Wołoszański, Don Corleone i Fred – team building!

Jak być może wiecie, przez niemal cały wrzesień się szkolę. Miniony tydzień spędziliśmy na Mazurach. Na potrzeby wykładów byliśmy podzieleni na grupy, a te oczywiście podzielono jeszcze na drużyny, które miały ze sobą rywalizować. Standard.

Jak się okazało, mój team zgrał się całkiem przyzwoicie, mimo że wcześniej znaliśmy się tylko z widzenia albo wcale. W czwartek, przedostatniego dnia, prowadzący zapowiedzieli nam, że skończymy odrobinę wcześniej. Ucieszyliśmy się, ale miny nam zrzedły, gdy okazało się, że to po to, by dać nam czas na przygotowanie na następny dzień CZEGOŚ, na przykład filmiku lub skeczu o szkoleniu, branży itd.

Super! Świetna sprawa! Hurrra! – to stwierdzenia, które z pewnością nie padły z naszych ust. Gdyby ktoś nas zapytał o cel takiej aktywności, wzruszylibyśmy pewnie ramionami. Integrowanie się zespołu? Jasne… Jakby zmuszenie ludzi do zrobienia czegoś razem miało jakoś pomóc. Mogłoby nas jedynie zjednoczyć w zniechęceniu. Postanowiliśmy więc zająć się tym po kolacji, wcześniej dając sobie czas na relaks. Ponieważ większość innych drużyn zabrała się do pracy niemal od razu, ja na przykład mogłem się cieszyć w tym czasie niemal pustym basenem.

Gorzej było, gdy o godzinie 20 zabraliśmy się do pracy. Mieliśmy ogólną koncepcję, ale pierwsze 1,5 h poświęciliśmy na mozolną burzę mózgów mającą na celu dopracowanie pomysłów. Ostatecznie trochę zmieniliśmy ideę i zaczęliśmy nagrywać. Całość zajęła nam 7,5 h. Montaż udało nam się skończyć o godzinie 3:30. Miazga… A efekt?

Według nas powstało małe arcydziełko. Film parodiujący Ojca chrzestnego, The Ring, MacGyvera i Chłopaki nie płaczą, opisujący przypadki z branży przeplatane wstawkami inspirowanymi Bogusławem Wołoszańskim, a także pokazujący genezę nazwy naszej drużyny, którą wymyśliliśmy na początku tygodnia. Publiczność także uznała naszą produkcję za bardzo dobrą (albo tak nam mówili, żeby nie było nam przykro – zawsze trzeba brać pod uwagę gorszy scenariusz). Komisja decydująca o przyznaniu punktów była jednak innego zdania (być może nie wyłapała wszystkiego) i, ku naszemu zdumieniu, oceniła nas możliwie najniżej. Na szczęście nie wpłynęło to na ostateczne wyniki całej rywalizacji.

To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze jest to, że ta niemal dodatkowa dniówka poświęcona na nasz projekt, to był po prostu najprzyjmniejszy i najzabawniejszy wieczór z całego tygodnia. Wspólne oglądanie meczy czy liczne imprezy są niczym w porównaniu z czasem spędzonym na naszym małym planie. Powtarzane ujęcia, wymyślanie kolejnych scen i kwestii, angedoty z pracy, dobieranie pomysłów i odrzucanie niektórych sprawiły nam sporo frajdy. Przy problemach z montażem, już w środku nocy, zaczęliśmy się przerzucać czarnym humorem i dalej było świetnie.

fotos
Kadr z filmu.

Nie miałem racji. Nie lubię tego przyznawać, ale po prostu nie mam innego wyjścia. Fakty są takie, że wspólne tworzenie filmu rzeczywiście jeszcze bardziej zintegrowało nasz team. W następnych tygodniach będziemy już podzieleni inaczej, potem rozjedziemy się do swoich biur, ale znajomości pozostaną. Tylko my, 7 osób stanowiących drużynę, będziemy mieli pewne wspomnienia i skojarzenia. Tego nikt nam nie odbierze. Planujący szkolenia rzeczywiście widzieli, co robią.

Wniosek? Nie ma co się nastawiać negatywnie. Odrobina uśmiechu, chamskich żartów i może powstać coś wspaniałego.

Akcent muzyczny? Akcent, którego na ogół nie słucham, ale był niemalże hymnem ostatniego tygodnia:

P S Na moim Facebooku  pojawił się konkurs z okazji przekroczenia bariery 200 polubień. Sprawdźcie koniecznie!

Aż 7 lat!

Byłem wczoraj z kolegami na mieście. Nastała pora świętowania, bo wreszcie ostatni z nich zdobył tytuł inżyniera (zresztą jeśli śledzicie mojego Facebooka to już to wiecie). To jednak teraz nieistotne. Ważne jest to, że przy okazji zorientowaliśmy się, że znamy się już 7 lat. SIEDEM! Szmat czasu. Prawie jedna trzecia naszego życia. W przyszłym roku będzie to dokładnie jedna trzecia. Zresztą proporcja ta będzie już tylko rosła, bo tak działa matematyka.

7 lat. Nieszczęcia? Nie. Chudych? Nie, zdecydowanie tłustych i wcale nie chodzi mi o to, że w tym czasie wielu z nas (w tym niestety ja) przybrało na wadze. Szmat czasu. Mówi się, że jeśli z kimś przyjaźni się co najmniej siedem lat, to jest to przyjaźń już na całe życie. To oczywiście informacja z internetu i wcale nie musi być prawdą, a poza tym siedem lat temu wcale się jeszcze nie przyjaźniliśmy. To proces, który trwa, a my znaliśmy się od tygodnia. Nie zmienia to jednak faktu, iż to właśnie z liceum pochodzą moje najlepsze, najbardziej szalone znajomości i to z tymi ludźmi widuję się najczęściej, mimo ukończenia szkoły cztery lata temu i rozejścia się w różne strony, dosłownie i w przenośni.

