości produktów przez ich polskość, ale o promowanie Polski poprzez wysokiej jakości produkty? To całkowicie zmienia perspektywę…

Kiedyś ucieknę! Może…

W pracy bywa różnie. Raz na luzie, raz po grudzie. Ostatnimi czasy było nieźle, ale pojawiały się też stresujące momenty. Będzie ich zresztą więcej. Biorąc pod uwagę, iż do nadchodzącego gorącego okresu należy doliczyć sesję, nie nastraja to optymistycznie. Łatwo się podłamać.

Ostatnio dopadła mnie właśnie chwila słabości. Kryzysowy moment. Miałem dość wszystkiego. Było źle.

Na szczęście niedługo później się uspokoiłem. Uświadomiłem sobie, że nie ma najmniejszego powodu, żebym się tak przejmował. To całkiem proste. Staram się jak najlepiej wykonać swoją robotę i tyle. Jeśli kiedyś uznam, że to za dużo i nie daję rady lub ktoś nade mną stwierdzi, że się do tego nie nadaję, po prostu ucieknę.

DIGITAL CAMERA

 

Dokąd? Zobaczymy!

 

 

Mogę. Marzy mi się to. Wyjechać gdzieś daleko albo podróżować, być ciągle w ruchu. Póki nie mam kredytu do spłacenia, rodziny na utrzymaniu ani innych zobowiązań. Takich, które wymagałyby obrzydzania sobie życia tylko po to, żeby starczyło na nie pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle. Nie krytykuję nikogo za nich zaciąganie (ostatecznie pewnie sam też to kiedyś zrobię). Nie twierdzę też, że ich wypełnianie musi koniecznie wiązać się ze stresem, zmęczeniem i frustracją. Uważam jednak, że może zdarzyć się tak, iż człowiek znajdzie się pod ścianą i będzie musiał niemiłosiernie się męczyć, żeby sprostać wszystkim wymaganiom. Wtedy już chyba nie ma odwrotu…

Dlatego właśnie cieszę się, że ucieczka pozostaje dla mnie jeszcze otwartą opcją. Mógłbym z niej skorzystać, gdybym uznał, że mam już całkiem dość dotychczasowego stanu rzeczy. Wierzę też, że Luba Ma uciekłaby ze mną. Ba! Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to ona nadała tej wyprawie kierunek.

Z taką świadomością można żyć i po staremu znosić różne niedogodności codzienności. Przecież w każdej chwili można by to zostawić. Można by. A że tego się nie robi? Cóż, to zupełnie inna sprawa!

Akcent muzyczny? Coś raczej nie w moim stylu, co Wy być może już znacie, ale ja raczej nie słucham radia i urzekło mnie to dopiero dziś (w drodze z pracy!). O, proszę:

P S Facebook: facebook.com/cogryziedenysa, Snapchat: @cgdenys – zapraszam! Czasem coś się pojawi.

I widział Autor, że to było dobre.

Najlepsze uczucie? Świadomość tego, że coś, w co wkłada się sporo pracy i serca, staje się coraz lepsze i lepsze. Okej, to nieprawda. Na poczekaniu wymyśliłbym całe mnóstwo uczuć, które są jeszcze lepsze. Nie będę jednak tego teraz robił, bo to nie o to chodzi. Przesłanie tego akapitu jest takie, że opisana świadomość to naprawdę coś fantastycznego.

Czas na rozwinięcie myśli, a stanie się to w sposób mało precyzyjny, za to trafiający do niemal każdego. Poprzez przykład.

Suplement. Znacie Suplement? W każdym razie ja znam doskonale (nawiasem mówiąc (a skoro tak, to czy wtrącenie to rzeczywiście powinno znaleźć się w nawiasie?  - ot, zagadka!) tamte dwa hiperlinki prowadzą w dwa różne miejsca, więc sprawdźcie oba). To magazyn studentów Uniwersytetu Śląskiego, mojej pierwszej i, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przedostatniej uczelni. Teraz jestem jego dumnym absolwentem i pragnę podtrzymać tę więź, właśnie w dalszym ciągu działając w magazynie.

No dobrze, ale co z tym stawaniem się lepszym? Już mówię. Pamiętam, że gdy zaczynałem studia, Suplement nie wyglądał zbyt zachęcająco. Może i treść była wartościowa, ale mało kto się o tym przekonywał, bo czarno-białe artykuły na pół strony, oddzielone jeden od drugiego grubą kreską i pozbawione jakiejkolwiek grafiki, po prostu nie przyciągały uwagi. Kiedy przyszedłem do redakcji jako przerażony, ale chcący się w coś zaangażować chłopaczek, magazyn prezentował się już wyraźnie lepiej. Kolorowy, przykuwający wzrok. Krok w dobrą stronę, choć do ideału droga daleka. Coś, w co warto się zaangażować.