IMG_0124[1]2
Zapewne ktoś mnie zabije za tę publikację.
Cóż, poświęcę się.

Zastanawiam się nad jakąś myślą przewodnią tego wpisu, pointą, morałem. Ciężko mi coś wymyślić, ale może nie trzeba. Po prostu życzę każdemu takich ludzi wokół. Wiadomo, że nie każdy z każdym ze zdjęcia się trzyma, z niektórymi kontakt urwał się zupełnie, ale przynajmniej ja z lwią częścią tej wspaniałej klasy mam dobre relacje, ze sporą częścią bardzo dobre, a z częścią najlepsze możliwe. Zawsze jest z nimi fantastyczna zabawa, nigdy nie brakuje tematów do rozmowy, a poza tym wszystkim w razie jakiejkolwiek potrzeby doradzą lub pomogą. Oczywiście poprzedzając to solidną porcją docinków, ale inaczej byliby zupełnie niewiarygodni.

Rozejrzyjcie się więc wokół i zastanówcie, kto jest dla Was tak ważny, z kim ile czasu się znacie i tak dalej. A potem idźcie razem na piwo lub zróbcie coś innego, byle wspólnie. Sami będziecie najlepiej wiedzieli co.

Akcent muzyczny? Dość świeża rzecz zespołu, o którym (i który) już tu słyszeliście:

P S Zaglądajcie na Snapchata (@cgdenys) – jadę właśnie do Ostródy i liczę na to, że sporo się tam będzie działo.

70 kilometrów i 600 zwyczajów dalej.

Gdy kilka lat temu związałem się z dziewczyną z Opolszczyzny, nawet nie domyślałem się, jak wiele czeka mnie dodatkowych wrażeń. Żebyście mnie nie zrozumieli źle, już tłumaczę, o co chodzi.

Po prostu przekraczając granicę województwa (a może nawet nieco wcześniej?) wkracza się w zupełnie inny krąg kulturowy. Owszem, Opolszczyzna to dalej Śląsk, nawet bardziej śląski niż ten mój, ale jakże inny. Przykłady? Dlaczego o tym piszę?

Wczoraj na przykład byłem uczestnikiem czegoś, co zwie się polterabend. Wiecie, co to? Zapewne nie. Możliwe wyjątki: jesteście stamtąd albo już o tym ode mnie słyszeliście. Ewentualnie wygooglowaliście, w końcu mamy XXI wiek. Po raz trzeci, a w zasadzie po raz drugi (wykluczam kilkugodzinne spóźnienie przy drugim razie) obserwowałem więc przebierańców, wraz z muzykantami jechałem wozem przez wsie, unikałem odłamków tłuczonych talerzy i kubków oraz wszechobecnego pierza, bawiłem się w rytm muzyki, a także jadłem i piłem. Poza tym przyglądałem się zmęczonemu przyszłemu panu młodemu, który pół wieczoru biegał z miotłą i próbował to wszystko ogarnąć. W podobnej sytuacji była zresztą jego przyszła teściowa, ale ona przejmowała się jeszcze bardziej. Nic dziwnego, wszak wszystko to działo się na jej podwórku.

Przykłady można by mnożyć. Niemal za każdym razem, gdy tam jadę, poznaję nowe zwyczaje, tradycje, wydarzenia albo przynajmniej słowa. Heimattreffen? Sprawdźcie sobie. Śmiecenie przed osiemnastymi urodzinami? Domyślcie się.

Kolejna perełka: byliśmy kilka dni temu na ślubie. Luba Ma cieszyła się bardzo, że pierwszy raz widziała sytuację, w której to ojciec prowadził pannę młodą do ołtarza. Tymczasem ja z tym, że tak nie było, pierwszy raz spotkałem się chyba dopiero na Opolszczyźnie właśnie. Mnie wtedy zdumiał wtedy szpaler drużbów i druhen i kroczący nim przyszli małżonkowie. Perspektywy były zatem odwrotne. Ach, skoro ślub to i wesele! Zabawy i zwyczaje weselne spokojnie wystarczyłyby jednak na kolejny tekst, więc nawet nie będę zaczynał tego tematu.

IMG_2819
Polterabend – co ciekawego wyłapiecie?

Do czego zmierzam tym tekstem? Chyba do tego, że żeby zgłębiać inną kulturę wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata. Wystarczy 70 kilometrów. Przekonacie się sami?

Akcent muzyczny mimo wszystko pozostanie w klimatach, do których naturalnie mi bliżej. A ponieważ cały wpis raczej trzyma się radosnego klimatu, to czas na kontrapunkt:

Znacie?

Aż zęby bolą!

„Wziąść” – spotykane za często, niemal wszechobecne. Mimo grammar nazi, internetowych kampanii pozujących na edukacyjne i innych działań, błąd ten ciągle się pojawia. A ludzie zgrzytają zębami.

„Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna, Pan z Tobą…” – to zostało mi przypomniane dzisiaj w kościele przez panią stojącą za mną. Może idźmy dalej tym tropem! „Życzliwościś pełna”? „Wyrozumiałościś pełna”? Skąd to cholerne „ś” na końcu rzeczownika?!

Stanie po lewej stronie schodów ruchomych – weźmy Polaków w losowym centrum handlowym i właśnie tak to będzie wyglądało. Tłumaczenie i przypominanie, że strona ta jest dla chcących przemieszczać się szybciej i powinna pozostać pusta, niewiele daje. Ręce opadają…

Przykładów sytuacji, w których wkurzam się niemiłosiernie, bo wiem, że coś powinno wyglądać inaczej, a ludzie z uporem maniaków robią/mówią błędnie, znalazłoby się znacznie więcej. To tylko te wymyślone na poczekaniu. Zanim napiszecie komentarz: wiem, że to drobnostki. Nie mają większego znaczenia, choć są pogwałceniem polszczyzny lub utrudnianiem innym życia. Co jednak poradzę na to, że gdy je widzę/słyszę, zęby mnie bolą ze złości?

IMG_2686
W skrajnym przypadku chciałoby się
strzelić sobie w łeb!

Czy mogę coś na to poradzić? Najlepiej byłoby machnąć ręką. Tyle tylko, że to mi nie w smak, skoro wiem, że coś jest nie tak jak powinno. Z drugiej strony: co miałbym zrobić? Odwrócić się do obcej kobiety i powiedzieć jej, że źle wymawia słowa modlitwy? Nieustannie poprawiać ludzi mówiących „wziąć”? Po chamsku przeciskać się lewą stroną schodów, tłumacząc wkurzonym ludziom, że ta część powinna być drożna?

Podejrzewam, że w najlepszym wypadku zebrałbym oburzenie, a w najgorszym dostałbym w twarz. To o tyle zabawne, że ja bym pewnie nawet się ucieszył, gdyby ktoś zwrócił mi uwagę. Wiadomo, najpierw nie byłoby mi to w smak, ale potem sprawdziłbym to, co ktoś mi oznajmił, przemyślałbym sprawę, a na końcu ucieszyłbym się, że dowiedziałem się czegoś nowego. Zachęcam więc nawet do informowania mnie, gdy robię coś nieprawidłowo.

Obawiam się jednak, że mało kto ma podejście takie jak ja. W stosunku do obcych siedzę więc cicho i tylko zaciskam bolące mnie zęby. A wy jakie macie podejście?

Akcent muzyczny? Piosenka chyba niezwiązana z tematem, ale za to jak miło ją sobie przypomnieć! O, proszę:

P S Snapchat: @cgdenys (tak tylko przypominam).

Skalowanie.

Kilka dni temu przyszła mi do głowy pewna myśl. Otóż na różnych ludziach różne rzeczy robią wrażenie. Nie chodzi jednak o to, że ludzie mają różne gusta czy podobają im się inne rzeczy. Na myśli mam to jak ludzie postrzegają otaczającą ich rzeczywistość, jak przeżywają to, co ich spotyka. Człowiek spokojny, którego każdy dzień wygląda tak samo, będzie pod wrażeniem, gdy tylko raz zamiast do osiedlowej Żabki pójdzie do ABC. Głęboko przeżyje fakt kupienia tam innej gazety niż zwykle. A jeśli wsiadając do windy przypadkiem trąci swą dłonią dłoń sąsiadki, dozna głębokiego szoku i zapamięta tę sytuację do końca życia.

Ktoś inny z kolei może żyć zasadą „szybciej, wyżej, mocniej” i ze znużeniem przyjmować nawet ekstremalne wyczyny. Ten nawet nie zwróciłby uwagi na przeżycia pierwszego, a tamten w ogóle nie potrafiłby choćby wyobrazić sobie przygód tego. To wszystko kwestia skali. Każdy posługuje się swoją. Może się okazać, że pierwszy bardziej przeżyje zwykły uśmiech obcej kobiety w sklepie niż ten drugi ekstremalny skok na spadochronie.

Zdjęcie0305 (2)
Każdy myśli i czuje inaczej!

Ta ludzka różnorodność jest fascynująca. Nie chodzi tylko o wygląd, gusta czy charakter. Wciągające jest też właśnie to, co kogo dotyka i porusza do głębi, co będzie wspominał i rozpamiętywał przez długie lata i o czym nie będzie potrafił przestać myśleć. Można próbować patrzeć na ludzi i zgadywać, wokół czego kręcą się ich myśli. Za każdym razem wynik będzie inny.

Dlatego krytyczne spojrzenie to błąd. Ktoś będzie podekscytowany czymś, co według nas jest błahe. Z drugiej strony inna osoba może porywać się na coś, co w naszej ocenie będzie niemal szaleństwem. To rzeczywistość i to jest piękne.

Akcent muzyczny (jeden z najpiękniejszych coverów):

P S Taki facebook, a Snapchat taki: @cgdenys – zapraszam.

Stagnacja.

Rozwój osobisty to podstawa! Musisz iść do przodu! Nie przestawaj się uczyć! Poszerzaj horyzonty! Ciągle pracuj nad sobą!

Zatem próbuję. Chcę podszkolić język obcy. Nie angielski, bo poziomem jego znajomości jestem akurat usatysfakcjonowany, a zresztą w obecnym świecie kontakt z tym językiem ma się niemal bez przerwy. Chodzi o niemiecki. Robię więc komputerowy kurs, staram się codziennie, ale to tylko poszerza mój zasób słownictwa, bez praktycznego jego wykorzystania. Czasem próbuję też coś w tym języku przeczytać lub obejrzeć w internecie, ale to bardzo sporadycznie. Na nadchodzący semestr na studiach zapisałem się właśnie na niemiecki, zamiast na angielski, licząc, że to coś da, ale cudów się nie spodziewam. Zobaczymy.

Praca magisterska. Miałem wielkie plany. Chciałem przez te wakacje wykonać lwią część pracy, korzystając z tego, że mam trochę czasu. Wakacji coraz mniej i mój optymizm w tym zakresie też zmniejsza się proporcjonalnie. To nie tak, że nic nie zrobiłem. Po prostu próby wykuwania informacji z monolitów stron samorządowych są męczące, nużące i frustrujące. Zapewne przez pozostałe mi dwa i pół tygodnia coś jeszcze zrobię, ale liczyłem na więcej. Trudno mi mieć pretensje do kogoś innego niż do siebie.