Ja, jako typ składający się w znacznym stopniu z wrodzonej nieśmiałości, na moim pierwszym kolegium redakcyjnym nie odezwałem się oczywiście ani słowem. Szybko wyszedłem, z ulgą uciekając na wykład. Pokusa tworzenia tego pisma, bez wątpienia mającego potencjał, okazała się jednak zbyt silna. Do ówczesnej Naczelnej z propozycją tematu mojego pierwszego artykułu odezwałem się później, korzystając z dobrodziejstwa zmniejszających stres komunikatorów. Potem już jakoś poszło.

supleman

Nowy numer? Inspiracja do powstania tego tekstu!

Od tamtego czasu minęło przeszło półtora roku. Wiele się zmieniło. Przede wszystkim w znacznym stopniu przemianom uległa redakcja Suplementu. Co poza tym? A to, że obecnie w zasadzie każdy kolejny numer to prawdziwa perełka.

To oczywiście nie moja zasługa. Ja tylko piszę teksty do kolejnych numerów, a ostatnio także układam krzyżówki, które, mam nadzieję, dostarczają rozrywki naszym Czytelnikom. Bohaterami są przede wszystkim fotografowie, grafik i osoby decyzyjne, którym zawdzięczamy wielką metamorfozę magazynu. Ta na początku mogła wzbudzać mieszane uczucia, ale z perspektywy czas widać, że była nawet nie krokiem, ale wielkim skokiem w dobrą stronę. Kolejne numery stawały się jeszcze lepsze i…

Właśnie ukazał się najnowszy. Jest już dostępny w formie papierowej i naprawdę jest bliski ideałowi. Jedyna rzecz, która mi się w nim nie podoba, to fakt, iż na potrzeby składu musiałem skrócić swój tekst. Jak dla mnie więc kolejne zmiany powinny dotyczyć już wyłącznie zwiększania objętości i ewentualnie kosmetycznych poprawek. To pewnie jedynie pobożne życzenia, ale chciałbym, by tak właśnie było.

Nie wierzycie? Przekonajcie się sami! Dorwijcie nowy numer Suplementu na Uniwersytecie Śląskim lub w innych dobrych miejscach w Katowicach. A jeśli akurat nie po drodze Wam do jednego z najbardziej niezwykłych polskich miast, sięgnijcie po wersję elektroniczną – o, tutaj!

Gratuluję, dotrwaliście do końca! W nagrodę piosenka, którą być może już słyszeliście, bo niemal na pewno kiedyś się tutaj pojawiła. Warto jednak posłuchać jej jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze. Ona:

P S Chyba można nazwać ten tekst „pakietem dobrych rzeczy z Katowic”. Polecam.

Nie trzeba wiele!

Czwartek. W zasadzie trzeci dzień z rzędu jestem przeszczęśliwy. Od rana do wieczora chodzę z szerokim uśmiechem na gębie. Dlaczego? Ha, to bardzo dobre pytanie! Nie wydarzyło się nic specjalnego, nie pojawiła się żadna spektakularna przyczyna. Po prostu jest dobrze.

Przez te trzy dni w zasadzie nie kłóciłem się z bliskimi. W pracy wyrabiałem się z robotą i w dodatku kończyłem ją o ludzkich godzinach. Spotkałem się ze znajomymi z redakcji. Wzbogaciłem się o słodycze przyniesione przez św. Mikołaja. Poza tym mam dwie ręce, dwie nogi, sprawny mózg. Jestem zdrowy. Nie żyję w kraju ogarniętym wojną (chyba, że ideologiczną). I tak dalej, i tak dalej. Niby nic spektakularnego, ale naprawdę warto to docenić.

Teraz zrobiło mi się głupio. Przecież sporą część z tych rzeczy mogę doceniać zawsze. Owszem, z pierwszymi dwiema bywa różnie, a dwie następne to epizody, ale przecież najważniejsze są te ostatnie. Naprawdę jest się z czego cieszyć. Tymczasem bywa, że chodzę całymi dniami ze spuszczoną głową, choć jeśli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, zupełnie nie mam ku temu podstaw. Spróbuję pamiętać o tym na przyszłość!

hipno

Zawsze też mogę się wybrać w  ciekawe miejsce.
Niby błahostka, a cieszy. Wiecie, gdzie to? 

A w kąciku muzycznym piosenka, która może nie jest wybitna, ale naprawdę niezła (a w wersji woodstockowej brzmiała jeszcze lepiej). Posłuchajcie:

P S Ha, żartowałem! Nie ma nic w post scriptum! Taki ze mnie śmieszek!