SQL. Język zapytań służący do tworzenia i obsługi baz danych. Wiem o nim tyle, że może mi się przydać w przyszłej pracy (jeśli kariera zawodowa będzie się toczyła po mojej myśli) i że jestem w stanie się go nauczyć. Trzeba mieć jednak jakąś podstawę. To też był plan na te wakacje – znaleźć jakiś sensowny kurs, przerobić go i w ten sposób poszerzyć swoją wiedzę. Co z tego wyszło? Póki co nic. Dopiero ostatnio w rozmowie z kolegami olśniło mnie, że być może lepszym wyjściem będzie przerobienie jakiegoś książkowego podręcznika. Już miałem sobie taki kupić, ale… Jakoś do tej pory się za to nie zabrałem. Właśnie jestem na etapie sprawdzania, czy CINIBA (biblioteka UŚ i UE w Katowicach) może mi coś zaoferować w tym zakresie. Trzymajcie kciuki!

Skupiłem się na nauce, a przecież pierwszy akapit tego tekstu dotyczy nie tylko jej. Są inne sprawy, choćby ten blog. Z nim sytuacja wygląda tak, że na facebookowym fanpage’u polubień przybywa, ale bardzo powoli. Publikowane tam treści w większości osiągają konkretne liczbowo, zwykle bardzo podobne zasięgi i tylko czasem coś dociera do zauważalnie większej liczby odbiorców. Wszystko to, jeśli przekłada na większą liczbę czytelników tutaj, na blogu, to w sposób niewielki, niemal niezauważalny. Wisi chyba nade mną jakiś szklany sufit, którego nie potrafię przebić. Próbuję, szukam sposobu, ale wszystko na nic.

Z moją twórczością, która póki co trafia „do szuflady” lub raczej „na dysk” też nie jest różowo. Powieści, opowiadania – pomysłów mi nie brakuje. Gorzej z wolą i siłą do ich realizacji. Nie jest tak, że nic się nie dzieje. Wszak w tym roku wymyśliłem kolejną koncepcję, która bardzo mi się podoba i nawet zacząłem nad nią pracować. Gorzej, że efekt to, jak sądzę, średnio 1 strona tekstu na dwa tygodnie. Słaby wynik.

IMG_2640
Wszystko naraz…

A może nie powinienem się aż tak przejmować? Sprawy, co prawda pomału, ale jednak idą do przodu. Młyny postępu, choć mielą powoli, to bez przerwy. Jeszcze nie dosięgła mnie faktyczna stagnacja. A jeśli naprawdę niepokoi mnie zbyt nikłe tempo własnego rozwoju, to może zamiast żalić się na to na blogu, powinienem właśnie ostro pracować nad sobą. A gdybym chciał zasłonić się tym, że po prostu zajmuje mnie zbyt wiele spraw, więc każda rozwija się nieśpiesznie, może dobrym posunięciem byłoby rozważenie rezygnacji z pewnych rzeczy? Tyle myśli, więc kiełkuje we mnie i ta, że może by tak rzucić to wszystko i… Wyjechać w Bieszczady? Tak! Nie. Nie wiem, może… Inna koncepcja to zostanie stolarzem (w nawiązaniu do niedawnych treści na fanpage’u). Póki co jednak jeszcze nie jestem tak zdesperowany. Mam nadzieję, że tak zostanie.

Dużo pytań – tak jak lubię. Ja spróbuję sobie na nie odpowiedzieć, a wy spróbujcie wynieść coś dla siebie z moich osobistych rozważań. Tymczasem zostawiam Was z muzyką – to znowu Nothing But Thieves i coś czuję, że jeszcze trochę ich posłuchacie, bo u mnie ta muzyka rozbrzmiewa teraz niemal bez przerwy. O, proszę:

Dobrego tygodnia!

Trzy królestwa – część IV.

W tym odcinku relacji z wyprawy przez Norwegię: osiągnięcia potomków Wikingów. Jakie? Czytajcie!

9 lipca – niedziela.

Jak wiecie, obudziliśmy się niemal na środku jakiejś miejscowości, nieco połamani, za to z widokiem na piękne jezioro.

IMG_2195

Miejsce wspaniałe, ale niestety zbyt blisko domów.

Zebraliśmy się więc stamtąd, by już po chwili zatrzymać się w najbliższej zatoczce na szybkie śniadanie. Potem w jeziorze (czy też fiordzie, cholera wie!) umyliśmy naczynia, a nasz bohaterski brodacz wykąpał się w nim, ratując upuszczony przeze mnie widelec. Podobno było przeraźliwie zimno. Wreszcie ruszyliśmy w dalszą podróż, a towarzyszyło nam ciągle suszące się pranie:

IMG_20170709_155140452
Zawsze stylowo!

Naszym celem był pobliski kościół klepkowy (sporo ich w Norwegii) i w końcu, po odstaniu swojego w korkach, dotarliśmy na miejsce. Obeszliśmy historyczny teren, przyjrzeliśmy się tej interesującej budowli z zewnątrz, ale nie weszliśmy do środka, ponieważ pożałowaliśmy około 80 koron na osobę za wstęp.

DSCN2218
I tak było warto to zobaczyć!

Naszym następnym celem tego dnia był tunel Laerdal – najdłuższa na świecie drogowa konstrukcja tego typu (24,51 km), w dodatku podświetlona w sposób przypominający zorzę polarną. Los jednak nie był dla nas łaskawy. W drodze do tego miejsca trafiliśmy na kolejne korki. Chyba mniej więcej wtedy zdecydowaliśmy, że to będzie dzień Ich Troje, a do odtwarzacza trafiła pierwsza z trzech kaset tego zespołu.

Śpiewając z Wiśniewskim dotarliśmy w końcu niemal na sam początek tunelu, by dowiedzieć się tam, że jest on tymczasowo zamknięty. Do wyboru dano nam czekanie około godziny na jego otwarcie lub przejazd górską drogą, wybieraną przez większość, przejazd którą także powinien zająć godzinę lub półtorej. Zjechaliśmy więc na pobliski parking i zaimprowizowaliśmy szybki obiad. Potem wyjechaliśmy z powrotem na drogę i czekaliśmy.

Moi kompani zaczęli układać pierwszą piosenkę Six’n'Socks (przydomek naszego założonego spontanicznie zespołu wokalnego, zainspirowany skarpetkami wiszącymi w samochodzie), a ja myślałem wyłącznie o pewnej potrzebie fizjologicznej. Czas mijał i w końcu wybiegłem się z nią uporać. Gdy wróciłem, powiedziano nam, że dopiero ok. 22 tunel zostanie otwarty (jakieś 2,5 h po naszym przyjeździe w to miejsce). W międzyczasie okazało się, że gdzieś w środku był wypadek. Widzieliśmy lawety wywożące samochody, a także autobus(!). Pojawiły się także ambulansy.

Wreszcie pozwolono nam wjechać w głąb góry. Najpierw wszystko wyglądało zwyczajnie, ale potem pojawiło się światełko w tunelu. Oświetlenie rzeczywiście robiło wrażenie. W normalnych warunkach można się tam zatrzymać i przyjrzeć bliżej całości, ale z uwagi na natężenie ruchu po rozładowującym się korku woleliśmy tego nie robić.

IMG_20170709_215329361
Naprawdę imponujące!

Jak jednak widać na zdjęciu powyżej, oświetlenie to szybko się skończyło. W całym tunelu były trzy takie strefy. Poza tym tak długi przejazd pod górą sam w sobie stanowił atrakcję.

Zgadnijcie, na co trafiliśmy po wyjeździe z tunelu. Tak, na kolejny korek. Wydostanie się z niego znów zajęło nam trochę czasu, ale w końcu się udało i pomknęliśmy w stronę Bergen. Chcieliśmy jechać tam przez noc, by rano zacząć zwiedzać miasto, ale po drodze okazało się, że nie mamy aż tylu sił i ostatecznie zjechaliśmy na jakiś parking, by złapać nieco snu. Tej nocy pierwszy raz wszyscy spaliśmy w samochodzie, ale jakoś daliśmy radę.

10 lipca  - poniedziałek.

Na wspomnianym parkingu nieco się ogarnęliśmy (była porządna toaleta), zjedliśmy śniadanie, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy do Bergen. W mieście najpierw musieliśmy znaleźć parking, który nie będzie zbyt drogi i będziemy w stanie za niego zapłacić. Z pomocą przyszło Google i ostatecznie stanęło chyba na około 150 koronach za 6 godzin i naprawdę krótkim spacerze do centrum.

Pierwsze wrażenie z Bergen: całkiem ładnie, ale bez przesady. Dla Polaków porównania do Gdańska były nieuniknione. Spacerowym krokiem, uważnie się rozglądając, doszliśmy do jakiegoś kościoła, w którym podziwialiśmy fantastyczny, drewniany strop. Następnie udaliśmy się do Muzeum Morskiego. Tam, zapłaciwszy 80 koron od osoby, mogliśmy zgłębić historię ujarzmiania morza przez Norwegów. Eksponaty, plansze z wyjaśnieniami, a także fantastyczne modele żaglowców, parowców i innych okrętów naprawdę robiły wrażenie. Muzeum nie jest duże, ale i tak mnie wciągnęło i reszta wycieczki musiała na mnie czekać.

Po muzeum przyszła pora na posiłek, czyli McDonald’s. Co ciekawe, w skandynawskich lokach tej sieci nie widziałem numerków ani ekranów do zamawiania. Były za to dystrybutory ketchupu do samodzielnej obsługi. W tym konkretnym miejscu samoobsługowe były także napoje, a w przypadku zamówienia na wynos płaciło się mniej. To w ramach użytecznych informacji (i to, że mieli Quarter Poundera – mniam!).

Spacerem przemaszerowaliśmy przez targ rybny, na którym skosztowaliśmy mięsa z renifera (bardzo dobre, ale nie wiem, czy skłonny byłbym wydawać na nie tak wiele pieniędzy) oraz przez port i dotarliśmy do Bryggen (zespołu charakterystycznych drewnianych domów). Tam spędziliśmy trochę czasu, zaglądając do sklepów z pamiątkami i krążąc między budynkami.

IMG_2297
Front Bryggen. Po lewej port.

W końcu przyszła pora opuścić miasto. Po drodze zrobiliśmy jeszcze skromne zakupy (chleb za około 7 koron – prawdziwa okazja) i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Gdy tak jechaliśmy, co rusz przejeżdżaliśmy przez jakiś tunel. Zdumieliśmy się jednak, gdy za którymś razem w tunelu ujrzeliśmy rondo. Zjechaliśmy oczywiście niewłaściwym zjazdem, więc zawróciliśmy, dobrze wybraliśmy drogę, wyjechaliśmy z tunelu, przejechaliśmy przez most, wjechaliśmy do następnego tunelu i.., Trafiliśmy na kolejne rondo! Zdolni ci Norwegowie!

IMG_2311
Dla niedowiarków.

W końcu, gdy już się ściemniło (wszak wróciliśmy bardziej na południe), dotarliśmy do celu. To miasteczko Tyssedal, leżące u podnóża Trolltungi – słynnego Języka Trolla. Za parking na dobę musielibyśmy tu zapłacić 150 koron. Z tego co wiedzieliśmy, wyżej, w Skjeggedal, gdzie zaczyna się szlak, byłoby to 300 koron, a zaoszczędzilibyśmy sporo kilometrów. Za dnia wjazd jest tam zamknięty, ale to nas nie dotyczyło.

Pojechaliśmy więc w górę, tam jednak okazało się, że 300 koron to cena za czas do 16 godzin, a powyżej to już 600 koron. Plan był następujący: wejść na górę w nocy, przespać kilka godzin przy Języku Trolla, wrócić. Żadną miarą nie do zrobienia w 16 godzin, a 600 koron, czyli prawie 300 zł za dobę parkingu uznaliśmy za przesadzoną kwotę.  Wróciliśmy więc niżej, zapłaciliśmy 150 koron, podzieliliśmy się zapasami i spakowaliśmy tak, by każda para miała wszystko, zjedliśmy na kolację pokrzepiające kanapki z nutellą (i chyba masłem orzechowym), po czym ruszyliśmy w drogę.

Jak było? O tym w części następnej. Wyczekujcie!

Jako akcent muzyczny piosenka wokalisty z Bergen:

Enjoy!

Między syfem a misterium.

Migawki: morze puszek, tłumy ludzi, zapach moczu. Dopiero co odkrywana muzyka, wszechobecne kolejki i poznawanie nowych, fantastycznych ludzi. Można by wymieniać długo. Mowa oczywiście o Przystanku Woodstock. Dziś wróciłem z tegorocznej edycji. To szósty raz, gdy odwiedziłem ten wyjątkowy festiwal.

Przez jakieś dwie trzecie całego wydarzenia napomykałem o tym, że nie jestem przekonany, czy w przyszłym roku znów przyjadę, że coraz mniej mnie to bawi i z roku na rok więcej rzeczy zniechęca. Dziadzieję, a rozumiem przez to fakt, że coraz bardziej cenię sobie wygodę i na spartańskie warunki reaguję szczerą niechęcią.

Szkopuł w tym, że podobne frazesy powtarzam od pięciu lat, a potem i tak wracam do Kostrzyna nad Odrą. W tym miejscu dzieje się magia i każda niedogodność może zostać wynagrodzona. Przystanek Woodstock to święto wolności, najlepsza rzecz, której zazdroszczą nam w świecie, a przy tym otwarta dla wszystkich. Możesz się uczyć, nawiązywać znajomości, przyjaźnie, a nawet głębsze relacje, poznawać świat, zgłębiać obce kultury, rozmawiać z mądrymi ludźmi. Wszystko.

Fascynuje mnie to zderzenie brutalnej rzeczywistości, setek tysięcy ludzi i ich potrzeb fizjologicznych, dla których każda infrastruktura będzie za mała, ze sferą nieomal sacrum, wszechobecną muzyką i przenikającą niemal wszystko wolnością. Jeżeli ta pierwsza tak bardzo mnie odrzuca, to jak wspaniała musi być ta druga, że co roku tam wracam? Brakuje słów!

 woodstock-mix
Zderzenie dwóch aspektów…

Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi, że nie jedzie na Woodstock, bo nie grają tam zespoły, które go interesują. To oznacza, że kompletnie nie rozumie tego festiwalu. Woodstock nie zamyka się w muzyce i uważam, że każdy powinien przyjechać choć raz, by się o tym przekonać. Nie musi mu się spodobać – wolna wola. Trzeba jednak wiedzieć, z czego właściwie się rezygnuje.

Tym, co się odtrąca, jest świat w pigułce. Po prostu. Mam wrażenie, że są tu reprezentowane niemal wszystkie subkultury, poglądy, mniejszości i większości. Proporcje są raczej nieco inne niż poza terenem festiwalu, ale to nic. Ta różnorodność sprawia, że można dostać tu wszystko, czego się zapragnie. Ćpuni będą ćpali, wielu schleje się do nieprzytomności, chętni nauczą się czegoś z kuglarstwa, muzyki czy innych artystycznych dziedzin albo zgłębią wiedzę społeczną. Są też tacy, którzy cały ten czas poświęcą na rozmowy o Jezusie i ci, którzy zbudują coś, co utkwi ludziom w pamięci, jak w tym roku filmowego misia, a w zeszłym Sokoła Millenium. I wszyscy będą śpiewać. Nie wszyscy jednocześnie, ale każdy kiedyś. I to też jest piękne, nawet jeśli w dźwięki wkradnie się odrobina fałszu.

Kocham to miejsce. Nie potrafię nic więcej dodać.

A dziś w kąciku muzycznym coś, co na szczęście poznałem wczoraj właśnie tam:

Panowie i panie, czapki z głów przed Nothing But Thieves!

Piękny profesjonalizm.

Zrobiłem wczoraj delikatne porządki. Przy okazji doprowadziłem do ładu moją kolekcję kapsli z Tymbarka. Nie jest może ogromna, ale całkiem przyzwoita, zatem po wszystkim wrzuciłem jej zdjęcie na fanpage. We wpisie oznaczyłem firmę Tymbark, chcąc sprawdzić, czy ich ogarniacze social mediów ogarną, czyli jakoś zareagują.

Wczoraj nic się nie wydarzyło i w zasadzie już machnąłem ręką. W końcu w mediach społecznościowych jestem postacią gabarytów doprawdy niewielkich. Zresztą nie wrzuciłem tego zdjęcia na ich tablicę, ale na swoją. Dziś jednak zdarzyło się coś takiego:

tymbark
Powiększcie, poczytajcie (oczywiście jeśli zechcecie).

Widać, że marketing sieciowy Tymbarka robi dobrą robotę. Pasowałby tu mem feels good man. Jeśli firma reaguje nawet na takie drobne próby interakcji, buduje sobie jeszcze lepszy wizerunek. Nie, żeby Tymbark miał kiedykolwiek z tym problem, ale dobrego nigdy za wiele.

Inny przykład sytuacji, w której marketingowców można tylko chwalić, to podchwycenie motywu modnego akurat w mediach i wykorzystanie go do własnych celów. Czasem jest łatwo – choćby cała sytuacja z Cacao DecoMorreno. Jeśli akcja z przedstawieniem opakowania kakao jako książki poczytnego południowoamerykańskiego pisarza nie wyszła od nich, fantastycznie, że podchwycili temat (z tego, co kojarzę). Jeżeli natomiast, wbrew ich zapewnieniom, to ich sprawka, to są absolutnymi mistrzami. Wtedy jednak nie mogą służyć jako przykład błyskawicznie reagujących marketingowców. Trzeba nam jakiegoś innego i tak się składa, że mam jeden na podorędziu. O, proszę:

Znalezione obrazy dla zapytania żywiec reklamaDodam tylko, że takie billboardy pojawiły się niemal natychmiast po eksplozji informacji o domniemanym wałbrzyskim skarbie.

Bywa i tak, że ktoś swoim marketingiem strzela sobie w stopę. Można tu wymienić niereagowanie na publiczne opinie klientów czy trzymanie się sztywno zaplanowanych kampanii, nie reagując na to, co dzieje się w świecie. Są wreszcie skrajne przypadki, jak choćby skandal z reklamą Żytniej Extra sprzed dwóch lat, gdy wykorzystano w niej zdjęcie mężczyzny postrzelonego i w końcu zmarłego w stanie wojennym, niesionego przez kolegów.

To oczywiście ekstremum. Najczęściej kampanie reklamowe są po prostu mdłe i słabo odróżniają się od innych. W masie takich samych haseł, grafik i spotów każda świeżość z miejsca wygrywa. Są marki, choćby wymienione w tym wpisie, które wiedzą, jak to robić. Mam nadzieję, że ich specjaliści od reklamy są obsypywani złotem. Warto ich doceniać, nawet z perspektywy konsumenta. Reklamy w dzisiejszym świecie już się nie pozbędziemy, więc powinno zależeć nam chociaż na tym, żeby była estetyczna i błyskotliwa. Wtedy jest bardziej znośna. Po prostu.

Akcent muzyczny? Coś najzwyczajniej w świecie dobrego:

Miłego popołudnia/wieczora/rana/czegokolwiek – w zależności od godziny, w której to czytacie!

Trzy królestwa – część III.

W poprzednim odcinku naszej podróży były trolle i skoki, zatem dziś czas na Atlantyk i… Coś jeszcze! Zapraszam.

7 lipca – piątek.

Wstaliśmy rano (oczywiście później niż zaplanowaliśmy) i w pośpiechu, by na czas opuścić pole, zjedliśmy śniadanie oraz zapakowaliśmy nasze graty do wehikułu. Zgodnie z planem wróciliśmy do Oppdal i tam udaliśmy się do banku. Przy drobnym zamieszaniu (obsługiwał nas młodzian typowo norweskiej urody, za to bez wątpienia niedoświadczony) wymieniliśmy pieniądze (90% wspólnej kasy i różne kwoty indywidualnie). Za każde euro dostaliśmy nieco ponad dziewięć koron. Następnie pognaliśmy niemal prosto na zachód, w stronę oceanu.

Po kilku godzinach dotarliśmy najprawdopodobniej nad pierwszy fiord, a niedługo potem zatrzymaliśmy się w jakiejś maleńkiej miejscowości na drugie śniadanie.

20170707_125724Taki widok przy śniadaniu? 
Powiększcie sobie, bo warto – jeśli zdołacie,
bo to nie takie proste.

Pokrzepieni posiłkiem i widokiem ruszyliśmy w dalszą podróż. Mijaliśmy kolejne miejscowości, pierwsze norweskie tunele i w końcu dotarliśmy na początek Drogi Atlantyckiej. Chyba. W każdym razie na pewno nad ocean. Tam w dogodnym miejscu zatrzymaliśmy się na chwilę i napawaliśmy widokiem.

IMG_2056
To też powiększcie. Już się da i warto!

Jakiś czas później udało nam się wreszcie dotrzeć do właściwej Drogi Atlantyckiej. Jak to wygląda? Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy, ale nie byliśmy w stanie zrobić zdjęcia, które w pełni uchwyciłoby niezwykłość tego miejsca – jeśli chcecie, wygooglujcie sobie.

IMG_2069
Mówiąc najprościej: to droga przebiegająca przez szereg maleńkich wysepek na Atlantyku, łącząca je i przy okazji oferująca malownicze widoki.

Nacieszywszy oczy krajobrazem, podążyliśmy dalej. Po jakimś czasie, zdaje się, że przed siedemnastą, zatrzymaliśmy się na chwilę, by kierowcy mogli się zmienić. Tak się jednak złożyło, że na parkingu zwróciliśmy uwagę na wielką tablicę informującą o kompleksie jaskiń położonych godzinę marszu od tego miejsca. Wydało nam się to całkiem atrakcyjną propozycją, zatem spakowaliśmy potrzebne rzeczy (latarki, picie, czekoladę), ubraliśmy się adekwatnie do warunków i ruszyliśmy w drogę.

Trasa nie była przesadnie trudna, ale szliśmy w górę i szliśmy, a celu ciągle nie było widać. To zaczynało działać nam na nerwy. Okazało się zresztą, że na wspomnianej tablicy przy informacji o godzinie ktoś dopisał, że raczej półtorej, a ktoś inny, że dwie. Nam ostatecznie udało się osiągnąć ten środkowy czas.

Gdy wdrapaliśmy się na miejsce, stanęliśmy przed wejściem do jaskini. W środku było ciemno i podobno wiało stamtąd zimnem, czego akurat nie odczułem. Dodatkowo, niezbyt obficie, ale lała się stamtąd woda. Weszliśmy w mrok i wtedy wydało się, że moja latarka nie bardzo chce działać. Na szczęście światła osób przede mną i za mną okazały się wystarczające. Szukając bezpiecznych kamieni, wygodnego podparcia i ogólnie nieco się gimnastykując, przemierzyliśmy jaskinię i na jej końcu znaleźliśmy wodospad.

IMG_2099
O, taki!

Potem czekała nas jeszcze powrotna wędrówka i, gdy wreszcie dotarliśmy z powrotem do samochodu, byliśmy całkiem solidnie zmęczeni. Wszak była to spontaniczna wycieczka. Warto dodać, że był to dzień, w którym pogoda zaczęła nam doskwierać. Ciągle siąpiło. Może jeszcze nie z pełną mocą, ale jednak. Chcieliśmy więc jak najszybciej zatrzymać się gdzieś już na noc.

Skończyło się na niewielkim parkingu, przy którym znalazła się też śladowa ilość trawy. Rozstawiliśmy dwa namioty (bo jedna trzecia z nas postanowiła spać w samochodzie), stworzyliśmy bardzo prowizoryczną suszarnię, by uporać się z ciągle mokrym praniem (z uwagi na deszcz wszystko suszyło się pod plandeką rozciągniętą między drzewami, więc efekty były średnie), zjedliśmy kolację w przedsionku największego namiotu i poszliśmy spać.

8 lipca – sobota.

Po pobudce jak najszybciej poskładaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy przed sobą trochę trasy, w tym przeprawę promem, ale sprawnie mknęliśmy przez Norwegię, dzięki czemu dość wczesnym popołudniem znaleźliśmy się u stóp Drogi Trolli – imponującego zestawu serpentyn, z których większość zakręca pod kątem 180 stopni.

Zatrzymaliśmy się na chwilę na dole, podziwiając widok i dostrzegając znak drogowy „Uwaga, trolle!”, po czym ruszyliśmy w górę trasy. Po drodze musieliśmy się przebić przez głupotę ludzi, którzy mimo, że to normalna droga z ruchem w obu kierunkach, stawali na samym jej środku by zrobić sobie zdjęcia. Przekonaliśmy się także, że jeździ tamtędy zwykły miejski autobus. A jak to wyglądało?

DSCN21002
To przykładowy fragment drogi – warto powiększyć.

Gdy przejechaliśmy przez ten raj dla oczu i koszmar (lub wyzwanie) dla kierowcy, zatrzymaliśmy się na górze, w miejscu ze sklepem z pamiątkami, restauracją, tarasami widokowymi i tak dalej. Pokręciliśmy się nieco i tam, niewiele widząc przez niemal wszechobecną mgłę, zadałem ważne, życiowe pytanie i uzyskałem pozytywną odpowiedź. Wiecie, o co chodzi. Radości było wiele, ale szybko ruszyliśmy w dalszą drogę.

Jeszcze tego samego dnia zatrzymaliśmy się na jakimś kempingu, chcąc się wykąpać. Zrobiliśmy to, a dzięki uprzejmości rozmownego zarządcy, który miał kiedyś dziewczynę Polkę (i za drobną dopłatą ~ 30 NOK) skorzystaliśmy z pralko-suszarki, a także uzupełniliśmy zapasy wody. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, grając w karty i Dobble, po czym wyruszyliśmy na poszukiwanie noclegu.

Jechaliśmy z praniem rozwieszonym na sznurkach rozciągniętych przez cały samochód, więc musieliśmy wzbudzać sensację wśród gapiów, choćby na promie, którym się przeprawiliśmy (ok. 114 koron norweskich za całość). Przejechaliśmy jeszcze przez miejscowość Geiranger, podobno jedną z popularniejszych wśród turystów. Stamtąd można odbyć rejs po malowniczym fiordzie. Nie dowiedzieliśmy się jednak wiele na ten temat (było już późno) lub dowiedzieliśmy, że to zbyt droga dla nas impreza. Pognaliśmy więc dalej.

Nasza trasa wywiodła nas gdzieś hen wysoko i tam nasz lider chciał się zatrzymać. Widok był rzeczywiście przepiękny, ale temperatura znacznie mniej. Wobec zbiorowego oświadczenia, że w tym miejscu wszyscy możemy co najwyżej spać w aucie, pomysłodawca skapitulował i ruszyliśmy dalej.

20170708_214026_RichtoneHDR
Przynajmniej co zobaczyliśmy, to nasze!

Wreszcie zjechaliśmy niżej, gdzie było trochę cieplej. Zrobiło się jednak późno i byliśmy już mocno zmęczeni oraz sfrustrowani. Zatrzymaliśmy się w malowniczym miejscu, które pod żadnym pozorem nie nadawało się na nocleg – ledwie droga oddzielała nas od domów mieszkalnych. Rozstawiony został więc tylko jeden namiot – śmiałków, którzy nie bali się, że będą musieli go w pośpiechu składać w środku nocy. O 100% wzrosła za to ilość śpiących w aucie, tym razem wśród suszącego się tam prania. Zjedliśmy szybką kolację, wznieśliśmy toast za wydarzenia minionego dnia i poszliśmy spać. Wreszcie.

Jak wyglądał nasz nocleg? Zobaczycie w następnym odcinku. Tam też będzie o kolejnych atrakcjach, doprawdy niezwykłych.

Tymczasem akcent muzyczny to jeden z hitów podczas naszej podróży:

Wyczekujcie ciągu dalszego!